Strona główna OIL

   


 
Kol. Romana Figla - wspomnienie pierwszej pracy cz. I

      W dzisiejszych czasach młodzież kończąca naukę w liceum ma już dokładnie sprecyzowane plany na przyszłość, wybór kierunku studiów, a nawet przyszłej kariery zawodowej. Może i dawniej było podobnie. Ze mną było nieco inaczej. Na studia medyczne poszedłem bez wyraźnego powodu, ba, nawet bez wielkiego wyobrażenia o pracy lekarza.
      W rodzinie byłem pierwszym, który w ogóle wybierał się na studia. Spowodowane było to tym, że skończyłem liceum ogólnokształcące, a nie jak moje rodzeństwo i kuzyni średnie szkoły zawodowe, po których od razu podejmowano pracę.
      Do egzaminu byłem przygotowany dobrze, więc nie zdziwiłem się zbytnio, widząc swoje nazwisko na liście przyjętych, choć nie będę ukrywał, że sprawiło mi to ogromną radość, gdyż niewielu znajomych dawało mi jakieś szanse twierdząc, że konkurencja jest ogromna, a przy tym nie zawsze uczciwa.
      W każdym razie na studia zostałem przyjęty. Nie będę jednak kłamał, że ukończenie ich było "spacerkiem". Nakład pracy, szczególnie na pierwszych trzech latach, był ogromny, gdyż ilość wiadomości, szczególnie teoretycznych i dotychczas niespotykanych wymagała dużego wysiłku umysłowego. Sporo stresów i nieprzespanych nocy przyszło mi przeżyć, by znaleźć się wreszcie na czwartym roku medycyny. To skutkowało już nie tylko żmudnym wkuwaniem opasłych tomów i ćwiczeniami w laboratoriach, lecz powodowało, że miałem wreszcie bezpośredni kontakt z chorymi, którzy po ukończeniu przeze mnie studiów i specjalizacji mieli mi powierzyć dbałość o swoje zdrowie i życie.
      Już wtedy każdy z nas, studentów przymierzał się powoli do przyszłej specjalizacji, która byłaby dla niego najbardziej odpowiednia. Życie jednak czasem dość brutalnie weryfikuje wszelkie plany i marzenia.
      Studia ukończyliśmy na przełomie lat 70. i 80., a jak wiemy okres ten nie należał do najlepszych w historii naszego kraju. Było to szczególnie odczuwalne w większych miastach, gdzie nie wszystkie specjalizacje medyczne były powszechnie dostępne, a już na pewno nie dla każdego.
      W chwili otrzymania dyplomu lekarza medycyny byłem już mężem z ponad rocznym stażem i szczęśliwym ojcem trzymiesięcznego synka. Przyszedł zatem czas na zapewnienie rodzinie godziwej przyszłości. Zawsze marzyłem o pediatrii. Nie tylko dlatego, że podczas studiów stosunkowo łatwo przychodziła mi jej nauka, ale przede wszystkim z tego powodu, że wszystkie dzieci traktowałem tak, jakby były moimi dziećmi. One zaś czując podświadomie to co dla większości ludzi jest niedostrzegalne były wobec mnie ufne. Nie wykazywały leku ani nawet obawy, a tym bardziej agresji. Istniała między nami niedostrzegalna, ale jakże pomocna więź psychiczna.
      Moje marzenie udało mi się zrealizować tylko połowicznie. Powiem wprost: w zamian za obietnicę otrzymania mieszkania, co w tamtych czasach graniczyło z cudem, zgodziłem się specjalizować w anestezjologii, która wybierana była dość rzadko i raczej niechętnie, stąd dodatkowe zachęty, które miały zmniejszyć deficyt. Plusem natomiast był fakt, że miałem być anestezjologiem w Szpitalu Dziecięcym w Kielcach przy ulicy Langiewicza.
      Chirurgia dziecięca mieściła się w starym piętrowym budynku z poszarzałym tynkiem i niezbyt szczelnymi oknami. Przejście z pierwszego oddziału na drugi prowadziło przez zewnętrzną klatkę schodową, na której stykaliśmy się z tłumem zatroskanych i smutnych rodziców, czekających na pocieszające wieści o stanie zdrowia maluchów oddanych pod naszą opiekę. Dziś byłoby to nie do pomyślenia, gdyż oddział nie spełniałby większości standardów wymaganych przepisami. Wtedy jednak był jedynym oddziałem tej specjalności w województwie i, jak później stwierdziłem, jednym z lepszych oddziałów chirurgii dziecięcej w kraju, głównie dzięki wspaniałej kadrze medycznej, z którą miałem zaszczyt współpracować.
      Będąc jeszcze stażystą uczyłem się tajników anestezjologii pod czujnym okiem mojej szefowej Marii C. (Cicheckiej), lekarza wielkiej wiedzy, wielkiego serca i nieprzeciętnych umiejętności, a także wysokiej kultury osobistej, pełnej ciepła, wyrozumiałości i sympatii dla ludzi.
      Głównie jej opiece, wspartej życzliwą pomocą asystenta oddziału, nieodżałowanej pamięci Piotra K. (Kawińskiego), zawdzięczam to, że mogłem uczynić tak wiele dobra dla naszych małych podopiecznych.
      Pierwsze tygodnie upłynęły na zgłębianiu tajników bezpiecznego przeprowadzenia dzieci przez zabiegi operacyjne, poczynając od kilkudziesięciominutowych znieczuleń do operacji przepukliny pachwinowej, czy też usunięcia wyrostka robaczkowego, co w wykonaniu naszych znakomitych chirurgów (nie wymieniam tu ich nazwisk, gdyż zajęłoby to wiele miejsca, a nie chciałbym nikogo pominąć) wydawało się być błahostką, aż po kilkugodzinne operacje nerek, rozszczepów podniebienia, czy też przepuklin oponowo-rdzeniowych.
      Aż trudno uwierzyć, że w tamtych czasach i warunkach przy stałych niedoborach sprzętu wykonywano tak skomplikowane operacje, mając do dyspozycji kilkunastoletni wysłużony aparat do znieczuleń "Chirana" z rzadko używanym pulmomatem, praktycznie bez możliwości monitorowania gazometrii a tylko pomiaru ciśnienia i częstości oraz miarowości tętna metodą palpacyjną.
      Pełniłem także dyżury zwane towarzyszącymi, wraz z doświadczonym anestezjologiem, który odpowiadał za prawidłowe zabezpieczenie medyczne. Moim zadaniem było doskonalenie wiedzy i umiejętności praktycznych. Wielokrotnie miałem okazję współuczestniczyć w walce o życie maluchów podczas reanimacji. Jak nietrudno się domyślić, część tych bitew kończyła się zwycięstwem lekarzy, lecz niestety wielokrotnie wychodziliśmy z sali reanimacyjnej ze spuszczonymi głowami, pokonani. Były to najcięższe chwile w życiu anestezjologów, chociaż doskonale wiedziałem, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Cóż, lekarz jest tylko człowiekiem, a nie wszechmogącym panem życia i śmierci. W ten, jakże trudny sposób medycyna uczy lekarza pokory.
      Po kilku miesiącach takiej szkoły uzyskałem prawo do pełnienia samodzielnych dyżurów w oddziale, a co za tym idzie, całkowitą odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Mogę śmiało powiedzieć, że wszystko, co robiłem, starałem się czynić perfekcyjnie. Do tego przyzwyczaili mnie moi nauczyciele. W każdej sytuacji działałem pewnie i precyzyjnie, bez zbędnych słów i gestów, czyniąc tylko to, co było konieczne i zgodne ze stanem wiedzy medycznej. Trzeba dodać, że pielęgniarki anestezjologiczne, świetnie wyszkolone i doświadczone, stanowiły w tej pracy pomoc, której niedocenienie byłoby grubym nietaktem. W ten sposób, nie przechwalając się bynajmniej, jeszcze przed uzyskaniem pierwszego stopnia specjalizacji byłem doświadczonym anestezjologiem z racji dużej liczby znieczuleń operacyjnych i interwencji w stanach zagrożenia życia.
      Na dyżurach bywało różnie. Czasem spokój aż do znudzenia, a czasem praca od chwili objęcia dyżuru aż do jego zakończenia. Było nas niewielu, więc dyżury wypadały często, na ogół co trzeci dzień, a w sezonie urlopów i szkoleń nawet częściej. Niemożliwym jest pamiętać każdy dyżur, operację czy reanimację, tak wiele ich było. Zdarzały się jednak sytuacje wyjątkowe, szczególne. I właśnie jedna z nich zapadła w moją pamięć na zawsze.
      Tuż po godzinie piętnastej dyżurny chirurg poinformował, że z jednego z podkieleckich szpitali przewożą trzydniowego wcześniaka do pilnej operacji niedrożności jelit. Wydanie stosownych poleceń i przygotowanie sali operacyjnej nie trwało długo. Chirurdzy w zielonych strojach operacyjnych pieczołowicie myli ręce aż po łokcie, instrumentariuszka układała narzędzia na stoliku, ja sprawdzałem stan aparatu, rurki intubacyjne, anestetyczka leki. Ot, zwykła procedura przed operacją. Nie wyczuwało się jakiegoś szczególnego napięcia, choć sądzę, że każdy z nas miał poziom adrenaliny na górnej granicy normy. W pełnej gotowości z maskami na twarzach i rękawiczkami na dłoniach siedzieliśmy na sali przedoperacyjnej, żartami i śmiechem rozluźniając atmosferę.
      Po upływie kilku minut pielęgniarka wniosła na salę maleństwo owinięte w zieloną chustę. Położyła na stole operacyjnym i rozwinęła. Widok dziecka był dla mnie szokiem, choć wiele już widziałem. Na olbrzymim, zdałoby się, stole leżała mała, naga ludzka kruszynka, ciężko oddychając. Dziewczynka, gdyż takiej płci był noworodek, składała się właściwie tylko z olbrzymiego brzucha. Cieniutkie sinobiałe rączki i nóżki były niemal niewidocznym dodatkiem. Nie płakała, leżała prawie bez ruchu, oczy miała zamknięte. O tym, że żyje, świadczyły tylko szybkie ruchy maleńkiej klatki piersiowej. Widok ten spowodował, że staliśmy jak zahipnotyzowani, ale tylko przez moment. Potem wszyscy niemal równocześnie rozpoczęliśmy walkę o to nieszczęsne trzydniowe, małe i niedoświadczone istnienie. Walkę o kolejne nasze dziecko. Nie będę tu podawał szczegółów operacji i znieczulenia, gdyż nie miejsce i czas na to. Powiem tylko, że dwójka naszych najlepszych chirurgów przez ponad pięć godzin starała się przywrócić przewód pokarmowy dziewczynki do stanu, który dawał nadzieję na przeżycie, a także oczyszczała jamę brzuszną ze smółki, która wydostała się z pękniętego jelita. Okazało się bowiem, że jelito cienkie maleństwa było zarośnięte na odcinku około czterdziestu centymetrów i tę część trzeba było usunąć. Operacja była bardzo trudna, dziecko bardzo małe. Parawan oddzielający głowę dziewczynki od pola operacyjnego, jakże niewielkie go, dodatkowo utrudniał chirurgom pracę. Podczas gwahownych ruchów rurka intubacyjna, dzięki której dziecko oddychało, kilkakrotnie wysuwała się z krtani, co jednak wychwytywałem natychmiast i intubowałem dziecko ponownie. Podczas operacji o wysokim stopniu ryzyka było to uciążliwe i mogło nawet irytować. Później okazało się to przydatne, a nawet śmiem stwierdzić, niemal zbawienne.
      Operacja trwała prawie do północy. Zlani potem i słaniający się na nogach chirurdzy opuścili salę operacyjną. Instrumentariuszka myła narzędzia i przygotowywała zestawy do ewentualnych następnych operacji. Anestetyczka i ja wyprowadzaliśmy dziecko z narkozy.
      Można powiedzieć: "było, minęło". Operacja, jakich wiele, już wszystko w porządku. Początkowo ja też tak sądziłem. Jak się okazało, przedwcześnie. Dziecko, które ze względu na ciężki stan zostało ochrzczone "z wody", bez obecności duszpasterza, imieniem Agnieszka, ani myślało oddychać samodzielnie. Po upływie zaledwie kilkunastu sekund od chwili odłączenia napełnionego powietrzem i wzbogaconego tlenem worka ambu. Agnieszka zaczynała szarzeć, oddychała coraz wolniej, a potem wcale. Szczęściem jej maleńkie serce nadal pracowało. Szybko, ale równomiernie. Znów ruszało ambu z podłączonym dopływem tlenu. Wspomagaliśmy oddychanie Agnieszki. Wystarczyło kilkanaście sekund. Różowiała, zaczynała nawet poruszać rączkami i nóżkami. Cóż z tego, skoro po kolejnej godzinie i próbie przywrócenia samodzielnego oddychania sytuacja powtarzała się.
      Późnojesienne noce są długie. Ta trwała dłużej niż inne, zdawała się nie mieć końca. Tuż po trzeciej podjąłem decyzję: będziemy wentylować dziecko na zmianę- anestetyczka i ja. Po to, aby każde z nas mogło odpocząć, zdrzemnąć się, choćby godzinę. Nie chciałem podłączać Agnieszki do respiratora, gdyż wtedy mieliśmy na oddziale tylko jeden stary i często psujący się model. W związku z tym i tak ktoś musiałby bezustannie nadzorować pracę aparatu. Poza tym panowała opinia, sądzę, że w tamtych latach przy ogromnych opóźnieniach naszych technologii i braków w aparaturze, nie pozbawiona słuszności, że dziecko, a szczególnie wcześniak, podłączone do respiratora bardzo trudno od niego odzwyczaić.
C. d. n.

Eskulap Świętokrzyski 2006 nr 11 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004  
Redaktor: serwis@kielce.oil.org.pl  
Data utworzenia: 2006-12-01