
|

 |
Pracuję na własne nazwisko
|  |  |  |
 |
Z Edwardem Ślączką, otorynologiem, ordynatorem szpitala Enel-Med w Warszawie
rozmawia Agnieszka Katrynicz
Co spowodowało, że zrezygnował pan z pracy w dużym szpitalu klinicznym, jakim jest Szpital Bródnowski w Warszawie, i zdecydował się na prywatnego pracodawcę?
- Wiele czynników, w tym także te osobiste. Nastąpiła zmiana na stanowisku szefa oddziału, bo prof. Jan Kuś odszedł na emeryturę, a z jego następcą pracowało mi się już trudniej. Warto też pamiętać, że kilka lat temu z pracy w szpitalu nie dało się wyżyć, więc jak wszyscy moi koledzy biegałem popołudniami do drugiej i trzeciej pracy - właśnie w prywatnej placówce. Nie da się ukryć, że było to ze szkodą dla mojego podstawowego miejsca pracy...
Ale część lekarzy pracuje w takim trybie do dzisiaj...
- Niestety tak, bo moim zdaniem nie powinno się tolerować takiej sytuacji, że lekarz wychodzi wcześniej ze szpitala, bo musi zdążyć do przychodni czy swojego gabinetu by zarobić, ale trudno się temu dziwić. Dlatego zdecydowałem, że tak dłużej pracować się nie da i na coś się muszę zdecydować. Mówiąc szczerze miałem też dość tej bieganiny z jednego miejsca do drugiego. Na szczęście wtedy Enel-Med się rozwijał i poszukiwał specjalistów, na dodatek pierwsza placówka powstała na Gilarskiej czyli w pobliżu Szpitala Bródnowskiego i naturalną koleją rzeczy to właśnie w tym szpitalu szukał personelu, w tym m.in. mnie. Potem dostałem propozycję, by więcej czasu poświęcić na pracę w przychodni, co wiązało się z rezygnacją z pracy w szpitalu, i ja tę propozycję przyjąłem. Dzięki temu przez rok miałem trochę luzu i mogłem odpocząć od ciężkiej pracy w szpitalu, a wolny czas przeznaczyłem na naukę i skończyłem Wyższą Szkołę Przedsiębiorczości i Zarządzania w specjalności Zarządzanie w Służbie Zdrowia.
I dlatego został pan ordynatorem szpitala?
- Zrobiłem te studia dla siebie, nie myśląc, że kiedyś mi się przydadzą, ale rzeczywiście, kiedy Enel-Med ogłosił konkurs na stanowisko ordynatora, to mogłem wziąć w nim udział. I szczęśliwie wygrałem. Dzięki temu miałem godziny nie tylko jako specjalista w przychodni, ale też ordynator, czyli mówiąc wprost mogłem zrobić i zarobić więcej. Co tylko potwierdziło słuszność mojej decyzji o odejściu ze szpitala.
Jednak wielu pana kolegów mówi wprost - po co to panu, ma pan prywatny gabinet i na tyle znane nazwisko, że o pacjentów nie trzeba się martwić...
- Mój gabinet jest czysto organizacyjną jednostką, bo mam podpisaną umowę z Enel-Medem i w zasadzie przyjmuję pacjentów tylko w Enel-Medzie. Jeśli przyjmuję kogoś poza firmą, to jest to moja rodzina, znajomi czy sąsiedzi. Śmiało więc można powiedzieć, że wyłącznie pracuję w Enel-Medzie. Ta firma zapewnia mi pacjentów, lokal, personel pomocniczy, prowadzenie dokumentacji medycznej, sprzęt, materiały opatrunkowe - to wszystko co jest bardzo kosztowne.
Opłaca się to?
- Oczywiście, i nie tylko chodzi o pieniądze, ale też - a może przede wszystkim - o komfort pracy.
A minusy takiej pracy? Nie ma przecież samych plusów.
- Może to, że pracuje się na własny rachunek. Dosłownie. Samemu się za wszystko odpowiada, samemu trzeba się ubezpieczyć, czy jak chce się pojechać na wakacje, to się bierze wolne, ale też nie zarabia. Większość z medyków pracujących w prywatnych placówkach pracuje na zasadzie kontraktu bądź umowy między firmami, więc nie ma tej całej socjalnej "opieki". Pracuje się przede wszystkim na własne dobre imię i praca jest trudniejsza i bardziej odpowiedzialna, ponieważ za nami nie stoi starszy kolega asystent, ordynator itp., który w każdej chwili pomoże. Więc na pewno z taką pracą związany jest stres z powodu ogromnej odpowiedzialności, bo jest się sam na sam z chorym. Ale z drugiej strony w prywatnej firmie można negocjować zarobki, godziny przyjęć. Dla mnie ważne jest także to, że po 30 latach pracy nie mam dyżurów i mam wolne soboty i niedziele.
Jednak dla wielu lekarzy odejście ze szpitala to także odejście od medycyny, bo - w potocznej opinii - w prywatnych placówkach raczej uprawia się kosmetykę, a nie wykonuje poważne zabiegi czy podejmuje wyzwania...
- To nie jest takie proste. Na pewno młodzi lekarze dopiero wchodzący w zawód powinni szkolić się w ośrodkach akademickich wysokospecjalistycznych, a placówki prywatne pewnie jeszcze długo takimi nie będą. Podobnie ci lekarze, którzy marzą o karierze naukowej, powinni wybrać kliniki w szpitalach klinicznych, bo prawdą jest, że trudno znaleźć prywatną klinikę wykonującą bardzo skomplikowane zabiegi. Powiem więcej, są procedury, które nigdy nie będą wykonywane w tego typu placówkach, bo po prostu są za drogie, jak np. onkologia, gdzie proces leczenia jest długotrwały, jest mnóstwo możliwości powikłań itp. Ale większość medyków chce po prostu dobrze wykonywać swój zawód i dobrze na tym zarabiać i tu placówki prywatne dają im tę możliwość. To nie znaczy, że my, pracujący prywatnie, robimy tylko "kosmetykę". To oznacza tylko tyle, że prywatnie robimy wysublimowane rzeczy. Jeśli lekarz wyspecjalizował się w operacjach endoskopowych kolana, to w klinice właściwie nie ma szans, żeby realizować tylko tę ścieżkę, a w prywatnej klinice przyjmą go z otwartymi ramionami, będzie działał dla dobra chorych, na chwałę firmy w której pracuje i jeszcze do tego sam zarobi godne pieniądze.
Chodzi o to, iż rzeczywiście nie robimy pełnego zakresu, ale to, co wykonujemy, jest na najwyższym poziomie, bo mamy świadomość, że każde powikłanie kosztuje, a pacjent ma prawo żądać najlepszej usługi, bo za nią płaci. Dlatego, moim zdaniem, do prywatnych placówek odchodzą najlepsi, bo tutaj uprawia się autentycznie autorską medycynę - tylko ja odpowiadam za to, co wykonałem i za to jak się czuje pacjent. W szpitalu zawsze można się zwrócić o radę do asystenta, ordynatora - w prywatnej placówce odpowiada się samemu. Samemu kwalifikuje się chorych do operacji i samemu się je przeprowadza, dlatego - siłą rzeczy - nie można być dobrym we wszystkim i w prywatnych klinikach nie wykonuje się wszystkich zabiegów. Zresztą, po co są specjalizacje w medycynie? Jeden operuje barki, drugi uszy, a trzeci gardło - nie ma jednej chirurgii.
To naprawdę nie oznacza, że robimy rzeczy błahe, bo np. Enel-Med jako jedyny ośrodek w Polsce wykonuje operacje zaćmy u dzieci, operacje neurochirurgiczne w chorobie Parkinsona, więc nie ma żadnego powodu, żeby twierdzić, że robimy tylko rzeczy nieskomplikowane.
Dobrze, więc jakie najbardziej skomplikowane procedury jest pan w stanie zaproponować u siebie?
- Nie ma takiej granicy. Tu granicą jest cena, jaką ma zapłacić pacjent. Mamy kadrę i sprzęt, a jeśli nie mamy sprzętu - to możemy go kupić czy pożyczyć, wziąć w leasing. Wszystko zaczyna się od tego, że jakiś specjalista może wykonać daną procedurę i od kalkulacji ekonomicznej mówiącej o tym, że na dany zabieg jest zapotrzebowanie. Jeśli jest, a NFZ - bo Enel-Med ma kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia - chce za to zapłacić, to nie ma najmniejszego problemu. Niestety, najczęściej mamy do czynienia z sytuacją, że NFZ owszem płaci, ale płaci za mało, więc trzeba też sobie zadać pytanie, czy pacjent jest w stanie dopłacić z własnej kieszeni. Jeśli rachunek ekonomiczny się zgadza, nie ma żadnych przeszkód, by jakąś operację czy procedurę wykonać u nas. I to z każdej dziedziny.
Proszę zrozumieć - w "państwowych" szpitalach można sobie pozwolić na kupowanie sprzętu, bo jest okazja pod tytułem marszałek dał pieniądze na tomograf. W prywatnej placówce trzeba wykazać, że ten tomograf nie będzie stał, tylko w ciągu miesiąca wykona się na nim odpowiednią ilość badań i jego zakup po jakimś czasie się zwróci. Nie musi to być miesiąc czy dwa, bo może to być kilka lat, ale zakup każdego sprzętu musi być uzasadniony ekonomicznie.
Wyobraża sobie pan sytuację, że kiedyś prywatne placówki staną się pełnoprawnym partnerem dla tych "państwowych" i np. będą mogły oferować staże dla młodych medyków?
- Są już takie ośrodki. Na razie głównie szkolą w zakresie stomatologii, ale nie widzę przeszkód, by kształciły także w innych dziedzinach. Szczególnie te placówki, które wyspecjalizowały się w jakimś zakresie, np. ortopedii, okulistyki czy ginekologii, spokojnie dziś mogą przyjmować rezydentów.
Jednak praca w prywatnej placówce nie jest dla każdego: nie dla każdej specjalizacji, nie dla każdego lekarza?
- Nie chodzi o specjalizację, raczej o podejście do pracy, a właściwie pacjenta. W prywatnej placówce, w większym stopniu, trzeba traktować pacjenta jak partnera, mieć dla niego czas i umieć mu wszystko wyjaśnić i podzielić się swoją wiedzą. Rzeczywiście, wielu medyków nie ma tego daru i mimo dużych praktycznych umiejętności nigdy nie będą się spełniali w pracy w prywatnej jednostce.
Jest też druga strona medalu - pacjent, który płaci jest bardziej wymagający i roszczeniowy.
- Niekoniecznie. Wydaje mi się, że chory, który leczy się w "państwowym" szpitalu, jest bardziej nastawiony roszczeniowo, bo całe życie płacił składki, więc wydaje mu się, że należy mu się wszystko. Nasi pacjenci wiedzą, że płacą za jakąś usługę i tę usługę dostaną, ale nic więcej. Może jest to trudniejsze, bo najczęściej mam do czynienia z chorymi świadomymi, którzy poczytali o zabiegu w Internecie, porozmawiali ze znajomymi i zadają więcej pytań, mają więcej wątpliwości. Ja wolę rozmawiać z pacjentem świadomym swojego stanu zdrowia i działania organizmu, bo łatwiej taką osobę namówić na operację lub wytłumaczyć, że zabieg nie jest potrzebny. Nie mówiąc już o tym, że taki chory słucha zaleceń, bierze leki, przychodzi na wizyty kontrolne, bo wie, dlaczego to takie ważne dla jego stanu zdrowia. Ja wolę pracować ze świadomymi pacjentami.
Gazeta Lekarska 2010-02 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|