
|

 |
Nadwykonania czyli leczenie na kredyt
|  |  |  |
 |
W wielu szpitalach odwołuje się planowe operacje, dostanie się do specjalisty w przychodni graniczy z cudem z powodu wyczerpania limitów. Tymczasem NFZ odmawia zapłaty nadwykonań twierdząc, że są one demonizowane. W przyszłym roku będzie jeszcze gorzej.
Przeważająca część tzw. nadwykonań to planowe zabiegi, które przeprowadzono z premedytacją licząc, że Fundusz za nie zapłaci - mówi wprost Robert Zawadzki, dyrektor gabinetu prezesa NFZ. - Dyrektorzy liczą, że w ten sposób będą mieli argument za zwiększeniem kontraktu, zapomnieli tylko, że w nowym systemie JGP możliwa jest dokładna kontrola wykonanych świadczeń i od razu widać czy był to zabieg ratujący życie czy nie.
W podobnym duchu w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" wypowiadała się także minister Kopacz. - Widać, że dyrektorzy nie umieją rozplanować kontraktu i rozłożyć limitu na cały rok i stąd dzisiejsza sytuacja - twierdzi. I radzi pacjentów ustawiać w kolejce.
O tym, że najwyraźniej źle limity oszacowano jakoś żaden z decydentów nie wspomina...
Limity do połowy
Tymczasem Ogólnopolski ZZL ogłosił wręcz, że "w szpitalach trwa strajk". - W szpitalach skończyły się albo właśnie się kończą roczne limity przyjęć zawarte w kontraktach z NFZ-em - wyjaśnia Dariusz Hankiewicz, przewodniczący Komisji ds. Lekarzy Zatrudnionych w ZOZ Naczelnej Rady Lekarskiej, a także dyrektor szpitala w Radzyniu Podlaskim. - Stoimy pod ścianą, bo nie chcąc pogłębiać zadłużenia musimy ograniczać przyjęcia chorych. Mój szpital taką reglamentację świadczeń zdrowotnych wprowadził jako pierwszy już w maju.
Teraz na liście szpitali, w których pacjenci są odsyłani, o ile ich stan nie wymaga ratowania zdrowia i życia, widnieje już w całym kraju ponad 67 placówek. I wszystko wskazuje na to, że do końca roku to grono się jeszcze poszerzy.
NFZ odmawia zapłaty wielomilionowych kwot za świadczenia wykonane ponad kontrakty: SP ZOZ we Włodawie ma za ubiegły rok niezapłacone ponad 1,7 mln zł, SP ZOZ w Kraśniku domaga się ponad 3 mln zł, SP z Radzynia Podlaskiego - za ubiegły i obecny rok 3 mln zł, Szpital Specjalistyczny im. Jędrzeja Śniadeckiego w Nowym Sączu najprawdopodobniej do końca roku przekroczy kontrakt o ok. 7 mln zł.
- Tylko za bieżący rok mamy nadwykonania o wartości 18 mln zł. Jak dotąd nie zobaczyliśmy ani grosza - mówi Jan Gierada, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach.
Najgorzej w Małopolsce
Rekordzistą jest - można by rzec tradycyjnie, bo taka sytuacja zdarza się po raz kolejny - małopolski oddział NFZ. Większość szpitali w regionie należałoby po prostu zamknąć i ponownie otworzyć po 1 stycznia 2010 r.
- Największe nadwykonania mamy na Oddziale Pediatrycznym. Tam limit został już zrealizowany na cztery miesiące naprzód. Kwotowo natomiast największe przekroczenia mamy na Oddziale Chirurgii - mówi Tadeusz Augustyn, zastępca dyrektora SP ZOZ w Proszowicach.
Łączna suma zaległości NFZ wobec proszowickiego szpitala z tytułu nadwykonań wyniosła ponad 2,9 mln zł. Dlatego od 1 października do szpitala przyjmowani są tylko ci pacjenci, których stan bezpośrednio zagraża życiu. Pozostali, po przebadaniu, są ustawiani w kolejce. Ale to nie wszystko. Już dziś wiadomo, że nie wszystkie zakupy inwestycyjne zaplanowane na ten rok uda się zrealizować. Nie ma też możliwości zastąpienia urządzeń, które zepsuły się w trakcie mijającego roku. - Można powiedzieć, że diagnostyka w przyszłym roku może się z tego powodu pogorszyć. Mówiąc natomiast wprost - powiem, że cofniemy się przez to w jakości świadczonych usług - stwierdza Augustyn. Jedyna szansa na odzyskanie przynajmniej części zaległych pieniędzy to zwrócenie kosztów leczenia pacjentów z innych województw.
Ściana wschodnia dyskryminowana
Najgłośniej protestują placówki tzw. ściany wschodniej. Tamtejszy dyrektorzy czują się dyskryminowani, bo zgodnie z algorytmem podziału środków w NFZ i tak dostają mniej pieniędzy niż inne województwa. W dodatku dyrektor Hankiewicz przypomina także, że w czerwcu, podczas wystąpienia w Sejmie minister Ewa Kopacz twierdziła, że "stać nas na to, aby zapłacić 100 proc. nadwykonań, 100 procentom świadczeniodawców, którzy po te pieniądze w ramach drogi regulowanej prawem wystąpią". Kopacz obiecała wtedy, że zwrot kosztów za nadwykonania będzie załatwiany w trakcie tzw. ugód przedsądowych. Szpital w Radzyniu Podlaskim skierował sprawę do sądu, ale na rozprawę, która miała się odbyć w połowie listopada, nie przybył nikt z NFZ. Nie doszło więc do ugody. - I teraz została nam tylko droga sądowa dużo droższa no i ciągnąca się pewnie latami - nie kryjąc rozgoryczenia mówi dyrektor Hankiewicz, który od sędziów dowiedział się, że przedstawiciele Funduszu stawiali się do tej pory na ugody. - Zapytałem które szpitale prosiły o te ugody. Okazuje się, że były to placówki z mazowieckiego i śląskiego. Interpretację tego faktu pozostawiam Czytelnikom...
W efekcie - jak pokazują dane dotyczące kolejek na różne rodzaje świadczeń medycznych opublikowane przez podlaski oddział NFZ - na endoprotezoplastykę stawu kolanowego trzeba poczekać aż 1067 dni - blisko trzy lata.
- To nie jest wina szpitali - podkreśla Marian Jaszewski, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Łomży. - My mamy sprzęt i lekarzy, ale nie mamy za co leczyć. Skoro Fundusz twierdzi, że nie zapłaci za żadne nadwykonanie nie będące ratowaniem życia, to my nie możemy przyjmować takiej liczby pacjentów jak wcześniej. A środki przekazane przez NFZ skończyły się w pierwszej połowie roku - wylicza Jaszewski.
O pieniądze za nadwykonania zamierza także walczyć Artur Puszko, dyrektor szpitala w Nowym Sączu. - Przede wszystkim jesteśmy jedyną placówką na tym terenie i nie mam gdzie odsyłać pacjentów. Wszystko, co jest zatem ponad to, jest to nadwykonanie "funduszowe", nie moje. Nie ja więc tworzę nadwykonania, a Fundusz - twierdzi.
Karać lekarzy
Podane wyżej przykłady można oczywiście mnożyć w nieskończoność, bo większość placówek ma takie kłopoty. - W najlepszej sytuacji są placówki prywatne, mające kontrakt z NFZ, bo one wykonują jedynie zabiegi planowe i dostaną 100 proc. stawki, reszta, chcąc nie chcąc, zadłuża się - mówi gorzko Marek Balicki, poseł i dyrektor szpitala wolskiego w Warszawie.
Kilku dyrektorów nie chcąc wpaść w pułapkę zadłużenia oprócz ograniczenia liczby przyjęć postanowiło także za zaistniałą sytuację... ukarać lekarzy. Tak jest np. w szpitalu miejskim w Toruniu, gdzie za przekroczenie limitów ordynatorów oddziałów czekają kary finansowe. Dostaną oni o tyle procent mniejszą pensję, o ile więcej przyjęli pacjentów. Dyrekcja tłumaczy, że szpital już przekroczył limity na sumę ok. 4 mln zł (przy rocznym budżecie 50 mln zł), a nie chce dopuścić do nadmiernego zadłużenia, bo to spowodowałoby zapaść finansową placówki.
- Stąd pomysł, aby zastosować taki mechanizm, który spowoduje większe przestrzeganie limitów - tłumaczy Andrzej Przybysz, wicedyrektor Specjalistycznego Szpitala Miejskiego w Toruniu. - Negocjujemy z koordynatorami oddziałów, aby w ich umowach znalazł się zapis nakładający kary finansowe za przekraczanie pułapu zadań. Ma to być czynnik dyscyplinujący lekarzy, by tego zakresu usług pilnowali.
Co na to lekarze? - Nie jest to dobry pomysł - uważa dr Piotr Hubert, koordynator oddziału chirurgii ogólnej, onkologicznej i naczyń. - Z jednej strony rozumiem dyrekcję, że chce uniknąć zadłużenia szpitala, jednak z drugiej trzeba pamiętać o tym, że nie zawsze da się zaplanować liczbę zabiegów i badań. Już teraz w wielu szpitalach ci pacjenci, którzy mieli zaplanowane zabiegi, są przesuwani na następny rok.
Będzie gorzej
W przyszłym roku dostęp pacjentów do leczenia jeszcze się pogorszy, bo do NFZ wpłynie o 1,5 mld zł mniej niż w 2009 r. Dyrektorzy szpitali uważają, że sytuację mogłoby uratować zaciągnięcie przez NFZ pożyczki bankowej. Nie zgadza się z tym prezes Funduszu Jacek Paszkiewicz, który nie chce brać miliarda czy nawet półtora miliarda zł kredytu, a później latami spłacać 300-400 mln zł rocznych odsetek.
- Wiele wskazuje na to, że system opieki zdrowotnej wchodzi dziś w największy kryzys od 10 lat. Już dziś wiadomo, że kontrakty szpitalne podpisywane z NFZ na przyszły rok będą o ok. 10 proc. niższe od obecnych. Musi się to odbić na pacjentach - nie ukrywa Marek Balicki.
Dyrektor Marian Jaszewski nie wyklucza konieczności wygaszania pracy części oddziałów. Nie jest jedyny. - Jeśli to się nie zmieni, to za rok, w listopadzie, mojego szpitala może już nie być - mówi Hankiewicz. - Przyczyna jest jedna: mamy za mało pieniędzy w systemie. Trzeba podnieść składkę zdrowotną, bo niestety społeczeństwo się starzeje, chorych i potrzebujących pomocy nie będzie ubywać. Trzeba pomyśleć o współpłaceniu i o alternatywnych ubezpieczeniach.
Ta sytuacja najlepiej pokazuje, że wieloletni postulat środowiska o zwiększenie wysokości składki nie był podyktowany tylko chęcią zwiększenia lekarskich zarobków - co zarzucała izbie lekarskiej minister Kopacz. Po prostu bez większych nakładów na ochronę zdrowia kolejki pacjentów będą się wydłużały w nieskończoność.
Anna Augustowska, Agnieszka Katrynicz
Gazeta Lekarska 2009-12 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|