
|

 |
Leczyć skutecznie i bezpiecznie
|  |  |  |
 |
Z Konstantym Radziwiłłem, prezesem NRL w latach 2001-2009 rozmawia Marek Stankiewicz
Przez ostatnie osiem lat prezesowałeś NRL, a wcześniej przez cztery byłeś jej sekretarzem, cały czas pracując jako lekarz rodzinny we własnej praktyce na warszawskim Ursynowie. Warto było poświęcić swój czas i energię dla izby lekarskiej?
- Traktuję to jako służbę naszemu środowisku. Przez te lata raz mi wychodziło lepiej, innym razem gorzej, ale robiłem, co mogłem. W mojej pamięci będzie to czas niezwykłych spotkań i rozmów z ogromną liczbą wspaniałych ludzi, których poznałem podczas wielu moich podróży po Polsce. To właśnie lekarze w małych miejscowościach, pomimo nieraz piętrzących się trudności i ciemnych chmur gromadzących się nad samorządem, swoją postawą dają nadzieję, że samorząd wcale nie jest tak zagrożony, jak to niektórzy wieszczą.
Wiesz co o tobie mówią czytelnicy "Gazety Lekarskiej".
- Nie wiem.
Do bólu ambitny, pracowity, szybko się uczy, wszystkiego, czego nie umiał, pryncypialny w poglądach, ale dziwnie uparty, trudno go przekonać, a politycy, z którymi się styka dodają niemal chórem, że nie potrafi "powiedzieć na czarne białe". Czy ten facet, to ty?
- Może z jednym wyjątkiem, że tak trudno mnie przekonać. Ale rzeczywiście mam swoje zdanie i potrafię je obronić. Reszta chyba się zgadza. Sam chyba teraz rozumiesz, dlaczego nie wylądowałem jeszcze w polityce.
Pracowałeś z wieloma ministrami zdrowia, za którymi lekarze generalnie nie przepadali. Czy minister zdrowia to sojusznik czy przeciwnik lekarzy?
- Minister zdrowia jest organem państwa, a lekarze i lekarze dentyści zrzeszeni w samorządzie mają do odegrania swoją rolę w tym państwie. Organy samorządu reprezentują nasze środowisko, ale jednocześnie są ramieniem państwa w stosunku do naszej grupy zawodowej. W tej sytuacji minister zdrowia nie może być ani sojusznikiem, ani przeciwnikiem. Jesteśmy po prostu skazani na współpracę. Mam wrażenie, że ministrowie zdrowia i inni politycy nie doceniają roli, jaką mógłby pełnić nasz samorząd w państwie z korzyścią także dla nich samych. Stawiając nas często pod ścianą, wywołują w nas wrogie postawy. A przecież mogłoby być zupełnie inaczej.
Dlaczego tak postępują?
- Politycy dali lekarzom i lekarzom dentystom, jako środowiskom zawodów zaufania publicznego, uprawnienia władztwa państwowego w pewnym zakresie. Ale za chwilę się strasznie przestraszyli, że w ogóle oddali nam część swojej władzy. I to im się trochę nie podoba. Wielki 160-tysięczny samorząd lekarski staje się dla nich problemem, bo nie robi tego, co oni każą, lecz ma swoje zdanie, często krytyczne w stosunku do tez formułowanych przez kolejnych polityków.
Publikowaliśmy już w "Gazecie Lekarskiej" twoją ocenę dokonań samorządu lekarskiego w ostatnim dwudziestoleciu. Powiedz nam teraz, co się nie udało.
- Największą jego porażką jest to, że tak wielu lekarzy wątpi w jego celowość i skuteczność. To niesamowity paradoks, bo przed chwilą mówiłem, że politycy obawiają się niezależności lekarzy. Ale ten paradoks jest wpisany w zawody zaufania publicznego. Głos spoza środowiska mówi, że nie dość zdecydowanie nadzorujemy wykonywanie swojego zawodu, a od wewnątrz docierają pretensje zirytowanych lekarzy, że nie dość skutecznie pilnujemy ich interesów zawodowych i finansowych.
A dlaczego te głosy nie mogą ze sobą współbrzmieć?
- Bo mamy jednak słabe doświadczenie w demokracji. Tylko 20 lat, wcześniej to tak naprawdę tylko słyszeliśmy o demokracji. Lekarze, z natury rzeczy, są indywidualistami. Działanie lekarzy w większej grupie jest bardzo trudne. Każdy z nas ma własny pomysł, ma coś z dydaktyka lub lidera. Zresztą, co tu dużo mówić. Świat się zmienia na lepsze i apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bez problemów poruszamy się dziś po Europie i nie mamy zamiaru pamiętać, w jakiej kolejce stało się po paszport czy wizę do Niemiec raptem przed dwudziestu laty. Widzimy jak żyją i pracują za granicą nasi koledzy. Więc po prostu myślimy sobie, że to może ten samorząd załatwiłby nam trochę tego dobrobytu.
Może najmłodsze pokolenie lekarzy to zmieni?
- Hmm... Przed dwudziestu laty więcej lekarzy niż teraz garnęło się do działalności publicznej.
Może brak im należytej zachęty?
- Nie, to jest po prostu objaw normalności. Bo lekarz jest od leczenia, a nie uprawiania jakiejś działki społeczno-publicznej, ani martwienia się o potrzeby społeczeństwa obywatelskiego. Nie po to decyduje się na 6 lat piekielnie pracochłonnych studiów, żeby po dyplomie rzucić się w wir pracy w samorządzie. Z reguły młodzi adepci medycyny mawiają: to nie dla mnie, "oni" tam załatwiają tylko swoje interesy... No cóż, trzeba uderzyć się w piersi, bo gdyby starsi lekarze pokazali im dobitnie, że jest inaczej: że to nie jest po prostu nasz sposób na życie, że pracujemy pro publico bono, to można by liczyć na większy entuzjazm.
Zostawmy na chwilę młodzież lekarską w spokoju. Jak myślisz, dlaczego profesorowie medycyny i luminarze nauki stronią od samorządu - żeby nie powiedzieć, że nim gardzą?
- Myślę, że w tej kwestii jest poprawa. Przed 20 laty było inaczej. Wtedy samorząd odradzał się w obywatelskim ruchu odzyskującym podmiotowość społeczeństwa. Środowisko lekarskie o korzeniach solidarnościowych bardzo silnie odcisnęło się w tym ruchu. Nie ma co ukrywać, że wtedy znaczną część tamtego establishmentu medycznego stanowili ludzie poprzedniej władzy. Czas biegnie nieuchronnie. Dziś w samorządzie mamy więcej profesorów. Ale nie dziw się, że każdego profesora ciągnie bardziej do pracy badawczej i naukowej.
Środowiska lekarzy hołdujących medycynie niekonwencjonalnej oraz dystrybutorzy leków homeopatycznych chętnie rozerwaliby cię na strzępy za twarde, krytyczne stanowisko Naczelnej Rady Lekarskiej w tej sprawie. Nie poddasz się?
- Sam powiedziałeś, że mówi się o mnie, że jestem przywiązany do zasad. Jedną z takich zasad jest Kodeks Etyki Lekarskiej, który nie jest zbiorem towarzyskich pogaduszek ani materiałem do akademickich paneli między specjalistami, ale to jest przekaz, który mamy w pracy realizować naprawdę. Przecież to w KEL zapisano, że nie wolno nam stosować metod naukowo nie zweryfikowanych. To oznacza, że czyjaś intuicja, przekonanie, a nawet doświadczenie nie są przesłanką wystarczającą do uznania za naukowy dowód na skuteczność i bezpieczeństwo określonej procedury. Jeśli lekarz uczciwie podejrzewa, że wpadł na trop czegoś naprawdę nowego, może skorzystać z drogi eksperymentu medycznego, który ma jasno nakreślony cel, zasady wykonania i zgodę komisji bioetycznej, która oceni czy to rzeczywiście ma sens. Pół biedy, jeśli do intuicji i własnego przekonania odwołują się osoby, które nie są lekarzami. Gorzej, jeśli za "niemedycynę" biorą się lekarze.
Co więcej, zarzucają ci, że kwestionujesz zalecenia WHO, które traktują homeopatię jako równoprawną metodę leczenia na życzenie pacjenta...
- Standardy, consensusy, algorytmy postępowania, które stosujemy w praktyce nie pochodzą z nadania takich instytucji jak np. Światowa Organizacja Zdrowia, lecz ich autorami są przede wszystkim naukowe gremia lekarskie. Uchwałę Naczelnej Rady Lekarskiej w tej sprawie poprzedziły długotrwałe dyskusje i przegląd piśmiennictwa dokonany przez autorytety lekarskie. To one przekonały nas o braku dowodów naukowych, które stałyby za homeopatią. W podobnym duchu w październiku br. NRL wypowiedziała się w sprawie tzw. chelatacji. Niektórzy kwestionują prawo samorządu lekarskiego do wypowiadania się w takich sprawach. Tam, gdzie mamy do czynienia z prawdziwymi dylematami, lekarskie gremia krajowe lub międzynarodowe wybierają najlepsze sposoby postępowania i je ogłaszają. Nie są żadną tajemnicą istniejące standardy w świeżo wykrytym nadciśnieniu tętniczym, w średnio zaawansowanej astmie lub w ostrym zapaleniu wyrostka robaczkowego. Próżno szukać, aby ktoś wśród homeopatów wypowiadał się w sprawie takich standardów. NRL wysyła sygnał do lekarzy i lekarzy dentystów: uważajcie, to jest wprawdzie metoda legalna, ale nie potwierdzona naukowo, a więc nie dość skuteczna i bezpieczna, aby ją zastosować. Koniec. Kropka. Kodeks Etyki Lekarskiej to nie puste słowo, lecz konkretna dyrektywa.
Upowszechnia się pogląd, że stopień agresji pacjentów wobec lekarzy osiąga teraz apogeum. Co ty na to?
- Niestety, nie mamy w tej sprawie mocnych i wiarygodnych danych, ale doświadczenie wielu z nas jest rzeczywiście właśnie takie. Postawa konsumencka zaczyna dominować także wśród pacjentów zgodnie z zasadą "płacę, więc wymagam". Rozpada się naturalny szacunek dla autorytetów. Te dwie tendencje powodują, że pacjent coraz bardziej staje się klientem. A klient wymaga. Niestety, jakość ochrony zdrowia w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Wcale nie dziwię się pacjentom, że się denerwują. I to nie tylko dlatego, że zachorowali, ale również, że nie otrzymują pomocy lub wsparcia, jakie im się należy. Po wielu miesiącach oczekiwania w kolejce na przyjęcie do lekarza rozgoryczony pacjent wyładowuje swoją złość na lekarzu. Pacjent, który otrzyma to, co mu się należy, będzie się rzadziej awanturował. Rozwiązanie tej sprawy wydaje się być poza naszym zasięgiem.
- Czy pacjent ma jakieś obowiązki wobec lekarza?
- Po pierwsze - ma nas szanować. My nie jesteśmy jego służącymi. Zresztą służącym szacunek także się należy.
- A może to polscy lekarze są niedouczeni i źle wychowani?
- Chyba brak nam gruntownego wykształcenia w zakresie komunikacji międzyludzkiej. Część z nas, lekarzy, korzysta z dobrodziejstwa tego, co wyniosło z domu rodzinnego. Ale to w dzisiejszych czasach za mało. Każda ekspedientka sklepu warzywnego, która na pożegnanie nie życzy klientowi "miłego dnia" uchodzi za złą pracownicę. Boję się, że wielu z nas nie docenia, jak dużo można w ten sposób osiągnąć. Także w intymnej relacji z pacjentem umiejętności komunikacyjne na pewno przydałyby się.
Czy należy skrócić czas specjalizacji?
- Trzeba skrócić dochodzenie do specjalizacji szczegółowych, ale to nie może być automatyczne obcięcie czasu specjalizacji. Według naszych, izbowych, ocen, popartych opinią wybitnych specjalistów, znaczna część tego, co znajduje się w programach specjalizacji, powinna tam pozostać.
Po ilu latach po dyplomie lekarz dochodzi do samodzielności?
- Nie dłużej niż po sześciu latach można i powinno się osiągnąć każdą ze specjalności. Przesuwanie osiągnięcia tego mistrzostwa poza 35 rok życia wydaje się być nieporozumieniem.
A co z tymi lekarzami, którzy bardzo chcą, ale się nie nadają, bo już trzy razy "oblali" egzamin? Czy nie warto by powiedzieć im dyskretnie po pierwszych dwóch latach, żeby znaleźli sobie inne zajęcie, bo to sprawa nie na miarę ich talentu?
- To nie jest takie proste, bo nie wiemy na jaką drogę skierować kogoś, kto - wg wyników egzaminów - nie kwalifikuje się do miana specjalisty. A może on się nadaje, tylko my go źle uczymy? Osoba, która kończy medycynę, jest w stanie przyswoić bardzo dużą porcję wiedzy. Może potrzebna jest mu jeszcze jedna szansa, może jakaś specjalna motywacja. Nie wolno zbyt lekką ręką odbierać prawa lekarzom do zostania specjalistą. Pojawia się tu miejsce na dyskusje na temat roli kierownika specjalizacji; może należałoby wrócić do relacji typu mistrz-uczeń?
Dlaczego samorząd lekarski nie zgadza się na likwidację stażu?
- Nie można zapominać, że medycyna to wprawdzie bardzo skomplikowane, ale jednak rzemiosło. To nie tylko wiedza wyniesiona z uczelni medycznej, ale także praktyczne umiejętności jej zastosowania w praktyce. Student to jeszcze nie lekarz. Natomiast stażysta to osoba, która wprawdzie ciągle jeszcze się uczy, ale pacjent zwraca się do niej per "panie doktorze". Ma już tę cząstkę odpowiedzialności, która charakteryzuje lekarza. Tę odpowiedzialność musi poczuć, bo ona jest istotą medycyny. Tą roczną drogą stażysty poprzez poszczególne specjalności, włącznie z medycyną rodzinną, buduje się pewnego rodzaju pamięć, która musi zostać w nim na całe życie. To jest pamięć widzenia pacjenta, jako człowieka, który może być obarczony wieloma schorzeniami i cierpieć na wielorakie dolegliwości, a nie tylko chorobę, którą będzie leczył z racji swojej przyszłej, czasem bardzo wąskiej specjalności. A pomysł zastępowania zajęć teoretycznych podczas studiów praktykami klinicznymi grozi felczeryzacją medycyny.
A może to władza podlizuje się młodzieży lekarskiej?
- Ależ ta młodzież, mimo że jednostki rwą się do samodzielnej pracy, też bez entuzjazmu patrzy na plany ministerstwa. Pamiętajmy, że nadanie prawa wykonywania zawodu lekarzowi lub lekarzowi dentyście nakłada na niego odpowiedzialność, której nikt z niego nie zdejmie, kiedy popełni błąd lub dopuści się zaniedbania.
Jak nas widzą lekarze Starej Europy?
- Stały Komitet Lekarzy Europejskich, któremu będę przewodniczył w latach 2010-2011, nie jest forum powołanym do takich ocen. Polscy lekarze, w opinii moich zagranicznych kolegów, nieźle się asymilują i raczej dobrze funkcjonują w nowym otoczeniu kulturowym i językowym. Niczego złego o nikim nie usłyszałem. Natomiast nasi lekarze nie traktują ani nie uważają Zachodniej Europy za "lekarskie Eldorado". Opowiadają wprost o barierach, kłopotach, mnóstwie ograniczeń formalnych. A co najciekawsze, szukają kontaktu na leczenie w Polsce, kiedy sami zachorują lub nieszczęście doścignie ich rodzinę, krewnych albo bliskich. Bo w Polsce łatwiej to załatwić, jak sami mawiają.
Wielka rzesza polskich lekarzy specjalistów jeszcze nie dostrzegła zmierzchu ery "bogów w białych kitlach" i końca medycyny paternalistycznej i zdecydowanej mody na medycynę partnerską.
- W tej sprawie mamy w Polsce jeszcze wiele do zrobienia. W każdym razie jest coraz mniej pacjentów ciemnych jak przysłowiowa tabaka w rogu. Wielu nie tylko wie naprawdę dużo na temat zdrowia i chorób, ale ma też swoje zdanie na temat możliwej diagnostyki i terapii. Coraz rzadziej można spotkać takiego, który nie śmie o cokolwiek zapytać swojego lekarza.
Korzystając z okazji, chciałbym najserdeczniej podziękować wszystkim Koleżankom i Kolegom, z którymi dane mi było pracować w naszym samorządzie. Jednocześnie wszystkim polskim Lekarzom i Lekarzom Dentystom pragnę życzyć prawdziwego Bożego Narodzenia - w takim najbardziej dosłownym tych słów znaczeniu. Niech po tych świętach wszystkie dni Nowego Roku będą dobre, a w nich każdy z nas niech staje się co dzień coraz lepszy.
tekst i fot. Marek Stankiewicz
Zadaniem lekarza jest przekonać pacjenta, by sam wybrał to, co dla niego najlepsze.
Podczas międzynarodowej konferencji lekarskiej w Katowicach.
W gabinecie lekarza rodzinnego.
Podczas uroczystości jubileuszowych w Poznaniu z pierwszym prezesem odrodzonego samorządu lekarskiego prof. Tadeuszem Chruścielem.
Spotkanie z Dalajlamą.
Rozmowy z minister zdrowia Ewą Kopacz w siedzibie Naczelnej Izby Lekarskiej.
Gazeta Lekarska 2009-12 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|