Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2009 Gazety Lekarskiej  Numer 2009-06  Historie stomatologiczne - Mało, a nawet za dużo 

Międzynarodowy Związek Lekarzy upowszechnił pod koniec lat trzydziestych XX w. pogląd, że w Europie 1 lekarz powinien przypadać na 1500 mieszkańców.

Liczba ta powstała z połączenia myślenia o pacjentach i o egzystencji materialnej lekarza. Jeden lekarz był w stanie opiekować się taką liczbą ewentualnych pacjentów. Tak liczną społeczność stać było na utrzymanie swojego lekarza. Wyliczenie to odnosiło się do lekarzy, których należałoby nazwać "rodzinnymi" lub "domowymi". Wiadomo, że lekarzy dentystów było od nich znacznie mniej; w Polsce 3,5-krotnie mniej. W 1938 r. praktykowało u nas 12 917 lekarzy oraz 3686 lekarzy dentystów (dane te podaję tym razem za "Małym rocznikiem statystycznym" 1939; pochodzą z końca 1937 r.). Z tej statystyki można by wyprowadzić wniosek, że 1 lekarz dentysta powinien przypadać na 4500 mieszkańców. Prawda była jednak bardziej dotkliwa: statystycznie musiał zadbać o 11 500 mieszkańców. Lekarz "domowy" też nie miał pieczy nad 1500 mieszkańców, ale nad 3100.

Taka była polska rzeczywistość końca lat trzydziestych. Tak źle z liczbą lekarzy i lekarzy dentystów jak u nas było tylko w Rumunii i Bułgarii. W Czechach było 2-krotnie, a w Niemczech 3-krotnie lepiej.

Statystyka nie mówi prawdy, ponieważ pokazuje średnią krajową, na którą składają się zarówno wielkie miasta, jak i odległa prowincja. Polska międzywojenna miała Kresy, czyli bardzo daleką prowincję. Jeżeli w Warszawie i w dużych miastach akademickich 1 lekarz przypadał na 600 mieszkańców, a w Krakowie nawet na 310 - to w odległych rejonach południowo-wschodnich w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było go w ogóle.

Podobnie było z lekarzami dentystami. W Warszawie w 1938 r. jeden lekarz dentysta przypadał na 950 mieszkańców, a w odległych powiatach kresowych na 38 700 mieszkańców.

W stolicy dzieci korzystały ze szkolnej opieki dentystycznej, mogły więc nabrać nawyków dbałości o zęby. Na prowincji nie miały nawet okazji kontaktu z krzesłem dentystycznym. W miastach opieka dentystyczna była częścią opieki medycznej nad kategoriami zawodów objętych państwową służbą zdrowia. Ubezpieczalnia Społeczna, chociaż skąpiła środków, nominalnie finansowała także leczenie dentystyczne. Poza wszelką opieką pozostawała wieś. Chłopi prowadzący gospodarstwa rolne mogli się leczyć za własne pieniądze. Leczenie robotników rolnych, czyli fornali, odbywało się na koszt pracodawców. Sprowadzało się to do wezwań lekarzy w nagłych przypadkach. Leczenie zębów nie należało do kategorii "nagłych".

Odpowiedź na pytanie, czy Polska ma odpowiednią liczbę czy może za mało albo za dużo lekarzy dentystów - jeśli nie miała pozostać tylko werbalna - powinna zawierać także radę i postulować skutki. Statystyki mówiły, że w tej części Europy mamy ich najmniej. Rzeczywistość, jeśli nie potwierdzała, to nie przeczyła tej oczywistej konstatacji. W miastach, zwłaszcza dużych o statusie akademickim, trwała walka o każdą posadę i każdy atrakcyjnie usytuowany gabinet. Związki i towarzystwa, a od listopada 1938 r. także nowo powstałe izby lekarsko-dentystyczne informowały o niskich dochodach, wysokich podatkach i braku perspektyw dla branży. Na prowincji, zwłaszcza tej dalekiej, na kresach południowo-wschodnich czekały nawet posady. Podobnie jak działo się to w przypadku lekarzy "domowych" nie było chętnych do dalekich przesiedleń i wiejskiego osadnictwa. Nie dlatego, że lekarzom i lekarzom dentystom podobało się żyć w dużych miastach. Działo się tak dlatego, że działania władz administracyjnych i sanitarnych nie wiązały agitacji z zachętą materialną. Wolne posady w dalekich wiejskich ośrodkach zdrowia czekały nie obsadzone, bo za 200 zł miesięcznie, bez mieszkania, nie można się było utrzymać. Istniał wprawdzie potencjalnie olbrzymi, często wielotysięczny rynek pacjentów prywatnych, ale ci nie mieli potrzeb i nawyków leczenia, a zwłaszcza leczenia zębów, a przede wszystkim liczyli każdą złotówkę na chleb i na sól. Na lekarza nie starczało. Sytuacja skutkowała sprzecznymi z sobą i ze zdrowym rozsądkiem skutkami: bezrobocie istniało obok niezaspokojonego zapotrzebowania na usługi medyczne, także lekarsko-dentystyczne na prowincji.

Po niespełna 20 latach kształcenia - powstała wcale pokaźna grupa ludzi, wykształconych lekarzy dentystów, z których pomocą można było dokonać jeśli nie rewolucji, to wyłomu w nadmiernie stabilnym świecie stomatologicznym. Tak mogło być, ale nie było. Te wykształcone kadry do rewolucji się nie nadawały. Przeważały w nich kobiety z dobrych mieszczańskich rodzin, które nie myślały osiedlać się na Kresach.

Prof. Antoni Cieszyński z UJK we Lwowie, którego poglądy na kształcenie lekarzy dentystów poznaliśmy już wcześniej w historiach stomatologicznych, zaglądał przez ramię swoim warszawskim kolegom z Akademii Stomatologicznej i wytykał nadmiar kobiet na studiach dentystycznych. Kiedy w latach 1927-28 w polskim środowisku akademickim dyskutowano publicznie o programie Państwowego Instytutu Dentystycznego, prof. Cieszyński dworował sobie, że jest on uczelnią dla panienek z dobrych domów, które po maturze nie miały pomysłu na dorosłe życie. Wtedy, w roku akademickim 1926/27, w PID studiowało 298 kobiet i tylko 60 mężczyzn. Cieszyński lubił posługiwać się procentami i obliczył, że panienki i mężatki stanowiły aż 81,7% studentów. Zgłosił wtedy postulat stopniowego zwiększania procentu mężczyzn, aż do osiągnięcia równowagi procentowej. Nie udało się jej nigdy osiągnąć, ale w roczniku 1936-37 widoczny był znaczący postęp, bo płeć piękna stanowiła już tylko 67,8% ogółu studentów.

Potyczki Cieszyńskiego z profesorami z Akademii Stomatologicznej ubarwione są anegdotami, ale wyrastały z przesłanek merytorycznych.

Po pierwsze, dysponując takimi kadrami młodych lekarzy (lekarek) dentystów nie można było myśleć o zasiedleniu prowincji, a zwłaszcza dalekich Kresów. W województwach wschodnich: wileńskim, nowogrodzkim, poleskim i wołyńskim, 1 lekarz dentysta przypadał na ponad 12 tys. mieszkańców. Najdalej do lekarza dentysty mieli mieszkańcy woj. południowych: lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego, w których w kolejce do 1 lekarza dentysty znajdowało się aż 38 700 mieszkańców.

Paradoksem było, że sytuacja w woj. zachodnich, a więc pomorskim i poznańskim nie była wcale różowa, bo tam też rocznik statystyczny odnotowywał stosunek 1:12 400. W samym Poznaniu, w którym na uniwersytecie kształcono stomatologów, Kasa Chorych otwarła ambulatorium dentystyczne, do którego poszukiwała 12 lekarzy dentystów. Znalazło się tylko 6 amatorek.

Oczywisty stawał się wniosek, że uniwersytety prowadzące przy wydziałach lekarskich specjalizacje stomatologiczne nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania na lekarskie kadry stomatologiczne i dentystyczne. Gros absolwentów studiów lekarsko-dentystycznych wywodziło się z Warszawy, studiowało i pozostawało po studiach w stolicy. Stąd wyprowadzano wniosek o potrzebie powołania studiów dentystycznych, podobnych do Akademii Stomatologicznej, także w Poznaniu i Wilnie. Pomysł ten daleki był jednak od konkretyzacji.

Po drugie - dowodził Antoni Cieszyński - mężatki w zawodzie lekarza dentysty tylko w 40% pozostają aktywne zawodowo, a te, które nie rezygnują w ogóle z pracy, wykorzystują tylko w połowie swój czas na sprawy zawodowe, bo zajęte są rodzinami i dziećmi. Lwowski profesor stwierdzał nawet przy tej okazji kategorycznie, że obowiązkiem państwa jest zapewnić przede wszystkim pracę zawodową mężczyznom, ponieważ na nich ciąży obowiązek utrzymania rodziny.

Po trzecie - odwołujemy się do poglądów wyrażanych w 1938 i 1939 r. - nad Europą wisi groźba wojny, a na wojnie potrzebni będą mężczyźni. W zawodzie lekarza dentysty mężczyzn jest tylko 23%. W przypadku wojny, na której kontuzje postrzałowe twarzy i szczęk są bardzo częste, nie zapewnią oni armii dostatecznej opieki medycznej.

Wojna w sposób bezwzględny dotknie środowisko lekarzy dentystów, nie oszczędzając bardzo licznych kobiet. Pozostaną i ożyją na nowo w zupełnie odmiennych warunkach problemy z kadrą i z koncepcjami jej kształcenia, o których profesorowie - patroni lekarzy stomatologów i lekarzy dentystów - dyskutowali w 20-leciu międzywojennym.

Zygmunt Wiśniewski

Gazeta Lekarska 2009-06 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: lekarska@gazeta.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2009-06-09