|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2009 Gazety Lekarskiej Numer 2009-06 Lekarzy losy wojenne - Portrety w pasiaku
W połowie 1942 r. w Warszawie nikt ze znanych ludzi nie mógł się czuć bezpiecznie. Gestapo nasiliło masowe aresztowania wśród polskiej inteligencji. Aresztowani trafiali do więzienia na Pawiaku, a stamtąd do obozów w Auschwitz, na Majdanku albo do dalszych - Sachsenhausen, Gross-Rosen, Mautchausen, Oranienburga.
Bezpieczny nie czuł się również Mieczysław Michałowicz. Pozostawał na swojej placówce w Szpitalu Dziecięcym przy ul. Litewskiej, ale unikał pokazywania się w miejscach publicznych. Normą skromnej warszawskiej konspiracji było nocowanie poza domem. Gestapo zjawiało się zwykle przed mieszkaniem wczesnym rankiem. Standardowa ostrożność na niewiele się zdała. Na początku listopada 1942 r. nastąpiły masowe aresztowania wśród warszawskiej inteligencji; gestapo zabrało z domów wielu wybitnych działaczy społecznych, naukowców, literatów, dziennikarzy, artystów, księży. W nocy z 10 na 11 listopada agenci hitlerowskiej policji politycznej podjechali pod mieszkanie Michałowicza przy ul. Lekarskiej 23. Zatrzymanego zawieziono do więzienia przy ul. Pawiej, popularnie zwanego w Warszawie Pawiakiem. Mieczysław Michałowicz nie spisał swoich więziennych i obozowych wspomnień. Zrobili to inni świadkowie jego pobytu na Pawiaku, w obozie na Majdanku, a później w Gross-Rosen. Portret pierwszy: na Pawiaku W więzieniu przy ul. Pawiej Michałowicz trafił do celi, w której znalazł się także aresztowany tej nocy Adam Grzymała-Siedlecki, znany warszawski pisarz i krytyk teatralny. Grzymała-Siedlecki należał do tych nielicznych, którym udało się z Pawiaka wyjść na wolność. Jeszcze w czasie okupacji spisał swoje wspomnienia, w których odnotował także więzienne spotkanie z profesorem Michałowiczem. Nocny gestapowski "urobek" wśród warszawskiej inteligencji, chociaż większość osadzonych znała się z wcześniejszych kontaktów musiał się wzajemnie poznać. Tak nakazywała etykieta więzienna. Któż się tu znalazł? Następuje prezentacja, nie znana w życiu wolnych ludzi: na zaimprowizowane podium wchodzi po kolei każdy z nas - i kilkakrotnie, by słuchaczom wbić do głowy, powtarza swoje imię, nazwisko i adres. Idzie o to, by jeżeli ktoś cudem wcześniej stąd wyjdzie, wiedział, gdzie ma dać znać o nas. Aresztanci wybrali starostę sali, bo taka była konieczność regulaminowa, i za radą recydywistów, a więc tych, których gestapo już po raz wtóry osadziło na Pawiaku, postanowili "czymś się zająć", żeby nie popaść w więzienne otępienie. Wypróbowaną formą były prelekcje na tematyki odległe od więziennej codzienności. Na pierwszy ogień - powitany oklaskami - poszedł były rektor Uniwersytetu Warszawskiego, profesor Michałowicz. Zapoznał audytorium z teorią Kretschmera, w tak czarującej wprost pogawędzie, że dopóki się go słuchało, zapominało się o tym, gdzie my tych wywodów słuchamy. Rozważania o modnej wtedy konstytucjonalnej typologii charakterów było więc odtrutką na pierwszy szok, jaki więźniowie celi nr 258 przeżywali na Pawiaku. Michałowicz wraz z innym więźniem, Kruk-Strzeleckim został w pierwszej kolejności wyznaczony do przesłuchania. Przesłuchania odbywały się w alei Szucha. Podróż karetką więzienną przez Warszawę, czekanie w podziemiach gmachu gestapo, powtórna jazda na Pawiak - wszystko to zajmowało wiele czasu. Nieobecność Michałowicza i Kruk-Strzeleckiego pobiła jednak wszelkie rekordy. Wrócili dopiero po apelu wieczornym, ok. godz. 20.00, głodni, wycieńczeni i wyssani psychicznie. Ktoś zapytuje Michałowicza, czy sprawę będzie miał ciężką. - Nie obarczają mnie żadnym konkretnym zarzutem, tylko wyrażają przekonanie, że skoro byłem rektorem, to musiałem cieszyć się zaufaniem rządu. Wobec innych pensjonariuszy celi 258 gestapowcy również nie mają konkretnych zarzutów. Siedzą więc i czekają na kolejne przesłuchania. Czas skracają sobie prelekcjami. Wygłaszają je Hummel i Tuz, ale kto podziw budzi, to rektor Michałowicz: codziennie może wygłosić odczyt, a po pogadankach cudzych staje się elokwentnym koreferentem. W połowie lutego zapadł na różę w stopie. Miał przez kilka dni wysoką temperaturę, z zadziwiającą odpornością przemógł jednak słabość, troskliwie zresztą leczony przez doktora Lotha - wstał i wieczorem przed spaniem kopnął pogadankę o roli rdzenia pacierzowego w funkcjonowaniu psycho-nerwowym. Mówił bez mała dwie godziny i przez cały czas spacerował równym, rozkołysanym krokiem. - Myślę, że jeżeli w moich sześćdziesięciu sześciu latach i po chorobie z 39 stop. gorączki mogłem tak długo mówić i chodzić, to jeszcze nie tak źle z moimi siłami - wyznał. Pamiętnikarz napisał o prof. Michałowiczu, że wygłaszał swoje prelekcje z pasją, aby się upewnić, że Pawiak go nie zjada. Współwięźniowie Pawiaka opisani przez Grzymałę-Siedleckiego różnie znosili swój los, niektórzy popadali w apatię i przygnębienie. Na ich tle wyróżniał się energią i wolą przetrwania Mieczysław Michałowicz. Jak nas było dziesięciu na sali, tak wszyscy zgodnie podziwialiśmy tego człowieka, jego wytrzymałość, jego prężność duchową, jego radość życia, tu nawet nie zgnębioną, jego fantazję, jego snucie dalekonośnych planów na przyszłość. Po pięć, sześć godzin spędzał na pisaniu. Oczywiście w zatajeniu przed wachmanem, bo pisanie surowo tu wzbronione. Uwięzienie oderwało go od rozpoczętego dzieła o fizjologii i patologii dziecka, więc rzeczy z jego naukowej specjalności. Nie nazbyt pewny swoich dalszych losów, postanowił nie czekać na powrót do domu, lecz tu kontynuował pracę. Odziany w barwistą piżamę, skulony pod kołdrą na łóżku, ze stosem gotowego manuskryptu, chowanego w siennik, dziubał dalsze kartki ołówkiem króciutkim, łatwym do ukrycia w dłoni na wypadek wejścia wachmana. A papier na rękopis? Gromadził go z otrzymywanych od nas paczek papieru higienicznego... Wszystko razem: i ten na poły humorystyczny materiał pisemny, i warunki tworzenia, i siła woli, i potajemność trudu - składało się na całość historii wprost wzruszającej. Jeżeli ten przedziwny rękopis ocalał, powinien się znaleźć w przyszłym muzeum trudów naukowych. Portret drugi: na Majdanku Obozowe etapy życia Mieczysława Michałowicza splatały się z podobnymi losami innych znanych sprzed wojny polskich lekarzy. Jednym z nich był lekarz wojskowy mjr Stanisław Konopka, związany ze Szpitalem Ujazdowskim i Szkołą Podchorążych Rezerwy, a znany zwłaszcza z tego, że zgromadził największą w Polsce, a może nawet w Europie, bibliotekę lekarską, która mieściła się na warszawskim Ujazdowie. Aresztowany przez gestapo na początku stycznia 1943 r., a więc później niż Michałowicz - trafił Stanisław Konopka do więzienia na Pawiaku, a niedługo potem na Majdanek. Na początku kopał rowy pod fundamenty nowych baraków rozbudowywanego obozu, następnie Niemcy skierowali go do rewiru, czyli obozowego szpitala. Wspomina, że w nie opalanym baraku bez okien, przy kilkustopniowym mrozie, opiekował się chorymi więźniami, wśród nich cierpiącymi na dur plamisty. Rozpoznanie u chorego tyfusu równało się ze skierowaniem go do komory gazowej, dlatego lekarze obozowi fingowali różnego rodzaju rozpoznania, żeby uchronić współwięźniów od śmierci z rąk esesmanów. Konopka odnotowuje tę okoliczność, ponieważ wtedy właśnie, wiosną 1943 r. w transporcie więźniów z Pawiaka na Majdanek, został przywieziony prof. Michałowicz. Lekarze polscy na Majdanku mieli zorganizowany system pomocy, dzięki któremu ułatwili Michałowiczowi, jako pacjentowi, skierowanie na blok 5 rewiru dla chorych wewnętrznie. Blokiem tym kierował lekarz, absolwent medycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego, Jan Nowak, którego koleje losu splotą się z obozowymi przeżyciami Mieczysława Michałowicza. I dojdzie jeszcze jeden przypadek. W obozie żeńskim na Majdanku więźniarką i lekarką była Stefania Perzanowska, która spotkanie z profesorem opisała w swoim wspomnieniu. O przywiezieniu Michałowicza na Majdanek dowiedziała się od obozowego kapo. Jako praktykująca w obozie lekarka poprosiła o sprowadzenie profesora na oddział kobiecy celem skonsultowania choroby pacjentki. Znałam prof. Michałowicza od dawna - wspomina. - Kończyłam studia medyczne na Uniwersytecie Warszawskim, byłam więc jego uczennicą. U niego zdawałam pediatrię. Gdy teraz spotkałam go na Majdanku, przeraziłam się jego wyglądu. Ten zawsze tęgi, ogromny mężczyzna był teraz tak chudy, że pasiak wisiał na nim jak na wieszaku. Wydawał się przez to jeszcze wyższy, a jego zawsze rumiana, okrągła twarz wydłużyła się jakoś i była szaroblada. To pierwsze wrażenie było tak silne, że widocznie uzewnętrzniło się w moim wyrazie twarzy, bo Profesor po serdecznym przywitaniu zaczął mnie od razu bardzo gorliwie przekonywać, że fizycznie świetnie się czuje, że bardzo jest zadowolony z ubytku wagi, że jest teraz o wiele sprawniejszy w ruchach i że ta odchudzająca kuracja całkowicie mu odpowiada. Jak dawniej, jak zawsze, stale się uśmiechał; emanowała z niego niezrównana, niepowtarzalna witalność, a także optymizm i pogoda mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Witalność, optymizm i pogoda mimo wszystko i wbrew wszystkiemu... Taka postawa tu, na Majdanku, może być do końca zrozumiana tylko w kontekście okrucieństw, jakich dopuścili się Niemcy na więźniach tego obozu. Jan Nowak, więzień-lekarz, napisał we wspomnieniach, że przywiezionego na Majdanek Mieczysława Michałowicza udało się przenieść z pola trzeciego na pole pierwsze, gdzie znajdował się rewir. A więc w miejsce, w którym mógł być otoczony opieką lekarską, ale także niebezpieczne, bo stwarzające stały kontakt z chorymi. W trzecim tygodniu pobytu w obozie profesor zachorował na dur wysypkowy. Każdy, kto był w obozie koncentracyjnym, wie, co oznacza ta choroba w tragicznych warunkach życia więźniów. Leczenie prof. Michałowicza było trudne i z tego powodu, że był on otyły oraz że pojawiły się powikłania w postaci zapalenia płuc i biegunki obozowej, co u człowieka prawie 70-letniego nie wróżyło nic dobrego. Przez całą wiosnę 1943 r. nasz Profesor powoli wracał do zdrowia i sił. W czerwcu udało się nam, za zgodą lekarza SS, zorganizować zebrania personelu "rewiru", na którym prof. Michałowicz prowadził popularne wykłady w języku niemieckim z zakresu różnych dziedzin medycyny. Współuczestnik i świadek Golgoty polskich lekarzy na Majdanku mjr dr Stanisław Konopka wspomina: Już w drugiej połowie maja (1943 r.) Michałowicz począł zwolna nabierać sił. Zmienił się także nastrój Profesora, co było dowodem, że największe niebezpieczeństwo minęło. Od tego czasu Profesor Michałowicz służył nam zawsze radą i pomocą fachową, a dzięki swemu pogodnemu usposobieniu wpływał bardzo dodatnio na nasz stan psychiczny. Stał się dla nas faktycznym, ale nie mianowanym przez władze obozowe, konsultantem i wyrocznią w sprawach lekarskich. Jego wiek i dostojna postać wzbudzały nawet szacunek lekarza esesmańskiego Reinfleischa, esesmańskich nadzorców rewirowych i kapo rewirowego Ludwika Badena. Profesor Michałowicz, zawsze czynny i pełen inicjatywy, tak umiał przekonać dostojników esesmańskich, że po długich wahaniach zgodzili się, aby od czerwca 1943 r. zajął się doszkalaniem naszej grupy lekarzy. Rozpoczęły się więc na Majdanku, w jednym baraku rewirowym, raz w tygodniu jednogodzinne wykłady na różne tematy lekarskie. Oczywiście działo się to w obecności esesmana, który rezydował w głębokim fotelu. Nudził się on piekielnie i od czasu do czasu zapadał w drzemkę. Profesor Michałowicz musiał wykładać w języku niemieckim, aby pilnujący nas esesman mógł rozumieć, czy przypadkiem Profesor nie zbacza od przewidzianego z góry tematu. Ta namiastka uniwersytetu za drutami kolczastymi była swego rodzaju kuriozum, nie notowanym w innych obozach koncentracyjnych. Dla zawsze czynnej natury Profesora Michałowicza wykłady te wpływały znakomicie na jego stan psychiczny. W obozie na Majdanku Michałowicz był więziony przez około rok: od wiosny 1943 do wiosny 1944 r. Jest wiosna 1944 r., ze wschodu zbliża się front. Niemcy likwidują obóz na Majdanku i zacierają ślady zbrodni. Pozostali przy życiu więźniowie są przewożeni do innych obozów. To samo spotkało Mieczysława Michałowicza. Wspomina Stefania Perzanowska: W końcu marca 1944 r. odtransportowano część personelu szpitala męskiego do Gross-Rosen. Wśród wywożonych był i prof. Michałowicz. Tego dnia była wyjątkowo obrzydliwa, typowo marcowa pogoda: padał deszcz ze śniegiem, wiatr wstrząsał z głośnym gwizdem drutami, a majdankowska droga tonęła w śliskim i grząskim błocie. Zobaczyłam Profesora idącego z trudem, borykającego się z deszczem siekającym w twarz i wiatrem, który wydymał mu pasiak. Zgubił w błocie najpierw jeden drewniak, potem drugi i szedł boso. Gdy nas dojrzał, kiedy przechodził koło kobiecego pola, uśmiechnął się po swojemu i pomachał ręką na pożegnanie. Portret trzeci: w Gross-Rosen Lekarz obozowy Romuald Sztaba trafił do Gross-Rosen z Majdanka tym samym co Michałowicz transportem. Szliśmy pewnym krokiem i z dużą energią dość długą drogą z dworca kolejowego do obozu. Po przejściu żelaznej bramy wejściowej ujrzeliśmy nieduży obóz, położony na stokach góry, w różnych jej poziomach. Porządek i rygor można było dostrzec od razu. Zachowanie się załogi esesowskiej było krzykliwe, agresywne i brutalne, jak dawniej, w pierwszych latach wojny. Zaraz po przyjeździe zorganizowano kąpiel całego transportu, z wrzaskami i biciem, według reguły panującej w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Transport majdankowski został umieszczony w dwóch blokach kwarantanny, odgrodzony drutem od reszty obozu. Atrakcją kwarantanny były paczki żywnościowe wysyłane przez rodziny do Majdanka, a które tutaj przybyły za nami oraz listy wysyłane przez nas z powiadomieniem o nowym miejscu pobytu. Pierwsze rozdawanie paczek dla naszego transportu odbywało się na dużym placu. Do stołu, na którym ułożono paczki, wzywani byli więźniowie po ich odbiór. Między innymi wywołano profesora Michałowicza. Profesor prawie biegiem zbliżył się do stołu i stanął na baczność z czapką w ręku. Z drugiej strony stał esesman Drozdowski (podobno Litwin z pochodzenia). Niespodziewanie Drozdowski zapytał prof. Michałowicza, czy rzeczywiście jest profesorem, a gdy otrzymał odpowiedź twierdzącą, krzyknął: "Tutaj ja jestem profesorem!" - i uderzył naszego seniora w twarz. Profesor stracił równowagę, przewrócił się i zgubił okulary. Powolne powstawanie profesora z ziemi i poszukiwanie okularów - był to okropny widok dla nas, którzy tak blisko z nim byliśmy w Majdanku. Dyscyplina panująca w obozie nie pozwalała na najmniejszą reakcję z naszej strony. Profesor podniósł się z ziemi, z trudem znalazł potłuczone okulary i znowu stanął na baczność. Relacje lekarzy, współtowarzyszy obozowej niedoli pokazują, jak dzięki solidarności i odwadze przetrwali. Dzięki nim przeżył obozowe piekło prof. Michałowicz, człowiek prawie 70-letni. Wszyscy jednak podkreślają, że to jemu zawdzięczają coś bardzo ważnego, czym dzielił się z nimi w obozach. Największym szacunkiem, serdecznością i głębokim zaufaniem nas wszystkich cieszył się prof. Michałowicz. W trudnych chwilach niepokojów i załamań każdy biegł ze swoimi kłopotami do niego. Zawsze otrzymywaliśmy ojcowską wyrozumiałość i dobrą radę, podaną w sposób bezpośredni, najbardziej prosty i szczery. Profesor zawsze był optymistą, lubił żartować z siebie i z innych. Dużym wydarzeniem dla pracowników "rewiru" były prelekcje prof. Michałowicza, wygłaszane na naukowe tematy lekarskie. Profesor, na tle zagadnień lekarskich szpitala obozowego, mówił o obowiązkach lekarzy, humanizmie ich pracy, o problemie dobra i poświęcenia. Obok prof. Michałowicza widzę stale wysoką, nieco pochyloną sylwetkę Jana Nowaka z Krakowa, który serdeczną i dyskretną opieką starał się pomóc profesorowi w jego codziennym życiu. Tak oto z relacji kilku lekarzy, współtowarzyszy obozowych niedoli prof. Mieczysława Michałowicza powstały szkice do jego portretów w pasiaku. Mówią więcej o Profesorze niż okolicznościowe laudacje. Zygmunt Wiśniewski Wykorzystano m. in. nast. źródła: A. Grzymała-Siedlecki: Sto jedenaście dni letargu. Wspomnienia z Pawiaka z lat 1942-1943. WL, Kraków 1965; S. Perzanowska: Wspomnienia z Majdanka. "Przegląd Lekarski" nr 1, 1968; S. Konopka [w:] M. Michałowicz, człowiek, działacz, polityk. Epoka, 1972; J. Nowak: Profesor w obozach kaźni hitlerowskiej. "Przegląd Lekarski" nr 1, 1968; R. Sztaba: Ze wspomnień lekarza obozu w Gross-Rosen. "Przegląd Lekarski" nr 1, 1968. Gazeta Lekarska 2009-06 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: lekarska@gazeta.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2009-06-09