|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2009 Gazety Lekarskiej Numer 2009-06 Pajęcza sieć
Internet zawojował większość dziedzin naszego życia i nie należy przypuszczać, aby medycyna była wyjątkiem, który oprze się temu sposobowi kontaktów między ludźmi.Do niedawna, gdy organizowano konferencję na temat telemedycyny, można było z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, że przedmiotem obrad będzie problem prędkości przesyłania drogą elektroniczną wyników badań obrazowych ze Skandynawii do oceny radiologowi w Polsce. Po radiologach do działu usług lekarskich na odległość dołączyli kardiolodzy oferujący diagnostykę elektrokardiograficzną. Na tym się nie skończyło. Kanon XIX wieku Kanon XIX-wiecznej medycyny klinicznej, w której okowach mentalnych wszyscy jeszcze dość mocno tkwimy, zakładał drobiazgowe zebranie wywiadu od pacjenta (z osławionymi datami miesiączek u sędziwych dam i chorobami wieku dziecięcego) i nie mniej drobiazgowe badanie przedmiotowe, od odruchów ocznych poczynając, na tętnie na tętnicach grzbietowych kończąc. Dziś tak zaawansowane roznegliżowanie pacjenta ambulatoryjnego w warunkach amerykańskich mogłoby narazić lekarza na zarzut molestowania seksualnego, o czym powiedziała mi jedna z pacjentek mieszkających na południu Stanów Zjednoczonych. Moda nadciąga i do naszych gabinetów i namówienie pacjenta na pokazanie stóp nie zawsze jest łatwe, jeśli nie przyszedł z powodu ostrego napadu dny umiejscowionej w stawach palucha. Szybko rosnąca oferta najróżniejszych badań dodatkowych spowodowała, że zarówno lekarze, jak i pacjenci zaczęli bardziej cenić wykonywanie badań, po których pozostawał bardziej konkretny ślad niż ulotne efekty badania podmiotowego i przedmiotowego, których ranga ciągle maleje. Nie bez winy jest tu nurt zwany EBM, czyli medycyny opartej na faktach, który temu co zbadał osobiście lekarz przyznaje najniższą wiarygodność. Skoro coś jest ulotne i niewiarygodne, to nie dziwota, że kurczy się i zanika w zastraszającym tempie! Życie w sieci Ciekawym sposobem na wymianę doświadczeń stały się fora internetowe, na których pacjenci cierpiący na to samo schorzenie wymieniają się obserwacjami i doświadczeniami w zwalczaniu choroby. Szczegółowe opisy zamieszczane przez bardziej doświadczonych pacjentów pozwalają ocenić własne dolegliwości, czasem nabrać do nich dystansu, a w innych przypadkach wręcz przeciwnie - zdynamizować tempo kontaktu z lekarzem. Od blisko trzech lat odpowiadam na pytania czytelników na jednym z portali zdrowotnych. Dla lekarza to jedno z ciekawszych doświadczeń zawodowych, z jakimi spotyka się w dynamicznych warunkach współczesnego świata. Nie uważam osób zadających pytania drogą internetową za moich pacjentów, lecz za czytelników, a wydawca portalu zastrzega, że zadanie pytania nie zastępuje tradycyjnej wizyty lekarskiej i nią nie jest. Niezależnie od nazewnictwa tę formę kontaktów uważam za bardzo pożyteczną dla obu stron. Przekazanie użytecznej informacji medycznej nie w każdym przypadku musi być związane z wizytą w gabinecie lekarskim, która zresztą nie stanowi gwarancji, że pacjent zrozumie otrzymane zalecenia i prawidłowo się do nich zastosuje. Idzie nowe od morza? Wybrzeże nie od dziś jest znane z tego, że powstają tam nowe idee. Nic więc dziwnego, że jako pierwsza temat obecności lekarzy w Internecie podjęła Okręgowa Izba Lekarska w Gdańsku. Z lektury prasy codziennej wynikało, że obradujący samorządowcy są za, a nawet przeciw - jak na gdańszczan przystało. Dr Krzysztof Wójcikiewicz, zapytany przez mnie drogą e-mailową o wyniki obrad, nadesłał taką odpowiedź: Sprawa ta jest nie tylko dla mnie kontrowersyjna. Była ona przedmiotem naszej debaty na posiedzeniu Okręgowej Rady Lekarskiej. Nie było jasności co do interpretacji tego ciekawego zjawiska, które jest związane z coraz szerszym wchodzeniem Internetu w nasze życie. Kwestia ta będzie z pewnością dyskutowana w kręgach Komisji Praktyk Lekarskich. Niejasne jest umocowanie tej formy działania lekarza w odniesieniu do wiążącego charakteru takiej porady i odpowiedzialności za nią, jak również autoryzacji. Wydaje mi się, że te wszystkie kwestie wymagają regulacji. Nie mam nic przeciwko telemedycynie i szerokiemu wkraczaniu tej formy porozumiewania się lekarzy między sobą, analizie obrazów diagnostycznych itp. Jestem wielkim zwolennikiem szybkiej i pełnej komunikacji jaką daje Internet. (...) chciałbym, aby pewne sprawy były uporządkowane i jasne. Czeka nas więc przyszłość ściśle uregulowana przez zatroskany samorząd? Będziemy zmuszani do zgłaszania w Komisji Praktyk Lekarskich aktywności "udzielanie informacji medycznych drogą internetową", a jej przedstawiciele będą wizytowali nasze komputery, analogicznie do praktyk istniejących w realu? Odłóżmy te ponure przewidywania na bok! Wszelkie gremia, które będą ustanawiały ewentualne misterne regulacje bardzo proszę, aby pamiętały o jednym drobiazgu - ludzie bardzo lubią wyjaśniać swoje wątpliwości dotyczące zdrowia, odczuć, posiadanej wiedzy właśnie przez Internet, przy czym nie wszystko co ich niepokoi jest sensu stricte chorobą. Postawiono już tyle barier i zagród między pacjentem i lekarzem w świecie realnym, że zamysł budowania nowych zasieków z paragrafów w Internecie wydaje się pochopny i niepotrzebny. Obawiam się, że wszelkie próby narzucenia odgórnych rozwiązań nie są dobrym rozwiązaniem. Ci, którzy nie rozumieją i nie lubią Internetu, będą w nim widzieli samo zło. Ci, którzy rozumieją i kochają Internet, będą go wychwalali pod niebiosa. Z pewnością nikt nie będzie lekceważył roli, jaką Internet może odegrać w relacjach lekarz-pacjent, o czym świadczą próby opracowania narzędzi komunikacji między pacjentami i lekarzami, podejmowane przez takich gigantów jak Google czy Microsoft. Na razie są to próby niezbyt udane, bo nawet najdoskonalsze narzędzie internetowej komunikacji jest tylko martwym programem komputerowym, który ożywić może jedynie lekarz. Oczywiście ktoś nieuczciwy może podszyć się w Internecie pod lekarza, ale w świecie realnym taka mistyfikacja jest równie łatwa. Wiedza nie jest żadną barierą, bo wiele osób nie jest w stanie odróżnić wiedzy profesjonalnej od szarlatanerii. Jak piszą internauci na jednym z lekarskich portali, wyrobienie pieczątki lekarskiej bez okazania jakichkolwiek dokumentów uprawniających do jej posiadania jest powszechną praktyką w wielu punktach usługowych, a dorobienie innych materialnych atrybutów związanych z naszym zawodem jest równie proste. Moim zdaniem Sądzę, że są tylko dwie sytuacje w życiu, gdy musimy w sposób bezpośredni i osobisty w nich uczestniczyć: to nasze narodziny oraz nasze odejście z tego świata. Całą resztę można załatwić przez pośredników lub skorzystać z narzędzi ułatwiających życie - Internet jest tylko jednym z takich narzędzi, jak stetoskop, skalpel czy telefon. Dzięki Bogu nie powstały przepisy dotyczące kontaktów z pacjentami - zarówno tymi, którzy mają u nas założoną historię choroby, jak i tymi, którzy takiego dokumentu w naszej poradni nie mają - drogą telefoniczną lub pocztową i osobiście nie widzę najmniejszego powodu, aby droga internetowa wymagała odrębnych regulacji. To tylko środek komunikacji i nic więcej. Nadmiar regulacji jest zawsze szkodliwy i ograniczający, warto więc zostawić Internet w spokoju. Jestem entuzjastką Internetu i wierzę, że bardziej może ludziom pomóc niż zaszkodzić. Przecież w każdej chwili można się przenieść ze świata wirtualnego do realnego. Krystyna Knypl krystyna.knypl@compi.net.pl Gazeta Lekarska 2009-06 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: lekarska@gazeta.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2009-06-09