|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2009 Gazety Lekarskiej Numer 2009-04 Lekarzy losy wojenne (6) Jerzy Bujalski - droga do gazu
Był człowiekiem dużego formatu. Aż dziw bierze, że tak niewiele o nim napisano.
Nie powstała o nim monografia. Tak jak za życia był w cieniu innych, tak również współcześnie czeka na porządne historyczne opracowanie. Więcej możemy się dowiedzieć o jego poglądach, ponieważ pisał w okresie II Rzeczypospolitej dużo w prasie lekarskiej i zajmował zawsze zdecydowane, bardzo często różne od większości środowiska lekarskiego stanowisko.Jako minister zdrowia publicznego w rządzie Wincentego Witosa, a więc przez krótki czas, a później główny inspektor lecznictwa kas chorych, naczelny lekarz Ubezpieczalni Społecznej i dyrektor Działu Lecznictwa ZUS realnie wpływał na kształt polskiej służby zdrowia. Realizował w praktyce jej założenia społeczne, wyrażające się organizacją kas chorych, a po ich reorganizacji - Ubezpieczalni Społecznej. Tą swoją działalnością lokował się po przeciwnej stronie barykady w stosunku do większości środowiska lekarskiego, reprezentowanego przez Związek Lekarzy Państwa Polskiego i izby lekarskie, które kontestowały uspołecznioną służbę zdrowia. Z tego zapewne powodu, kiedy w 1929 r. został przewodniczącym Warszawsko-Białostockiej Izby Lekarskiej, po dwóch latach zrezygnował z tej funkcji i przeniósł się do Łodzi, zmieniając również przynależność do Łódzkiej Izby Lekarskiej. W czasie okupacji znów znalazł się w Warszawie, gdzie został dyrektorem szpitala Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Czerniakowskiej. Aresztowany przez gestapo wcześnie, bo już na początku stycznia 1942 r. Przez więzienie na Pawiaku trafił do obozu zagłady Auschwitz. Tam zakończyła się jego droga życiowa. Jerzy Bujalski zginie w Oświęcimiu w połowie 1942 r. Poznanie okoliczności tej śmierci wymaga przypomnienia wydarzeń oświęcimskich, które ją poprzedziły. Jest w literaturze oświęcimskiej świadectwo tych w postaci wspomnień lekarza, dr. Władysława Fejkiela "Wspomnienia oświęcimskie" ("Życie Literackie" nr 463-477). Świadectwo to sięga początków istnienia obozu, a pierwsze obserwacje pochodzą z połowy 1940 r. Głód Pierwsze objawy chorobowe wynikłe z głodzenia - pisze Władysław Fejkiel - zauważono u więźniów już we wrześniu 1940 r. W październiku osobiście oglądałem więźniów z obrzękami i biegunką, poruszających się z trudnością i oblegających blok nr 28, w którym mieściło się ambulatorium. Ambulatorium nie miało czym leczyć. Zgłaszający się chorzy na biegunkę głodową otrzymywali po tabletce węgla. Gromadzili się w dużych grupach przy ambulatorium i przy stołówce, gdzie szukali wyrzucanych odpadków. Latryna obozowa była stale oblegana i rządziło w niej prawo pięści. Najsłabsi nie mieli szansy się dopchać. Bici przez dozorców, załatwiali się przed wejściem lub zanieczyszczali kałem odzież. Pogarszało to i wcześniej antysanitarne warunki w blokach obozowych. Więźniowie byli w większości wynędzniali, kościści i poruszali się ospale. Jedzenie, które zawierało nie więcej niż 1500 kalorii, mogło wystarczyć na przeżycie człowiekowi w bezczynności. W Oświęcimiu był przymus pracy, tłok, stresujący terror i brak higieny. Na początku umierało po kilka osób dziennie. Liczba ich rosła w geometrycznym tempie. Według Fejkiela przeciętny więzień, pozbawiony dodatkowych możliwości aprowizacyjnych, miał zaledwie trzymiesięczną szansę przeżycia. Dlatego z przyczyn głodowych w 1940 r. wyginęła większość z pierwszych transportów warszawskich i z transportów tarnowskich. Esesmani wymyślili wtedy pierwszą metodę masowej zagłady. Osłabieni więźniowie otrzymali pracę na miejscu, stworzono z nich komando "lekkiej pracy". Chorym i osłabionym, którzy mieli trudności poruszania się, dano pracę w pozycji siedzącej na śniegu przy oczyszczaniu ze śniegu dachówek i cegieł do budowy. Kiedy te mordercze warunki nie dały szybkich efektów w postaci masowych zgonów, zastosowano metodę bardziej radykalną. Gromadzono ich na podwórzu bloku 11 i trzymano ich tam przez dwa do trzech dni, oblewając od czasu do czasu zimną wodą. Oczywiście prawie wszyscy wymierali. Czasem ktoś wytrzymywał dłużej, wtedy oddawano go do szpitala. Tak było w 1940 r., a więc na początku istnienia obozu, kiedy jeszcze nie wymyślono "przemysłowych", masowych metod mordowania więźniów. Z tego wczesnego okresu pochodzi też słowo "muzułmanin", którym określano wynędzniałych z głodu więźniów. Fejkiel maluje obozowy obrazek, który tłumaczy pochodzenie tego określenia. Chorzy w tym okresie tępieli, stawali się obojętni na wszystko, co się wokół nich działo. Jeśli mogli się poruszać, wykonywali to w tempie bardzo zwolnionym, nie zginając nóg w kolanach. Na skutek obniżonej temperatury ciała, która przeważnie spadała poniżej 36 stopni, trzęśli się z zimna, a pod wpływem osłabienia chwiali się głównie ku przodowi. Obserwowana z daleka grupa takich chorych robiła wrażenie modlących się muzułmanów. Głodzenie więźniów było wyrafinowanym sposobem na ubezwłasnowolnienie więźniów i pozbawienie ich odruchów obronnych. Wymyślono i sprawdzono w centrali SS zanim wprowadzono w masowej skali w KL Auschwitz. Tyfus Bystry obserwator i dociekliwy analityk wydarzeń w obozie Fejkiel ustalił, że dur wysypkowy został przywleczony do Auschwitz w kwietniu 1941 r. przez zakażonych nim więźniów z lubelskiego więzienia. Niedbale przeprowadzona dezynfekcja i tylko częściowa kwarantanna sprawiły, że dur wysypkowy rozprzestrzenił się na cały obóz. Wraz z durem wysypkowym przybył Niemcom jeszcze jeden i to naturalny sojusznik w dziele tępienia ludzi. Mimo różnych obronnych zabiegów naszych lekarzy, nikt nie był w stanie powstrzymać rozszerzania się choroby. Z powierzchownych obliczeń wypada, że od 1941 do 1944 r. na dur wysypkowy w samym tylko głównym obozie przechorowało 10-15 tysięcy ludzi. Wielu spośród nich zmarło; ale znacznie więcej zginęło z okazji zachorowania przy zastosowaniu gazu i zastrzyków fenolu. Esesmani (wśród nich także lekarze), w poszukiwaniu skutecznych środków likwidacji chorych na tyfus więźniów, odkryli zastrzyki fenolu, początkowo dożylne - następnie wykonywane bezpośrednio do serca. Jednocześnie, w zimie 1941/42 r. w pobliskiej Brzezince podjęto budowę filii obozu oraz obiektu, który wzbudzał powszechne zainteresowanie więźniów. Nie była to, jak pierwotnie przypuszczano, łaźnia, ale "gazownia", jak popularnie mówiono, połączona z krematorium. Po ukończeniu budowy przywieziono pierwszy transport rodzin żydowskich. Ludzi tych rozebrano do naga i posłano do nowo zbudowanego budynku - "do kąpieli". Po tej "kąpieli" zaczął mocno i ciemno dymić komin. Jakie przeznaczenie miała ta nowa budowla, stało się dla wszystkich jasne. Uruchomienie gazowni i krematorium dla gazowania i spalania tysięcy ludzi stało się największym urazem psychicznym i przeżyciem w ciągu całego trwania obozu. Wśród więźniów powstał popłoch - komentuje swój opis Władysław Fejkiel. Wobec więźniów początkowo nie stosowano gazowania. Kiedy jednak epidemia tyfusu w obozie rozprzestrzeniła się - sięgnięto po tę wypróbowaną broń. Zaczęto od szpitala, w którym przeprowadzono selekcję, a następnie sięgano po ciągle nowe grupy więźniów. Sceny selekcji z Auschwitz Nie da się opowiedzieć o uśmiercaniu więźniów w KL Auschwitz bez opisu scen selekcji. W czasie selekcji wyławiano chorych i osłabionych, których następnie kierowano do komór gazowych. Poprzez selekcję i komory gazowe esesmani z Auschwitz w połowie sierpnia 1942 r. likwidowali ognisko duru plamistego. Relacja więźnia Alfreda Woycickiego zamieszczona w 1984 r. w "Przeglądzie Lekarskim": Pod koniec sierpnia 1942 r. obserwowałem z mojego okna naprzeciw bloku 20 selekcje chorych do gazu. W całym obozie zaległa śmiertelna cisza. Część komand była w pracy, a komanda zatrudnione w obozie obowiązywała lagersperra. Spoza firanek mogłem przez kilka godzin patrzeć na wielkie, ciężarowe samochody, na które wpędzano lub ładowano po kilkadziesiąt osób. Wszyscy byli nadzy, jedni szli o własnych siłach, inni podtrzymywani przez towarzyszy niedoli. Skazańcy robili wrażenie świadomych swego losu, czego dowodem były sporadyczne okrzyki, a potem śpiewy religijne, wśród których przeważały polskie pieśni, jak np. "Serdeczna matko". Widok był potworny, trudno było zapanować nad nerwami. Największą grozę odczułem, gdy wyprowadzono jakiegoś starca, którego podtrzymujący pod ręce towarzysze jak gdyby otaczali szczególną troską i czcią. Może to był jakiś rabin, cadyk? Gdy ciężarówka z tym transportem ruszyła, starzec zaintonował jakąś pieśń, którą natychmiast podjęli jego towarzysze. Pełna zawodzeń i jęków, robiła wstrząsające wrażenie. Dochodziła do mnie, póki ciężarówka nie skręciła ku bramie. Następni również śpiewali, rozlegały się krzyki, płacze, jęki. Przez cały ten czas z ogromną uwagą i niepokojem szukałem wśród skazańców znajomych twarzy. Już bowiem przed kilkoma godzinami doszła do nas wieść, że w ramach likwidacji tyfusu mają być również zlikwidowani polscy lekarze, pielęgniarze, sanitariusze i inni członkowie obsługi bloku jako ewentualni nosiciele zarazków duru. Na szczęście nie dostrzegłem nikogo znajomego. Ale nie mogłem mieć pewności, gdyż wśród setek skazańców mogłem po prostu kogoś nie rozpoznać. Autor tych wspomnień, po odwołaniu lagersperry, przemknął się do bloku 20, w którym znajdowali się domniemani skazańcy, lekarze i pomocniczy personel medyczny. Wszyscy z personelu byli na swoich stanowiskach. Ale nastrój i wygląd tych ludzi wskazywał na ich stan psychiczny. Byli wyczerpani. Mimo to nie o siebie samych się martwili i nie swoim losem się przejęli. Oni byli przygotowani na śmierć. Troszczyli się o pacjentów, z których wielu miało szansę przetrwania, wielu było już w okresie rekonwalescencji. Mimo zastosowania rozmaitych wybiegów i podstępów, służących ratowaniu tych, którzy byli do uratowania, kontrakcja ta się nie udała. Krematoria pochłonęły dalsze kilkaset istnień ludzkich. Ten wstęp był niezbędny, aby zrozumieć losy polskich lekarzy pracujących w obozowych rewirach i izbach chorych, także tych z bloku 20, w którym zgromadzono chorych zakaźnie. "Rekonwalescencja" dr. Bujalskiego Jerzy Bujalski zapadł na dur wysypkowy. Już po ustąpieniu choroby, kiedy Niemcy zarządzili wywózkę wszystkich chorych z oddziału zakaźnego oświęcimskiego szpitala, znalazł się wśród nich także Bujalski, który zachorował pracując jako lekarz szpitalny. Jego ostatnie godziny w KL Auschwitz opisał Władysław Fejkiel. Dr Bujalski, który był już wtedy na kwarantannie, zaniepokojony tym wyjazdem, zwrócił się do Enthressa (lekarza SS) z prośbą, aby go pozostawiono w szpitalu, bo czuje się dobrze i może pracować. Hitlerowski lekarz cynicznie mu odpowiedział, że z domu wypoczynkowego, do którego jedzie, powinni korzystać przede wszystkim lekarze, jako najbardziej zasłużeni w służbie zdrowia. Kiedy dr Bujalski, siedząc już w samochodzie, poprosił jeszcze, żeby mu pozwolono zabrać ze sobą słuchawkę, którą pozostawił, oraz witaminy przesłane z domu, odmówiono mu twierdząc, że słuchawkę dostanie na miejscu w sanatorium, witamin zaś nie potrzebuje, bo będzie dobrze odżywiany. Sam przeżyłem tego dnia niemało strachu - pisze Fejkiel - bo byłem w okresie kwarantanny i nie bardzo mogłem utrzymać się na nogach. W czasie przeglądu, którego dokonywał Enthress, stałem wyprężony na baczność i udawałem bardzo silnego. Liczba lekarzy, którzy zginęli w KL Auschwitz nie jest znana. Wielu, podobnie jak Bujalski, zapadli na choroby obozowe, którymi zarazili się od swoich pacjentów. Śmierć dr. Jerzego Bujalskiego jest dla tej grupy symboliczna. Zygmunt Wiśniewski Gazeta Lekarska 2009-04 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2009-03-31