Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2008 Gazety Lekarskiej  Numer 2008-04  Lekarze w II Rzeczypospolitej (23) - Rubaszność dr Karasiówny 

Nikomu wcześniej nie znana lekarka dr Z. Karasiówna z Suchej trafiła na początku 1939 r. na łamy poczytnych i opiniotwórczych pism: "Kuriera Warszawskiego", "Słowa" (wileńskiego), "Wiadomości Literackich", "Medycyny na co dzień". Pisali o niej: Melchior Wańkowicz, Jerzy Wyszomirski, Adam Grzymała-Siedlecki.


Stało się to za sprawą jej pamiętnika, pamiętnika lekarki ubezpieczalni społecznej z Suchej. Badanie pacjentki S. opisała tak:
"Nie wiem, czym się zaziębiła, bo już od trzech miesięcy nie mam swojego czasu. Pewnie dlatego, że przeszłam przez wodę".
Przez wodę przechodzą zwykle panny. A po 9 miesiącach jest dziecko. Z wody, nie z czego innego.
Więc pani S. rozbiera się do badania. Zdejmuje jedną spódnicę, drugą, trzecią, czwartą. Wszystkie nosi dla ochrony przed zimnem. Za to majtek nie ma. Nie śpieszy się wcale. Co ją to obchodzi, że 39 chorych czeka. Że czeka dziecko z wysoką gorączką. Że ci, co dojeżdżają, spóźnią się na pociąg i pójdą pieszo 20 km z gorączką lub z bólami albo poczekają na stacji do wieczora. Że nie zdążą na dworzec kolejowy ci, których trzeba by może natychmiast do szpitala odesłać.
Pani S. ma brzuch ściśnięty brudną szmatą. To musi być. Żeby się nie "otrzęsła" albo nie "oberwała". Mozoli się długo z węzełkami szmaty. Rozwiązała. Spod szmaty wyskoczyła na mnie duża pchła.
Właścicielka pchły siada na stopniu pod krzesłem ginekologicznym.
- Tu do góry mam wyjść - krzyczy - o rety! I tu nogi położyć! Żebym wiedziała, to bym nigdy nie przyszła.
Wyjaśniam jej, że macicy przez gardło badać nie umiem, i układam ją na krześle przemocą, bo broni się jak lew. W tej walce otrzymuję kilka kopniaków. Widzę, że jeszcze naiwna i nieuświadomiona. Matka 6 dzieci.
Stwierdziłam 3-miesięczną ciążę. Pacjentka ubiera się w tym samym porządku, szmata na brzuch, spódnica, spódnica, spódnica... Przy szóstej otwieram drzwi.
- Jeszcze proszę mi zęba wyrwać - przypomina sobie pani S. - A na te, co się psują, proszę o kartkę do dentysty. - Aha, byłabym zapomniała, mężowi jakieś proszki na ból głowy. A dziecku, co ma dwa lata, lekarstwa na kaszel, młodsze, co ma pół roku, już mi 2 tygodnie czyści.
- Może pani przyjdzie tu jutro z tymi dziećmi, przecież nie mogę nikogo leczyć bez badania - tłumaczę.
- Gdziebym ta mogła przyjechać - konie zajęte, bo orzą, a na rękach tak z daleka dziecka nie przyniosę. Trzeba iść dobre trzy godziny z Krzeszowa i jeszcze bez takie góry. Więc trudno. Wypytuję o objawy i przepisuję lekarstwo dla starszego dziecka. Dla młodszego uregulowanie karmienia i pouczenie o karmieniu na przyszłość.
Rozmowa trwa kwadrans. Równocześnie mówię i piszę, żeby matka mogła przeczytać jeszcze raz w domu. I tak wszystko przekręci. A po drugie, czytać nie bardzo umie.
Pacjentka odchodzi. We drzwiach odwraca się jeszcze. - A może by pani dała coś dla krowy. - Krowa nie należy do Kasy Chorych - odpowiadam spokojnie. Jeszcze mnie szlag nie trafił.
Doktor Karasiównę odkrył Melchior Wańkowicz, literat, najbardziej znany ówczesny reportażysta. Jego teksty o przestępcy-pisarzu Sergiuszu Piaseckim, a także reportaże z placów budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego poruszyły polskie sfery inteligenckie, czytające ambitne gazety. Teraz Wańkowicz na łamach niskonakładowych, ale opiniotwórczych "Wiadomości Literackich" promuje narodziny nowego talentu literackiego, "samorodka z Suchej". Zdążył już nawet poznać ją osobiście.
Widziałem ją niedawno - chuchro ważące pewno z pięćdziesiąt kilo. Byliśmy w teatrze, poszliśmy na kolację - która dla niej składała się z niesłodzonej herbaty i sucharków. Bo sama jest ciężko chora. Jakże to, owo drobne, nerwowe i schorowane stworzenie rządzi swoim rejonem z wiązki wilgotnych grochowin chłopskiego wózka. Czyż będzie dziwotą, jeśli pocznie zbijać gotówkę; albo urzędować, albo jeśli zostanie w niej sama gorycz. Ku czemu idzie? Co zostanie z dr Karasiówny, córki dr. Karasia z Suchej za rok, za dwa? Może ona sama nie wie? Może należałoby zawezwać starego Freuda, by wytłumaczył jej i nam jej sens życia i jej marzenia?
Dla Melchiora Wańkowicza wydarzeniem stało się odkrycie talentu literackiego dr Karasiówny, chociaż jej pamiętnik nie powstał wcale na konkurs literacki. Przeciwnie - był to konkurs ogłoszony przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych na pamiętnik lekarza "ubezpieczeniowego". Chodziło w nim o poznanie życia i problemów zawodowych lekarzy dawnych kas chorych, pracujących teraz w Ubezpieczalni Społecznej. Ta metoda pozyskiwania materiałów do badań socjologicznych stała się wtedy modna po sukcesie, jaki przyniosły "Pamiętniki chłopów" i "Pamiętniki bezrobotnych". Na ich podstawie polscy naukowcy stworzyli socjologiczne portrety środowisk robotniczego i chłopskiego. Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych chodziło o podobny portret lekarzy ubezpieczeniowych.
Plon konkursu pewnie dawał taką okazję, ale najpierw zabrakło badaczy, potem wybuchła wojna, a Wańkowicza - jako pisarza - zainteresował przypadek lekarki, która władała piórem jak rzadko kto. A na dodatek - potrafiła pisać językiem tak soczystym i dosadnym, że on sam - sława ówczesnej literatury - by się nie powstydził. A że był doradcą ZUS-u w organizacji tego konkursu i członkiem jury, zadbał o to, żeby pamiętnik Z. Karasiówny otrzymał I nagrodę.
Po przyjęciu dwudziestu kilku ubezpieczonych przestaję odbierać wrażenia. Wszystko zlewa się w jednostajny szum wchodzących i wychodzących pacjentów. Wierzę w mój instynkt: kiedy wejdzie ubezpieczony naprawdę chory, obudzę się. Automatycznie zadaję pytania i słucham odpowiedzi, i całym wysiłkiem woli uważam tylko na to, żeby nie spytać mężczyzny, kiedy była ostatnia menstruacja. Ale nie, weszła kobieta. Rozkosznie uśmiechnięta pani W. Zaziębiła się i nie ma swojego czasu. - Na krzesło - mówię jak automat. I nagle przytomność wraca, budzi się zmysł wzroku i węchu, i coś jak przypływ morza o brzegi uderza o świadomość. To kropla, która przepełniła dzban. Pytam krótko, lecz ściśle i trafnie: - To pani z taką obes... d... do badania przychodzi? Umyć się i przyjść jutro.
Spojrzenie zdetronizowanej bogini i grom oburzenia padają jednocześnie. - Na tę chorą kasę to tak człowieka traktują! - To samo mówi "Kurier" krakowski. - Widocznie prawda!
Opublikowanie cytowanych urywków pamiętnika dr Karasiówny najpierw przez Wańkowicza w "Wiadomościach Literackich", a później w formie książkowej wywołało burzę opinii i stanowisk. Odezwali się lekarze, głos zabrali wszystkowiedzący, jak zawsze, dziennikarze piszący w popularnych gazetach.
"Widocznie prawda" - kończy dr Karasiówna, zapewne ironicznie. A jednak, kto wie, czy po wysłuchaniu takiego monitu z ust lekarza kasy chorych nie powie większość jej pacjentów, że traktowanie tam chorych jest rzeczywiście oburzające.
Wzięty publicysta wileńskiego "Kuriera" J. Wyszomirski, od dawna pisujący krytycznie o ubezpieczeniowej służbie zdrowia, nie kryje swojego oburzenia.
Muszę bez ceremonii nazwać doktora Karasiównę brutalem, i oświadczyć, że: po pierwsze, nie leczyłbym się nigdy u niej; po drugie, gdyby się tak fatalnie dla mnie złożyło, że byłaby moim lekarzem rejonowym, odmalowałbym ją w gazecie tak, żeby jej w pięty poszło. Dr Karasiówna nie dorosła duchowo do godności lekarza, i nie tylko nie przyznaję jej słuszności w zatargu z panią W., lecz potępiam najsurowiej, i nie wahając się stwierdzam, że dr Karasiówna oddaje najgorszą przysługę ubezpieczalniom społecznym, podważa ich powagę, działa na ich szkodę i dyskredytuje je w oczach społeczeństwa.
W oburzeniu tym i obronie ubezpieczalni dziennikarz "Kuriera" zapomniał chyba, że to właśnie w imieniu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych jury, w którym obok Wańkowicza zasiadali także sławni lekarze, np. gen. dr S. Roupert, prof. dr F. Czubalski, nagrodziło tekst lekarski z Suchej I nagrodą. Wyszomirski nie ma wątpliwości, że Karasiównę należy potępić.
Czyżby dr Karasiówna, maltretująca swych chorych brutalnością (tymczasem słowną) należała do niebezpiecznych lekarzy? Czyżby - i tu nasuwa się niepokojące pytanie psychologiczne - szczytny zawód lekarza doprowadzał go w końcu do wynaturzeń i zboczeń, do sadyzmu w tej czy innej postaci?
Lekarka, dr J. Brossowa z Poznania, mająca podobne do Karasiówny doświadczenia w leczeniu ubezpieczeniowym, napisała w "Medycynie na co dzień":
Odczuwam przede wszystkim współczucie - nie dla jej pacjentów, jak J. Wyszomirski - tylko dla niej samej. Z jej pamiętnika wynika, że jest biedaczka nerwowo zupełnie wyczerpana i nieludzko przepracowana. Wiejska praktyka przekracza jej siły. Stąd wynika jej ustawiczne rozdrażnienie. Znamy to wszyscy, którzy pracujemy w praktykach masowych. Z własnego doświadczenia wiem, że przemęczenie i rozdrażnienie prowadzą zawsze do starć z chorymi. Lekarz wypoczęty, spokojny, uprzejmy działa kojąco na chorych zdenerwowanych czekaniem, zgryźliwych, zmęczonych własną pracą, troskami i chorobą. Że trudno czasem w warunkach obecnych zapanować nad własnym zmęczeniem i rozdrażnieniem, przyzna każdy. A jednak trzeba. Im grzeczniej rozmawia się z chorym, tym grzeczniejszy się staje. To nie jest frazes - wypróbowałam to podczas 9 lat praktyki w Ubezpieczalni Społecznej w Poznaniu i przepis jest niezawodny. Używając języka rabelaisowskiego, który może bawić literata, zniża się autorka pamiętnika do poziomu swych chorych w sposób niewłaściwy i to ją gubi. Tu chodzi o brak siły na spełnienie nadmiernej dla kol. Karasiówny pracy. Brak potem oczywiście siły na zniesienie widoku nieszczęścia.
Krytyczne, ale bez publicystycznych emocji podszedł do pamiętnika Z. Karasiówny inny lekarz, dr W. J. Ślusar z Poznania. Zainteresowały go sprawy ogólniejsze niż tylko obyczaj i język autorski pamiętnika.
Wszyscy autorzy "Pamiętników" stwierdzają, że pacjenci odnoszą się bez zaufania do lekarzy kasowych. Sami autorzy odnoszą się bez zaufania do swoich pacjentów. Podejrzewają ich o chęć nadużywania świadczeń, o symulację, agrawację, histerię i Bóg wie co jeszcze. Jeden z autorów obliczył nawet ilość agrawantów na przeszło 60%. Pacjenci pobierają lekarstwa po to, żeby nimi handlować, lub żeby je wyrzucać na śmietnik. Ci znowu pacjenci, którzy nie są agrawantami, są przeważnie symulantami. To jest pewne nastawienie do pacjenta. Ale co to ma wspólnego z medycyną?
Dyskusja nad pamiętnikiem dr Z. Karasiówny, a szerzej - nad sytuacją lekarzy kas chorych przedstawioną w "Pamiętnikach lekarzy" zaczęła się na początku 1939 r. Nie zdążyli w niej wypowiedzieć się ludzie o przygotowaniu socjologicznym, którzy analizowali wcześniej pamiętniki robotników, chłopów i bezrobotnych. Ich wnioski byłyby pewnie bardziej inspirujące niż publicystyczne pisanie dla przypodobania się rozczarowanym pacjentom.
Łatwe i pozbawione zawiłości opinie upowszechniała wtedy prasa codzienna. Dziennikarze wiedzieli, jakie jest zapotrzebowanie czytelników, i utwierdzali ich w przekonaniu o własnej mądrości. Takie wnioski wyciągnął też z lektury pamiętnika Karasiówny cytowany już Wyszomirski.
Każdy z nas zgodzi się z tym, że praca przy chorym jest jedną z najcięższych, że wymaga wielkiego trudu, poświęcenia się i samozaparcia. Ale lekarze wiedzą przecie, co ich czeka. Lekarze powinni wybierać swój zawód z powołania, powinni iść za głosem serca i sumienia, jak średniowieczni bracia szpitalni, jak misjonarze wśród trędowatych, jak szarytki, pełniące swój ciężki obowiązek w imię Boga i miłości bliźniego. Warunki pracy lekarzy bywają częstokroć okropne, a jednak usprawiedliwia ich to tylko w małym stopniu, albowiem przeznaczeni są do służby samarytańskiej.
Tak interpretowano pamiętnik lekarski z Suchej i tak pisano o problemach pracy lekarza ubezpieczeniowego w prasie polskiej w 1939 r., a więc prawie 70 lat temu.
Pisanie o historii nie powinno być szukaniem łatwych analogii.

Zygmunt Wiśniewski


PS Na ekranach naszych kin obejrzeć było można film w reż. Doroty Kędzierzawskiej "Pora umierać", powstały niedawno, bo w 2006 r. Bohaterkę, kobietę w podeszłym wieku, znakomicie zagraną przez Danutę Szaflarską, poznajemy w pierwszej scenie w przychodni. Wchodzi do gabinetu lekarskiego. Pochylona nad papierami lekarka, nie podnosząc oczu, mówi: - Niech się rozbiera! Szaflarska, zaskoczona, stoi wyczekująco. Lekarka ciągle patrzy w papiery. W końcu niedoszła pacjentka odpowiada: - Niech mnie pocałuje w dupę! - i wychodzi.



Przepraszamy
Słynny cytat z "Metamorfoz" Owidiusza, który miał pojawić się w nagłówku artykułu "Na początku był wiek złoty czyli o wolnym zawodzie lekarza" Zygmunta Wiśniewskiego ("Gazeta Lekarska" nr 3/2008) przybrał formę Aurea prima satas etasque vindice nullo... Dla przypomnienia dwa pierwsze zdania tego utworu: Aurea prima sata est aetas, quae vindice nullo, sponte sua, sine lege fidem rectumque colebat. Poena metusque aberant, nec verba minantia fixo aere legebantur, nec supplex turba timebat iudicis ora sui, sed erant sine vindice tuti.
redakcja


Gazeta Lekarska 2008-04 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2008-04-09