|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2008 Gazety Lekarskiej Numer 2008-04 Z wokandy czyli z życia
Czy nie można liczyć, aby sąd lekarski oceniał nasze postępowanie z uwzględnieniem dylematów, trudności i wątpliwości różnej natury?
Był piątek, grudzień 2005 r. Do mojego gabinetu lekarza rodzinnego weszła przerażona i zapłakana pacjentka. Przyszła w sprawie swojego brata - pana Janka. Brat był chory psychicznie, leczony w szpitalu psychiatrycznym w 1996 r., a następnie w poradni psychiatrycznej. Od dawna nadużywał alkoholu i często bywał agresywny, ale ostatnio pił bez przerwy. Jego agresja stała się nie do wytrzymania. Groził, że w nocy pozabija ją i jej dzieci. Mieszkają z bratem w jednym domu "po rodzicach" i nie może się skutecznie od niego odgrodzić. Od kilku nocy nie śpią obawiając się ataku. Wezwała pogotowie ratunkowe w nadziei, że brat zostanie zabrany na leczenie. Lekarz stwierdziwszy upojenie alkoholowe wezwał policję, aby pacjenta przewieziono do izby wytrzeźwień, a w sprawie leczenia psychiatrycznego radził zwrócić się do psychiatry lub lekarza rodzinnego. Znałem pana Janka, był także moim pacjentem. Wiedziałem, że jest leczony psychiatrycznie i nadużywa alkoholu. Niewykształcony i raczej prymitywny człowiek uważał się za wyjątkową jednostkę - poetę i rzeźbiarza. Pozował na dobrotliwego, ale był przepełniony pretensjami do całego świata, z podskórnie wyczuwalną złością i łatwym wzbudzaniem emocji, od samouwielbienia do roszczeniowego zaślepienia. Rozmawiało się z nim zawsze trudno. Czy teraz stanowił realne zagrożenie dla siostry i jej rodziny? Odpowiedź była trudna, ale decyzję należało podjąć. Uzyskanie konsultacji psychiatrycznej było nierealne do następnego tygodnia. Wątpliwe, by pan Janek zgodził się na to badanie. O jego stanie psychicznym trzeba było przekonać się osobiście, ale nie było to możliwe, gdyż przebywał w izbie wytrzeźwień. Jego powrotu bardzo obawiała się siostra, przekonana, że najbliższej nocy chory psychicznie brat będzie usiłował ją skrzywdzić. Stanąłem przed dylematem: odesłać pacjentkę do domu z zaleceniem wezwania pogotowia i policji w razie zagrożenia albo zakładając, że pomoc może nie zdążyć na czas i w nocy rzeczywiście dojdzie do tragedii, wystawić "zaocznie" skierowanie do szpitala psychiatrycznego? Wybrałem to drugie zdając sobie sprawę, że łamię przepisy, ale, być może, ratuję w ten sposób czyjeś zdrowie lub życie. Po kilku godzinach zadzwonił lekarz izby przyjęć szpitala psychiatrycznego. Właśnie rozmawiał z panem Jankiem. Nie stwierdzał u pacjenta ostrych objawów psychotycznych i chciał się upewnić, jakie motywy kazały mi skierować go do szpitala oraz czy rzeczywiście go nie badałem Wyjaśniłem okoliczności "zaocznego" skierowania pacjenta, a wobec jednoznacznej oceny specjalisty nie upierałem się przy zatrzymaniu pacjenta wbrew jego woli w szpitalu, a on sam nie wyrażał zgody na obserwację szpitalną. W tej sytuacji pacjenta niezwłocznie odwieziono karetką pogotowia do domu. Kilka tygodni później pana Janka ponownie przewieziono do szpitala psychiatrycznego. Był przymusowo hospitalizowany, ale bez mojego w tym udziału. W połowie maja 2006 r. otrzymałem pismo od adwokata-pełnomocnika pana Janka żądające wyjaśnień mojego postępowania w grudniu 2005 r., a po moich wyjaśnieniach - przyszło następne pismo z żądaniem 10 tys. zł w charakterze "zadośćuczynienia za doznane upokorzenie, negatywne przeżycia psychiczne, fakt, że stał się pośmiewiskiem lokalnej społeczności". Odmówiłem, bo nie uważam, abym wyrządził panu Jankowi jakąkolwiek krzywdę poza narażeniem na fatygę przejazdu do szpitala psychiatrycznego i z powrotem. W listopadzie 2006 r. otrzymałem pismo od okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej o wszczęciu postępowania wyjaśniającego w sprawie skierowania przeze mnie pana Janka do szpitala psychiatrycznego bez badania pacjenta. Postępowanie wszczęto na skutek skargi pacjenta. Szczegóły postępowania rzecznika i okręgowego sądu nic nowego do sprawy nie wnoszą, bowiem przewinienie było oczywiste i dochodzenie rzecznika, jak i postępowanie przed sądem lekarskim potwierdziło okoliczności opisane powyżej. Uznano mnie winnym i ukarano upomnieniem Siostra pana Janka przegrodziła dom murem i zrobiła sobie osobne wejście do domu. Pan Janek sam wystąpił do sądu o ubezwłasnowolnienie swojej osoby w przekonaniu, że takie "żółte papiery" uczynią go zupełnie bezkarnym wobec prawa. Adwokat pana Janka przygotowuje w jego imieniu pozew do sądu powszechnego z roszczeniem odszkodowania. Piszę o tym ku przestrodze. Czy nie można liczyć, aby sąd lekarski oceniał nasze postępowanie z uwzględnieniem dylematów decyzji, trudności i wątpliwości różnej natury? Znaczenie mają tylko przepisy? Ideały obrony życia i zdrowia ludzkiego niezależnie od okoliczności nie mają zupełnie znaczenia. Należy ze wszech stron ubezpieczać swoje działania przed roszczeniami, posądzeniami i możliwymi oskarżeniami. Nie można liczyć na pomoc izby lekarskiej. Przed sądem lekarskim jest tylko oskarżyciel - rzecznik odpowiedzialności zawodowej - nie ma obrońcy! Lekarz musi bronić się sam lub prosić o pomoc kolegów albo wynająć adwokata. Jest dużo chętnych do atakowania i oskarżania lekarzy. Rzecznik odpowiedzialności zawodowej i sąd lekarski, rzecznik praw pacjenta przy Ministerstwie Zdrowia i NFZ, rzecznik praw obywatelskich, stowarzyszenia pacjentów "Primum non nocere" Adama Sandauera. To pewnie nie koniec tej listy. W planowanych zmianach ustawowych przed sądami lekarskimi pacjent uzyska prawo strony oczywiście - obwiniającej. Zatem lekarz będzie atakowany z dwóch stron: przez rzecznika i przez pacjenta i jego adwokatów. Jeśli zostanie uznany za winnego, sąd lekarski ukarze go dotkliwą grzywną, a następnie sąd powszechny orzeknie własną karę i odszkodowanie na rzecz pacjenta. Wszystko za to samo przewinienie. Inni obywatele tego nie doświadczają, ale inni nie walczyli o izbę lekarską i jej sądy. Mamy cośmy chcieli. Wszystko to jednak nic w porównaniu z przygotowywaną ustawą o prawach pacjenta. To prawdziwy "młot na czarownice". Niewydolny system ochrony zdrowia oferuje swoim ubezpieczonym coraz mniej - wobec tego trzeba znaleźć kogoś odpowiedzialnego za dostarczanie (a właściwie niedostarczanie) tych świadczeń. Kozioł ofiarny pilnie potrzebny i łatwo zgadnąć kto nim zostanie. Andrzej Michalski Wnioski z wokandy Oto mamy odczucia obwinionego lekarza. Jak słusznie sam wskazuje, liczba chętnych do poszukiwania winnych wśród lekarzy stale się powiększa, w czym niemały udział mają szanse na uzyskanie znaczącego odszkodowania. Skargi i postępowania w różnych trybach stają się chlebem powszednim i zmieniają podejście do odpowiedzialności. O ile dawniej nawet już sam zarzut był odczuwany jako kara, to w roszczeniowych społeczeństwach zarzuty i wynikające z nich utarczki prawne są traktowane jako rozgrywka, zwykle prowadzona przez godnie wynagradzanych prawników. Do takiej rzeczywistości musimy się przyzwyczajać. Nie znając szczegółów sprawy bardzo trudno jest komentować rozstrzygnięcie sądu. Można jednak sądzić, że uwzględniono dobre zamiary obwinionego, ponieważ orzeczono najniższą możliwą karę. W tym aspekcie warto tylko po raz kolejny przypomnieć, że samo zaufanie i porozumienie lekarza z pacjentem lub jego rodziną już od dawna nie wystarczają jako kryterium prawidłowego postępowania. Pominięcie jakiegokolwiek przepisu prawa, niezależnie od intencji, będzie traktowane jako przewinienie. Jeżeli z jakiegokolwiek powodu pojawią się roszczenia, wcześniejsze porozumienie, zaufanie i wdzięczność zamienią się w ciąg oskarżeń, niekiedy zupełnie absurdalnych. Tylko zgodne z przepisami i prawidłowo udokumentowane postępowanie może uchronić przed karą. Osoby, które nie miały jeszcze do czynienia z rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej i sądem lekarskim oraz z sądami powszechnymi, powinny z tej sprawy wyciągnąć wniosek, że każde takie postępowanie należy traktować poważnie i zawsze należy zapewnić sobie obrońcę, a najlepiej dwóch: lekarza i prawnika. W uzasadnionych przypadkach można wnioskować o ustanowienie obrońcy z urzędu. Obwiniony nie powinien być w postępowaniu sam. To poważny błąd, który może mieć duży wpływ na orzeczenie. Andrzej Michalski wyraża też niezadowolenie z powodu dodatkowej odpowiedzialności lekarzy i prowadzenia jej przez naszą własną instytucję - izbę lekarską. Podobnie myśli wielu lekarzy. Jednak od lekarzy na całym świecie wymaga się więcej niż od zwykłego obywatela i dodatkowy tryb odpowiedzialności zawodowej istnieje w każdym kraju. Zlikwidowanie go nie wchodzi w rachubę, mówi się raczej o kolejnych dodatkowych trybach. Oczywiście postępowanie może prowadzić inna instytucja i jeżeli polscy lekarze bardzo będą chcieli, żeby nie była to izba lekarska, przejmie je administracja państwowa lub instytucja spoza zawodu. Niezadowolenie wynika również z niewłaściwego rozumienia roli izby lekarskiej. Izba jest reprezentacją lekarzy, ale jednocześnie sprawuje nadzór nad wykonywaniem zawodu, przekazany środowisku lekarskiemu przez państwo. Wyłącznie reprezentowaniem interesów lekarzy zajmują się np. związki zawodowe gdy chodzi o lekarzy zatrudnionych, stowarzyszenia, porozumienia itp. Nadzór (prawo wykonywania zawodu, rejestry, kształcenie ustawiczne, odpowiedzialność zawodowa itp.) istnieje we wszystkich krajach. Oczywiście nie musi go wykonywać izba lekarska, można wszystkie wymienione działania przekazać administracji lub specjalnie utworzonym instytucjom publicznym. Większość krajów uznaje jednak, że izba lekarska jest najlepszą, najbardziej profesjonalną formą sprawowania nadzoru. Jest wiele dowcipnych powiedzeń o tym, czego w życiu nie można uniknąć. Gdy chodzi o lekarzy, nie można, między innymi, uniknąć ścisłej regulacji i nadzoru nad wykonywaniem zawodu. Jeżeli już nadzór musi być, tak samo jak podatki i inne obowiązki, lepiej niech nadal będzie wykonywany przez lekarzy. Romuald Krajewski Gazeta Lekarska 2008-04 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2008-04-09