Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2007 Gazety Lekarskiej  Numer 2007-09  Historie stomatologiczne (8) - Partacze i firmantki 


Partacze byli zakałą zawodu dentystycznego. W dawnych czasach, kiedy zawód ten raczkował - rekrutowali się z wiejskich kowali i balwierzy, których ubocznym zajęciem było rwanie zębów.
Wtedy pojęcie partacza jeszcze nie istniało. Pojawiło się wraz z zawodem dentysty i lekarza dentysty.


Partacz podszywał się pod jego zawód, utrzymywał, że posiada odpowiednie wykształcenie i umiejętności, często używał samowolnie nie należnego mu tytułu. W czasach współczesnych, dokładniej po I wojnie światowej, kiedy zawód lekarza dentysty zaczął być w Polsce licencjonowany, a kwalifikacje jego wykonawców sprawdzane, samodzielne ambicje zawodowe zaczęło przejawiać wielu techników dentystycznych.
Technikami, we współczesnym rozumieniu, byli tylko z nazwy, bo nie kończyli szkół średnich o specjalności techniczno-dentystycznej. Rekrutowali się spośród pomocy dentystycznych, odbywali więc przygotowanie zawodowe podobne do wstępnego przygotowania rzemieślniczego. Rzemieślnikami jednak nie byli, ponieważ nie przechodzili procesu nauki, terminowania i wyzwalania na czeladników. Nie będąc nawet czeladnikami, stawali się mistrzami. Nie mając matur ani dyplomów zawodowych - wykonywali często prace, do których upoważnieni byli tylko kwalifikowani dentyści, lekarze dentyści.
Poruszamy się po obszarze, na którym pojęcia te nie funkcjonowały ostro. Trzeba bowiem przypomnieć, że przed rokiem 1914 w Rosji, a więc także na terenach polskich pozostających pod zaborem rosyjskim, kwalifikacje dentysty można było zdobyć w prywatnych szkołach o randze gubernialnej. Szkoły takie istniały także w Warszawie. Dopiero porządkowanie prawa w Polsce niepodległej, podjęte w 1919 r., zobowiązało dentystów "typu rosyjskiego" do potwierdzania wiedzy i umiejętności przed komisjami uniwersyteckimi.
Rozporządzeniem z kwietnia 1919 r. Ministerstwo Zdrowia Publicznego zobowiązywało lekarzy powiatowych do weryfikacji uprawnień ludzi wykonujących zawód lekarza dentysty. W przypadku absolwentów wydziałów lekarskich uniwersytetów weryfikacja nie nastręczała trudności. Większość praktykujących stanowili jednak absolwenci 2-letnich prywatnych szkół dentystycznych, do których przyjmowano bez dyplomu maturalnego. Ci powinni mieć potwierdzenia swego wykształcenia otrzymane przed komisjami uniwersyteckimi. Była jednak wojna, komisje uniwersyteckie nie pracowały, a absolwenci prywatnych szkół dentystycznych wykonywali swój zawód.
Oni stanowili na początku II Rzeczypospolitej podstawową kadrę partaczy. Ministerstwo Zdrowia Publicznego rozporządzeniem z kwietnia 1919 r. zobowiązało ich do uzupełnienia kwalifikacji. Był to jednak proces długotrwały, w którym istotną rolę odegrały kursy uzupełniające w Państwowym Instytucie Dentystycznym, i który zakończy się dopiero po 10 latach rozporządzeniem o weryfikacji lekarzy dentystów.
Pod koniec lat dwudziestych Antoni Cieszyński, reasumując osiągnięcia PID-u, zaliczy do nich uzupełnienie wykształcenia i przygotowanie zawodowe absolwentów prywatnych szkół dentystycznych z czasów carskich.
Administracja polskiej służby zdrowia uporała się z ich problemem chyba łatwiej niż z technikami dentystycznymi. Technicy działali poza oficjalną dentystyczną służbą zdrowia, na ogół nie rejestrowali swojej działalności, a więc ich gabinety nie podlegały kontroli ministerstw zdrowia i spraw wewnętrznych. Porządkowanie uprawnień zawodowych w służbie zdrowia, a to było prowadzone konsekwentnie - odkryło istnienie niby lekarzy dentystów, którzy nie mieli żadnego formalnego przygotowania zawodowego, poza tym że kiedyś pomagali innym kwalifikowanym (lub nie kwalifikowanym) lekarzom dentystom.
Środowisko lekarzy dentystów bardzo zdecydowanie żądało pozbawienia tych ludzi możliwości uprawiania zawodu. Mnożyły się publikacje prasowe o szkodach zdrowotnych, jakie przynosi ich działalność. Pojawiły się memoriały i petycje z żądaniami sankcji wobec opornych techników, których już wtedy powszechnie nazywano partaczami.
W opresji, w jakiej znaleźli się partacze, pojawili się firmanci, a zwłaszcza firmantki, a więc ludzie wykształceni i wykwalifikowani, którzy użyczali swoich gabinetów i swoich szyldów do praktyk partackich.
Tamę tym praktykom stawiały rozporządzenie Prezydenta RP o wykonywaniu praktyki dentystycznej z 20 czerwca 1927 r. oraz dokładniejsze rozporządzenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Służba Zdrowia podlegała MSW), które precyzowało postanowienia rozporządzenia prezydenckiego. Rozporządzenia te obrócone były przeciwko nierzetelnym lekarzom dentystom.
Sankcje karne (pozbawienie prawa wykonywania czynności zawodowych od kilku miesięcy do dwóch lat) winny znaleźć zastosowanie przede wszystkim do osób dających swą firmę partaczom lekarskim względnie techniczno-dentystycznym oraz do zatrudniających w swych gabinetach nieuprawnione do wykonywania praktyki lekarsko-dentystycznej, względnie techniczno-dentystycznej osoby.
Życie było jednak bogatsze, a firmantki bardziej pomysłowe od surowych rozporządzeń. "Kronika Dentystyczna" z początków 1932 r. odnotowuje:
Do jednego z tutejszych techników dentystycznych zwróciła się niejaka pani N., proponując mu udzielenie "firmy" i "dyplomu" za 100 zł miesięcznie. Osoba ta, absolwentka PID, stwierdza, że sama pracować nie będzie, bo nie umie. Owa amatorka łatwego zarobku nie zajmowała się wcale praktyką zawodową. Obecnie, wobec zmienionych warunków materialnych małżonka, chce znowu przyczepić się do dentystyki i gdzieś się "douczyć".
Postępowanie to jest niczym wobec innego, ujawnionego przez "Kronikę Dentystyczną" faktu. Korespondent, sam lekarz dentysta, prenumerator pisma, pisze o karygodnym zachowaniu jednej ze swoich koleżanek, lekarek dentystek.
Niektóre z naszych koleżanek same rozmyślnie degradują się ze swej pozycji społecznej i wychodzą coraz częściej za mąż za techników dentystycznych, ludzi po większej części, zwłaszcza w obecnej dobie, jak i pod względem społecznym, wykształcenia, jak i pod względem intelektualnym stojących na znacznie niższym poziomie. Postępowanie takie godzi, oczywiście, w powagę i honor całego stanu lekarsko-dentystycznego, bowiem w oczach szerokich sfer publiczności zaciera najzupełniej różnicę między pojęciem lekarza dentysty, jako człowieka posiadającego wyższe studia, a pojęciem technika dentystycznego, jako osobnika, stojącego przeważnie na znacznie niższym poziomie kulturalnym.
Można się, niestety, domyślać, że autor tej korespondencji kierował się zazdrością o kobietę, a nie wyższym interesem stanu lekarsko-dentystycznego. Pozostała część refleksji obrazuje jednak rzeczywiste zachowania firmantek.
O ile godne napiętnowania są te wypadki, w których nasze koleżanki nie zawahały się udzielać swoich firm technikom dentystycznym i dały się wynająć. To o ileż więcej smutne i poniżające są fakty zamążpójścia naszych koleżanek za techników.
Problemy partaczy i firmantek istniały i dzieliły środowiska lekarzy dentystów. Społeczności lekarsko-dentystyczne nie miały instrumentów do samodzielnego oczyszczenia się z tych nieprawidłowości. Lekarzom możliwość taką stwarzały izby lekarskie, które były powołane m.in. do strzeżenia zachowań etycznych wewnątrz środowiska. Lekarze dentyści do 1938 r. własnego samorządu nie posiadali. Musieli więc liczyć na oczyszczające działania administracji.
Administracja służby zdrowia w zakresie dentystyki nie działała pośpiesznie, ale jednak skutecznie. Najpierw wyegzekwowała ukończenie studiów od absolwentów rosyjskich prywatnych szkół dentystycznych, a następnie, w 1931 r. dokonała weryfikacji dyplomów ludzi uprawiających ten zawód. Po raz pierwszy po wojnie zakwestionowano uprawnienia kilkuset osób, a po weryfikacji liczba lekarzy dentystów w Polsce spadła o 256 osób.

Z. W.


Gazeta Lekarska 2007-09 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.

Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.




Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-09-17