
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2006 Gazety Lekarskiej Numer 2006-12 O naturze kariery i sukcesu
Większość z nas jest zainteresowanych karierą lub jej bardziej wysublimowaną formą - sukcesem. Dość popularną miarą w naszym środowisku jest uzyskanie stopnia naukowego.
Wiele osób zgodnie uważa, że dopiero zrobienie habilitacji lub uzyskanie stopnia profesorskiego oznacza tę Prawdziwą Wielką Karierę. Dla tych, którzy nie domyślają się, że posiadacze wspomnianych tytułów zrobili karierę, starannie pielęgnowane jest określenie wywodzące się jeszcze z XVIII-wiecznej pruskiej tradycji "samodzielny pracownik naukowy". Wyjściową hipotezą dla współczesnego pielęgnowania terminu sprzed trzech wieków musiało być prawdopodobnie przeświadczenie, że samodzielność nie zawsze musi być stanem faktycznym i w tej sytuacji nie zawadzi, jeżeli będzie faktem nominalnym.
Przed kilku laty nowo poznana koleżanka, doktor habilitowany, profesor w uczelni, zadała mi pytanie: "Dlaczego nie starałaś się o samodzielnego?" Intrygujący wydał się owej doktor habilitowanej fakt, że osoba będąca autorem kilku książek i ponad dwustu artykułów nie ma papierów na "samodzielność". Nie na darmo w Rosji mówią "ważne co bumażne". Ponieważ pytanie to co i raz powraca, pomyślałam, że może warto publicznie zwierzyć się na ten temat w kontekście szerszej analizy, która może przydać się innym osobom. Myślę, że niemała grupa kolegów zastanawia się nad tym, dlaczego ich kariera zawodowa czy naukowa utknęła w miejscu.
Od lat intrygowało mnie, dlaczego pewne osoby zostały tzw. luminarzami nauki polskiej i cieszą się tytularną samodzielnością, inne zaś, do których i siebie zaliczam, pozostały na statusie wiecznych wyrobników. Mając trochę więcej wolnego czasu oddałam się systemowym rozmyślaniom nad tematem: co napędza karierę naukową i pozwala konsumować jej owoce - przynajmniej w naszym, polskim, medycznym świecie.
Konieczna potulność charakteru
W początkach praktyki lekarskiej pracowałam w pewnym ośrodku medycznym, który charakteryzował się niską liczebnością członków partii. Podstawowa komórka partyjna wprawdzie liczyła niewiele osób, ale wśród nich był prominent - pierwszy sekretarz organizacji uczelnianej - osoba odpowiedzialna za pomnażanie szeregów członków partii. Pewnego czerwcowego dnia lat siedemdziesiątych kolega sekretarz zaprosił mnie na obiad, podczas którego złożył ofertę: "Jeżeli zapiszesz się do partii, dostaniesz etat adiunkta i zrobisz karierę na uczelni, a jeżeli odrzucisz moją propozycję, nie będzie kariery".
Byłam wówczas po doktoracie oraz II stopniu specjalizacji z interny i myśl o zrobieniu habilitacji nie była mi obca. Zawsze jednak stroniłam od wszelkich form zaprzedawania się, dlatego też mogłam od ręki udzielić odpowiedzi odmownej, dziękując za "zaufanie, jakie okazała mi partia" - jak to zwykło się w owych latach określać. Zapłaciłam za swój obiad (do dziś pamiętam, że moja część rachunku wynosiła 19,80 zł!) i nie muszę nikogo epatować opowieściami, że ktokolwiek zmuszał mnie do zmiany moich zasad życiowych i poglądów. Nikt nie wywierał na mnie presji, nie szantażował, nic z tych klimatów. Kierownicza siła narodu - jak w owych latach mówiono o partii - złożyła mi propozycję, którą mogłam przyjąć lub odrzucić. Nie przyjmując propozycji kariery podszytej transakcją handlowo-ideologiczną nie czuję się kombatantką ani opozycjonistką.
Zawsze byłam pomna nauk mojej matki, która zwykła skrótowo mawiać: "Podpisuj się tylko na liście płac i liście obecności". W dzisiejszym świecie liczba miejsc, w których musimy składać podpisy wzrosła, ale nadal warto mieć świadomość konsekwencji, jakie złożenie podpisu za sobą pociąga. Dorabianie wybielających teorii, jakie słyszymy czasem publicznie, do bezmyślnie złożonych podpisów jest żenujące, a tłumaczenie się koniecznością sygnowania druków zobowiązań, "bo nie wyjechałbym za granicę na stypendium naukowe" jest zwyczajnie niesmaczne.
Dziś wiem, że kobiety niepokorne nie robią kariery w środowiskach hierarchicznych, a niestety nie mogę się pochwalić, że mam wybitnie rozwiniętą potulność charakteru. Wszyscy znają określenie "republika kolesiów" - będące nazwą nieformalnej struktury wielce pomocnej w robieniu kariery. Warto tu zauważyć, że nie istnieje termin "republika koleżaneczek". Najbardziej rozwinięta struktura wsparcia w damskim świecie naukowym to władcza szefowa i drepcząca za nią potulna zastępczyni o osobowości á la niewolnica Isaura.
Recenzencka osobowość
Trzeba mieć specjalne umiejętności, wśród których najważniejsza jest umiejętność wyszukiwania cudzych błędów, przydatna do późniejszych zadań.
Wyszukiwanie dziury w całym jest ulubioną zabawą zawodowych recenzentów. Jak to się robi? Pisze się "wprawdzie autorzy poruszyli ciekawy problem, ale nie podali w jaki sposób dokonywali pomiaru ciśnienia krwi i z tego powodu praca nie kwalifikuje się do druku". No bo skąd taki recenzent może wiedzieć, że autorzy potrafią... zmierzyć ciśnienie. Gdy na przekór recenzentowi wszystko jest opisane jak należy, nie zawadzi poszukać w tekście literówek i zaznaczyć, że "nie umniejszają one wartości merytorycznej pracy, ale muszą być usunięte przed oddaniem jej do druku". Uwaga głęboka, odkrywcza, inspiruje autora do... rzucania brzydkich słów, no i pokazuje głębię intelektu recenzenta.
Talent karcenia maluczkich
Gdy za sprawą przychylnego losu kandydat na człowieka sukcesu przekroczy rubikon oddzielający samodzielnych od mazgajowatych niesamodzielnych, rozpoczyna się niczym w znanej balladzie klawe cesarskie życie, obfitujące w deszcz łask belwederskich, będących pochodnymi wizyty w prezydenckim pałacu.
Najważniejsze jest wykazanie talentu do wyniosłości i karcenia, aby maluczkim nie zalęgła się w głowie myśl, że są więksi niż cysorz. Najlepsze efekty osiąga się wykazując domniemane nieumiejętności na polu podstawowych czynności lekarskich. Gdy samo karcenie podwładnego nie wywołuje efektu kurczenia się ze strachu do malutkich, wręcz mikroskopijnych rozmiarów, trzeba dorzucić piorunujące spojrzenie, lekko przy tym wytrzeszczając oczy tak, aby nabrały srogiego wyglądu. Nie muszę wspominać, że podniesiony karcący ton winien trwać odpowiednio długo, aby w centralnym układzie nerwowym poddanego powstały określone reakcje skojarzeniowe.
W warunkach eksperymentalnych zespół stresu pourazowego u myszy wywołuje się traktując biedne zwierzę jednocześnie prądem elektrycznym i sygnałem dźwiękowym. Po zapamiętaniu bólu wystarczy sam sygnał dźwiękowy, aby myszy demonstrowały pełnoobjawową reakcję humoralną zespołu stresu pourazowego. Analogicznie jest z ludźmi: wystarczy wysłać sygnał dźwiękowy bez trudzenia się w poszukiwaniu prawdziwie merytorycznych argumentów.
Współczesny świat jest pełen wartości fałszywych i prawdziwych. Nie dajmy się zwieść piewcom fałszywych wartości i instrumentalnemu traktowaniu nas, co jest charakterystycznym narzędziem zastępczym u zawodowych oceniaczy reszty świata, będących jednocześnie wychwalaczami swoich wątłych karier i jeszcze wątlejszego dorobku naukowego mierzonego na skali prawdziwej nauki.
Tak naprawdę nie ma większego znaczenia ile razy nas zacytują na tych czy owych łamach, które zresztą przy obejrzeniu z bliska często okazują się wysoko zorganizowanymi formami koterii. W medycynie od kiedy ona istnieje zawsze było i jest najważniejsze, a także przez środowisko lekarskie najbardziej cenione, osobiste doświadczenie w zawodzie, a nie pilność w czytaniu doniesień innych autorów w Internecie i epatowaniu wrażeniami z lektur na cudownie rozmnażających się konferencjach punktowanych. Ciągle warto jest patrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, mieć długofalowe pomysły, nie ograniczające się do opracowywania strategii siedzenia na kierowniczym stanowisku do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej, promowaniu przystojnych znajomych królika o hollywoodzkich uśmiechach, długich nogach i seksownych sylwetkach.
Dobre myślenie o innych ludziach jest czynnością dyskretną, bezinteresowną i dobrowolną, a przez te cechy najcenniejszą.
Krystyna Knypl
krystyna.knypl@compi.net.pl
Gazeta Lekarska 2006-12 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|