
|

 |
Śmierć za posadę!
Lekarze w II Rzeczypospolitej (7)
|  |  |  |
 |
W prowincjonalnym, kresowym Łucku - jeśli stolicę woj. wołyńskiego można uważać za prowincję - w 1925 r. miały miejsce zdarzenia, które lepiej niż gry polityczne w warszawskich koteriach lekarskich i głębiej niż ostra publicystyka związkowych "Nowin Lekarskich" przedstawiają skutki głębokiego pęknięcia jednolitego ongiś stanu lekarskiego.
Prasowe nagłośnienie sprawy łuckiej zaczęło się od komunikatu w "Nowinach Społeczno-Lekarskich": Niniejszym zawiadamiamy Ogół Kolegów, że pomimo ostrzeżenia o nie obejmowaniu posad w Powiatowej Kasie Chorych w Łucku bez porozumienia się ze Związkiem Lekarzy Obwodu Łuckiego, znalazły się pojedyncze jednostki, które posady w Kasie Chorych objęły. Wobec tego piętnujemy postępowanie niekoleżeńskie tych lekarzy i podajemy ich nazwiska do wiadomości Kolegów: dr Antoni Hryniewiecki, dr Oskar Segał, dr Hersz Szatz i dr Mikołaj Gierszun.
Kim byli czterej napiętnowani publicznie lekarze łuccy? Nazwiska świadczą, że obok Polaka wśród niepokornych wobec dyktatu związkowego znalazł się Żyd i Ukrainiec. Nie narodowość była jednak ważna. Wszyscy oni byli "bieżeńcami". To rosyjskie określenie "uchodźcy" używane było na ówczesnych Kresach z intencją poniżenia. Lekarzy "bieżeńców" traktowano jak obywateli drugiej kategorii. "Bieżeństwo" gorzko musiał odczuć A. Hryniewiecki, który przed rewolucją rosyjską praktykował w Odessie, a więc mieście o renomie europejskiej, gdzie był dyrektorem dwóch sanatoriów. Hryniewiecki swój sprzeciw miał odwagę wyrazić publicznie. On też skupi na sobie uwagę dziennikarzy i lekarzy, którzy podejmą sprawę łucką i wyrażą swój sprzeciw - najpierw wobec dyktatu związku lekarzy, a później także drakońskich wyroków sądu Lubelskiej Izby Lekarskiej, na której terytorium znajdował się Łuck i cały Wołyń.
Związek Lekarzy Obwodu Łuckiego - na co trzeba zwrócić szczególną uwagę - "uznał za niedopuszczalne wprowadzenie systemu ambulatoryjnego", w miejsce dotąd istniejącego systemu gabinetowego. Z systemem gabinetowym - o czym pisano w tym cyklu wcześniej - podjęli walkę lekarze Polski Zachodniej, a więc woj. poznańskiego i pomorskiego, gdzie silne były tradycje leczenia w przydomowych gabinetach. Na terenie b. zaboru rosyjskiego wprowadzenie "ambulatoriów" nie budziło tak stanowczych, jak na terenie Poznańsko-Pomorskiej Izby Lekarskiej, emocji. Związek lekarzy obwodu łuckiego, co można było podejrzewać, kierował się interesami grupy lekarzy, a nie względami społecznymi. Nie przeszkodziło to Związkowi przedstawić swe stanowcze stanowisko w piśmie do lekarzy: Wobec tego, że organizacja pomocy lekarskiej w powiatowej kasie chorych w Łucku gwałci zasadę wolnego wyboru lekarza, z krzywdą niepowtarzalną i dla stanu lekarskiego i dla ubezpieczonych, przeto Związek nasz wycofał się z pracy w kasach chorych i ogłosił posady lekarskie w takowej pod bojkotem bezwzględnym.
Jak zareagowali inni wymienieni lekarze prasa nie odnotowuje. Pewnie nie mieli odwagi sprzeciwić się dyktatowi ZLPP. Odwagę tę miał A. Hryniewiecki. "Bieżeniec" - Hryniewiecki przed osiedleniem się w Łucku przeżył koszmar rewolucji, ucieczki z Rosji i powrotu do Polski. Mimo tych doświadczeń na Wschodzie, miał - jak się wydaje - przekonania lewicowe, może nawet socjalistyczne. Nie ukrywał ich w piśmie do Związku Lekarzy: Od r. 1891 jestem lekarzem, zwiedziłem szmat ziemi, widziałem wojnę i rewolucję. Strajki i bojkot wydają mi się zawsze smutną przygrywką do niezgody, zniszczenia i nieładu, a bojkot przez lekarzy świętej sprawy kas chorych wydaje mi się zupełnie niedopuszczalnym. Nie pomaga tu w moich oczach przykrywanie tego bojkotu figowym listkiem obrony "zasady wolnego wyboru lekarza." Zasada ta - teoretycznie dobra - nie dziś i nie w Łucku powstała, nie ma dla Łucka znaczenia i nie w Łucku będzie rozwiązana. Praktyczne zastosowanie tej zasady wymaga dużego moralnego wyrobienia i ze strony ubezpieczonych i ze strony lekarzy, większych zasobów finansowych kasy chorych, w przeciwnym razie prowadzi do ruiny instytucji kas chorych, a przecież tego przede wszystkim trzeba uniknąć.
Polska kasa chorych to wspaniała, wybornie obmyślana i zaszczyt Polsce czyniąca instytucja społeczna, a jako taka winna być ukochanym i drogim dzieckiem dla Związku Lekarzy Państwa Polskiego.
Antoni Hryniewiecki w Łucku, z daleka od poznańskiego centrum ZLPP, które najpierw zjednywało, a potem narzucało swoje stanowisko reszcie Polski, usiłuje bronić swych - odmiennych niż związkowe - poglądów. Nie podejrzewał pewnie nawet, że będzie ukarany bardziej za nieprawomyślne poglądy niż za objęcie posady.
W piśmie do Związku - brnie dalej w swej naiwnej nieświadomości.
Zróbcie kroki dla zawarcia pokoju z kasą chorych, która potrzebuje waszej pomocy i nie miejcie mi za złe, że nie mogę pozwolić sobie w danym wypadku solidaryzować się z Wami.
Koledzy lekarze z łuckiego oddziału ZLPP nie wykazywali ochoty do dyskusji. Wykluczyli Hryniewieckiego ze Związku i wnieśli oskarżenie do sądu Lubelskiej Izby Lekarskiej.
Sprawa sporu ZLPP z kasą chorych w Łucku była jedną z wielu w ówczesnej Rzeczypospolitej. Przeszłaby pewnie niezauważona, gdyby nie drakońskie wyroki sądu Lubelskiej Izby Lekarskiej. Za przyjęcie posady lekarza kasy chorych M. Gierszun został dożywotnio pozbawiony praw wykonywania zawodu lekarza. A. Hryniewieckiemu odebrano prawo leczenia na okres 1 roku. Pozostali dwaj obwinieni zostali odsunięci od zawodu na krótsze okresy.
Zawrzało w prasie i w środowisku lekarskim, które milcząco akceptowało dotąd wyroki nagany, publikowanie nazwisk "łamistrajków" i "wyrzutków" w prasie itp. Ale pozbawienie prawa wykonywania zawodu? Przekroczona została pewna granica, która uruchomi nie spotykany dotąd sprzeciw i obróci się, w niedługim czasie, przeciwko Związkowi Lekarzy Państwa Polskiego oraz sądom izb lekarskich. Uruchomiony został mechanizm, który doprowadzi sądy izb lekarskich przed Najwyższy Trybunał Administracyjny.
Pismo "Lekarz Kasy Chorych" wyrażające stanowisko Związku Lekarzy Kas Chorych, pozostających w ostrym konflikcie ze swym pracodawcą, argumentowało demagogicznie: Ostre wyroki, jakie w ostatnich czasach izby lekarskie wydały w sprawach przeciw lekarzom - łamistrajkom, są zupełnie słuszne. Łamistrajka należy oceniać tak samo jak zdrajcę państwa wobec wroga. Stoi on tak samo nisko jak zdrajca. Jest to ten sam mało wartościowy osobnik - jak i zbieg, udający się do obozu wroga. Narody od najdawniejszych czasów uważały zdradę jako najbardziej podły czyn, to też karały za to śmiercią.
Kary pozbawienia praw wykonywania zawodu, w jednym przypadku - dożywotnio, a więc śmierci zawodowej były - w ocenie działaczy i agitatorów związkowych - uprawnione, a nawet wynikały z odwiecznej patriotycznej cnoty.
Nie wszyscy byli podobnego zdania.
Z odmienną oceną wyroków Sądu Lubelskiej Izby Lekarskiej wystąpił we wrześniu 1925 r. lwowski, socjalistyczny "Dziennik Ludowy". Pismo to cytuje uzasadnienie wyroku lubelskiego, w którym sąd zarazem polemizuje z poglądami lekarza.
Dr N. (pismo używa kryptonimu, chociaż nazwisko było powszechnie znane), mianując wrogą dziś stanowi lekarskiemu kasę chorych instytucją wspaniałą i największą zdobyczą naszych czasów, jednocześnie odmawia lekarzom prawa do obrony swych interesów, stara się obniżyć znaczenie i godność izby lekarskiej i sądy tejże.
Wszystkie przytoczone wyżej okoliczności dowodzą, że dr N. jest tak wrogo usposobiony względem stanu lekarskiego i jego instytucji, tak mało orientuje się w obowiązujących każdego lekarza postulatach etyki zawodowej, a jednocześnie tak bardzo pewny jest słuszności swoich demagogicznych przekonań, że obecność jego w społeczeństwie lekarskim musi być uznaną za niezwykle szkodliwą i jednostek takich lekarze w gronie swoim tolerować nie mogą.
Demagogia jest zbyt łagodnym określeniem na przytoczone opinie, ale język polski nie zna dosadniejszego określenia.
W uzasadnieniu wyroku, podpisanym przez przewodniczącego Sądu Lubelskiej Izby Lekarskiej, Andrzeja Krysińskiego, znalazły się też ogólniejsze stwierdzenia, stawiające pod znakiem zapytania intencje sędziów, kierujących się moralnością związkową: Zdaniem Sądu, jest rzeczą powszechnie wiadomą, że dotychczasowa organizacja pracy lekarzy i pomocy lekarskiej w kasach chorych spotkała się z powszechną krytyką świata lekarskiego, upatrującego w metodach w kasach chorych stosowanych zamach na interesy materialne, intelektualne i moralne stanu lekarskiego.
Sąd jest zdania, że każdy członek korporacji lekarskiej, który powodując się względami natury egoistycznej, materialnej, wyłamując się w tej sprawie spod zasad solidarności koleżeńskiej, tym samym osłabia stanowisko lekarzy, staje się dezerterem spod wspólnego korporacyjnego sztandaru, godzi w interesy stanu lekarskiego.
Sprawa lekarzy łuckich z kresowej, prowincjonalnej - stała się ogólnopolska.
Związek Lekarsko-Społeczny w Krakowie, reprezentowany przez dr. R. Kunickiego i J. Gołąba ogłosił oświadczenie: Wy, koledzy, nie popełniliście żadnego czynu hańbiącego. Dlatego nie możemy usprawiedliwić nie tylko wydania na was potępiającego wyroku, lecz w ogóle wkroczenia w Waszej sprawie Sądu Izby Lekarskiej. (...) Piszemy do Was koledzy, abyście wytrwali na stanowisku w tej pewności, że w Polsce istnieją zrzeszeni jeszcze lekarze, którzy nie podzielają ani stanowiska Zarządu Obwodu ZLPP w Łucku, ani też inkwizycyjnego postępowania sądu w Lublinie.
Ani publikacja we lwowskim "Dzienniku Ludowym", ani stanowisko Związku Społeczno-Lekarskiego w Krakowie nie miało sprawczej roli opiniotwórczej. Poglądy kształtowane były przez czołowe pismo Związku Lekarzy Państwa Polskiego i Izb Lekarskich - "Nowiny Lekarskie". Redakcja tego pisma i stojące za nim zaplecze związkowe nie odniosłoby się krytycznie do sprawy łuckiej, gdyby o udostępnienie łam nie wystąpił znany wileński lekarz okulista , a także znany polityk, senator Juliusz Szymański, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego.
Szymański nazwał łucką sprawę skandalem, w którym niesprawiedliwe wyroki ferowane przez sądy izb lekarskich przyczyniają się do obniżenia powagi stanu lekarskiego. Nie poprzestał na tym ogólnym stwierdzeniu, ale napisał wprost, że w łuckiej sprawie nie tylko popełniono liczne nieformalności i błędy proceduralne - ale że w roli sędziów wystąpili oskarżyciele, to jest lekarze, którzy wcześniej pracowali w łuckiej kasie chorych, popadli w konflikt z jej kierownictwem, a następnie przybrali szaty sędziów w Sądzie Lubelskiej Izby Lekarskiej.
Ci panowie poniżyli godność lekarzy w oczach społeczeństwa. Muszą się znaleźć czynniki, które nadużycie przykładnie napiętnują, by na przyszłość podobne rzeczy zdarzyć się nie mogły - napisał "Dziennik Ludowy", i z opinia tą zgodził się prof. Szymański.
Prof. Juliusz Szymański nie poprzestał na krytyce i ujawnieniu nieetycznych kulis wyroku łuckiego. Posunął się o krok, a może - patrząc na mające nastąpić skutki - o kilka kroków dalej.
Wyrok łucki dał obraz, do czego mogą dojść wyroki koleżeńskie, tj. skazywanie przez osoby niefachowe, bo związane zawodowymi interesami. W przypadku łuckim dożywotnie odjęcie koledze prawa praktyki nastąpiło właściwie li tylko za przekroczenie, a nie przestępstwo, bo przecież przyjęcie posady w bojkotowanej kasie chorych jest tylko dyscyplinarnym wykroczeniem, wprawdzie karygodnym, lecz nie jest zbrodnią. To okrucieństwo sądu łuckiego słusznie nazwano drakońskim wyrokiem, jest tylko udowodnieniem bezsensowności i szkodliwości samej ustawy: stało się bowiem adductio ad absurdum.
W ten oto sposób kilku lekarzy łuckich, w prywatnym interesie, przy przyzwoleniu Lubelskiej Izby Lekarskiej, doprowadziło do podważenia zasadności sądów izb lekarskich. Sprawa przybierze wymiar groźny dla funkcjonowania sądów izb lekarskich, a jej skutki poznają lekarze w orzeczeniach Najwyższego Trybunału Administracyjnego.
Zygmunt Wiśniewski
Gazeta Lekarska 2006-06 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|