
|

 |
Solidarni inaczej
Czy świat medycznych wyrobników jest naszym współczesnym przeznaczeniem?
|  |  |  |
 |
Nasza zawodowa solidarność najlepiej prezentuje się na zewnątrz. U cioci na imieninach nie pomstujemy na kolegów, w mediach nie wypowiadamy się krytycznie o środowisku, mimo ciągłych zachęt i oczekiwań ze strony publiczności. To dobrze. Wszyscy wszak przysięgaliśmy odnosić się do siebie z szacunkiem.
Czy jednak istotnie czujemy do siebie autentyczny i szczery szacunek? A może tylko obawa przed tym, że jutro na łamach brukowca może pojawić się nazwisko praktycznie każdego lekarza w wykoślawionym kontekście powoduje, iż dobrze gramy rolę solidarnych?
Nie jesteśmy monolitem
Dawno, dawno temu podział środowiska medycznego był dość prosty: na pracujących w lecznictwie otwartym i zamkniętym. Nie przypominam sobie, aby istniały jakiekolwiek antagonizmy między tymi dwiema grupami lekarskimi, nie było zwyczaju wygłaszania kąśliwych uwag pod adresem jednej grupy przez drugą. Może czasem zgrzytaliśmy zębami na kolegę z przychodni rejonowej, który pasjami wystawiał skierowania do szpitala, aby w trybie ekspresowym uzyskać kilka badań dodatkowych u pacjenta.
Nadejście wolnego rynku wprowadziło osławioną niewidzialną rękę, która zaczęła jednym dawać klapsy, a dla drugich przybierała postać dłoni niebywale pomocnej. Po kilkunastu latach mamy wyjątkowo zróżnicowane formy istnienia naszego środowiska, które łączy jedynie posiadanie dyplomu lekarskiego. Wszystko inne staje się przedmiotem komentarzy, debat, dociekań.
Inne są priorytety kolegów z Porozumienia Zielonogórskiego, inne emerytowanych lekarzy. Nie znajdują wspólnego języka lekarze rodzinni z przedstawicielami innych specjalności, zwłaszcza gdy trzeba wystawić skierowanie lub wykonać badania zasugerowane w konsultacji. Pewne zwarcie szeregów następuje ostatnio wśród kolegów zatrudnionych w charakterze nauczycieli akademickich, w związku z zagrożeniem utraty 50% ulgi podatkowej od części przychodów.
Co tętni w sieci?
Profesura najchętniej przemawia ex catedra, nie zawsze czekając na zadawanie pytań po wykładzie, ponieważ wygłaszanie następnych wystąpień wymaga przemieszczenia się do innej sali wykładowej, a niekiedy zgoła do innego miasta. Z braku szans w świecie realnym dyskusja przeniosła się do forów internetowych przeznaczonych dla lekarzy, gdzie odbywa się burzliwa wymiana poglądów.
Sporo uwagi poświęca się tam sprawom bytowym i obciążeniu pracą usługową. Pojedyncze głosy zachęcają do zarobkowania w konwencji wolnego zawodu, jednak przeważają koncepcje etatyzacji. Generalnie sieć tętni głosami krytycznych, zatroskanych, najlepiej wiedzących, spoglądających z oddali.
Co jest przedmiotem troski? Największym zmartwieniem dyskutantów, poza kłopotami zarobkowymi, jest rozdrobnienie medycyny na specjalizacje szczegółowe. Internauci dyskutując nad powstaniem specjalizacji z hipertensjologii kąśliwie zapowiadają powstanie endoteliologii, a swe ponure prognozy podpisują np. "przeziębieniolog II stopnia". Zatroskani zamiast wyznać zgodnie z prawdą, że niepokoi ich konkurencja osób ze specjalizacją z hipertensjologii, która może "spodobać się" pacjentom, stroją się w piórka obrońców dobrej kondycji polskiej medycyny.
Ponieważ nowych specjalizacji jest coraz więcej, warto na problem spojrzeć szerzej i z pewnej perspektywy. Całkiem niedawno trwoga ogarnęła internistów, gdy powołano specjalizację medycyny rodzinnej. Ponuro prognozowano, że internę będzie się uprawiać jedynie w szpitalach, a na mieście rządzić będą lekarze rodzinni. Jako internistka czułam się nieswojo, że będę mogła pracować zgodnie z posiadaną specjalnością jedynie na oddziale. Wizja, że będę musiała tkwić w szpitalu tak długo, aż zatrze się granica między byciem lekarzem a wskazaniami do zostania pacjentem, męczyła mnie czas jakiś.
Nabrałam dystansu do tych niepokojów po przeczytaniu lamentów w rocznikach "Polskiego Tygodnika Lekarskiego" sprzed półwiecza, kiedy to od wielkiego ciała interny odrywała się kardiologia. Po latach zabiegano nawet o uznanie kardiologii jako tzw. specjalizacji podstawowej, co miało zaowocować swobodnym dostępem pacjentów do gabinetów kardiologicznych bez potrzeby starania się o skierowanie od lekarza rodzinnego.
Nie powstawanie specjalizacji szczegółowych wydaje mi się głównym zagrożeniem medycyny. Nie martwię się ani chwili, że powstała specjalizacja z chirurgii naczyniowej, lecz cieszę się, że są miejsca, do których mogę skierować pacjenta z krytycznym zwężeniem tętnicy. Nie szlocham na wieść o powstaniu specjalizacji z transplantologii, lecz z przyjemnością czytam, że moja dawna studentka zajmuje wysoką pozycję wśród tych specjalistów. Jeśli ktoś jest mądrzejszy, bardziej pracowity i zapobiegliwy, powinien mieć prawo do wyrażenia tego również na pieczątce lekarskiej.
Jeżeli już coś mnie zasmuca, to poziom dyskusji prowadzonych w Internecie na forum przeznaczonym z definicji tylko dla lekarzy. W owych dyskusjach zbyt wiele jest kąśliwych uwag, wypominania tytułów naukowych, dziwacznych pomówień, elementów spiskowej teorii dziejów, przy niedoborze, a nawet braku argumentów merytorycznych. Zbyt mało lekarskie fora internetowe różnią się poziomem dyskusji od forów publicznych.
Może jednak każdy ma prawo martwić się o co innego, a o swój los i byt przede wszystkim? Inna sprawa, że często odczuwamy potrzebę zamartwiania się pro publico bono. Moje własne zmartwienie w odniesieniu do medycyny zawarłam w następnych akapitach.
Gdzie się podziali Mistrzowie?
Przed dwoma laty na łamach jednego z miesięczników medycznych zaproponowałam akcję nazwaną "Napisz o swoim Mistrzu!". Do redakcji nadeszło kilka prac, przede wszystkim od sędziwych kolegów wspominających swoich Nauczycieli medycyny.
Ciekawe było dowiedzieć się o dystyngowanych manierach, szerokich horyzontach czy biegłości w badaniu fizykalnym. Jedna z koleżanek nadesłała wspomnienie o swojej Szefowej, a w charakterze niespodzianki przesłała opisanej Mistrzyni egzemplarz pisma. Pani Ordynator, znana jako żelazna dama, zadzwoniła do autorki ze słowami podziękowania, a łzy nie pozwoliły jej na dłuższe przemówienie. Autorka wspomnień też nie miała najbardziej suchych oczodołów, a warto dodać, że obie panie są okulistkami i zdawałoby się, że funkcjonowanie oczu nie będzie dla nich niespodzianką. Przytoczony przykład z mojego niezbyt burzliwie przebiegającego konkursu przyniósł mi wielką satysfakcję, najpiękniejsze bowiem co możemy ofiarować innym ludziom - to zachowanie ich we wdzięcznej pamięci. Mieć kogo wspominać przez lata, zawsze z zachwytem i sentymentem jako swojego Mistrza, to wielka emocjonalna i intelektualna potrzeba większości z nas. Może skromna liczebność nadesłanych prac świadczy o tym, że naszej, polskiej, medycynie dolega brak Mistrzów, a może łagodniej diagnozując - poważny ich niedobór.
Edukacja podyplomowa przeniosła się dziś z sal szpitalnych do centrów konferencyjnych, w których zaczyna dominować hurtowa podaż wykładów, a wszystkie zrobiły się nużąco podobne do siebie. Przykładowy badacz receptora muskarynowego zwierza się publicznie jak leczy chorych, których nigdy nie miał i doradza doświadczonym lekarzom praktykom, nie czując najmniejszego nawet zakłopotania. Nie może podać przykładu z własnej praktyki, epatuje więc cytatami z minionego tygodnia pobranymi z jakże obfitych internetowych baz danych.
Depersonifikacja wiedzy medycznej i zdeprecjonowanie osobistego doświadczenia sięgnęło zenitu. Lekarz praktyk stał się wyrobnikiem medycznym realizującym kontrakt z NFZ, który z leczeniem ma coraz mniej wspólnego.
Krystyna Knypl
krystyna.knypl@compi.net.pl
Gazeta Lekarska 2006-06 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|