
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2006 Gazety Lekarskiej Numer 2006-03 Lekarze w II Rzeczypospolitej (4) - Czy Polskę stać na utrzymanie lekarzy?
W powojennej, odrodzonej Polsce - tej po 1918 r. - po raz pierwszy policzono lekarzy w 1921 r. Było ich wtedy - wg oficjalnej statystyki - 5 548. Pytano też od razu: czy to dużo, czy mało.
Na takie pytanie odpowiedź nie jest zawsze jednoznaczna. Posiłkuje się zwykle statystyką porównawczą. Miernikiem jest zwykle liczba mieszkańców przypadająca na 1 lekarza. W Polsce w 1921 r. 1 lekarz przypadał na 5400 mieszkańców (statystyki z tamtego okresu różnią się niekiedy szczegółami, tu przytaczam je za prof. Antonim Cieszyńskim). W tym samym czasie w innych krajach europejskich na 1 lekarza przypadało: w Niemczech - 1500 mieszkańców, w Szwecji - 1300, w Szwajcarii - 1290, w Anglii - 1000.
Z tej statystyki wyprowadzano prosty i - zdawałoby się - oczywisty wniosek, że byliśmy krajem o porównywalnie małej liczbie lekarzy. Prawdę tę uzupełniano danymi o rozmieszczeniu terytorialnym lekarzy. Najwięcej lekarzy żyło i praktykowało w Warszawie, bo aż 1329. Prawie drugie tyle, bo 1292 w woj. centralnych. Na rozległych terenach wschodnich II Rzeczypospolitej mieszkało tylko 707 lekarzy. Rozmieszczenie lekarzy było więc bardzo nierównomierne, z dużą przewagą wielkich miast, i z rozległymi połaciami wiejskimi, w których pacjenta od lekarza dzieliło kilkadziesiąt kilometrów.
Zjawiska te były w pierwszych latach Polski niepodległej znane i żywo dyskutowane w środowiskach lekarskich i naukowych oraz w prasie. Dominował pogląd, że skoro Polska ma mniej lekarzy przypadających na 10 000 mieszkańców niż kraje sąsiednie - należy zwiększyć liczbę studentów medycyny i absolwentów wydziałów medycznych 5 polskich uniwersytetów. Panowała też zgoda co do rozmieszczenia terytorialnego - należy preferować osiedlanie się lekarzy na terenach wschodnich i na prowincji.
W to powszechne mniemanie uderzył prof. Antoni Cieszyński. W licznych prelekcjach w 1927 r. wygłaszanych na forach lekarskich, a w 1928 r. w wydawnictwie o stanie lekarskim w Polsce i jego perspektywach, doszedł do zgoła innych wniosków. Ten wybitny lwowski naukowiec, autorytet europejski w dziedzinie dentystyki i stomatologii, wychowawca wielu pokoleń lekarzy przeistoczył się w socjologa, który do wiedzy społecznej dochodzi drogą badań ankietowych.
Po przytoczeniu znanych prawd, że "czasy, w których stan lekarski należał do warstw dobrze sytuowanych, minęły"; że "dzisiaj lekarz, w ciężkiej walce o byt, został zdegradowany przez utratę swej podstawy materialnej"; że "warstwy, od których pochodził dawniej główny dochód lekarza, należą do kasy chorych" - Antoni Cieszyński zadaje proste, zaskakująco proste pytanie: Ile powinien zarabiać lekarz?
Inni wypowiadający się w tej sprawie w prasie lekarskiej analizowali ubytki zarobków lekarskich spowodowane wprowadzeniem kas chorych; kwestionowali zasady kontraktów narzucanych lekarzom przez kasy; pokazywali absurd rynkowy stawek za konsultacje lekarskie świadczone poprzez kasy chorych; napiętnowali lekarzy, którzy podejmowali pracę na rzecz kas chorych za zaniżone wynagrodzenie. I - pozostawali przy tych stwierdzeniach, jakby nie widząc wyjścia z zastanej sytuacji.
Ile powinien zarabiać lekarz?
Antoni Cieszyński przyjmuje za bazowy rok 1926. Na podstawie oficjalnych statystyk stwierdza, że koszty utrzymania w Polsce, w porównaniu z okresem przedwojennym, wzrosły dwukrotnie. Pyta i wylicza jak buchalter: koszty mieszkania, opału i światła, wyżywienia, ubrania i bielizny, gospodarstwa domowego, kultury, wychowania dzieci, utrzymania służby, opłacenia podatku i, jeśli to możliwe, odłożenia oszczędności. W zależności od wieku, stażu pracy i sytuacji rodzinnej wylicza, że samotny lekarz po ukończeniu studiów powinien zarabiać 320 zł miesięcznie; lekarz początkujący, nadal samotny, już samodzielnie praktykujący - 650 zł; lekarz żonaty z małą rodziną - 1250 zł; lekarz żonaty z trojgiem dzieci - 1800 zł.
Wyliczone przez siebie zarobki porównuje z pensjami urzędników, prawników, profesorów i ludzi biznesu. Dochodzi do wniosku, że tak mało jak powinni zarabiać lekarze - zarabiają tylko oficerowie i profesorowie uniwersytetów. Znacznie lepiej powodzi się prawnikom i pracownikom lwowskiej firmy galanteryjnej. Ale autor pozostaje dalej przy określeniu "powinni". "Powinni", ale, dowodzi dalej, zarobków tych nie osiągają.
Po kolejnych wyliczeniach ankietowych stwierdza, że 62% lekarzy zatrudnionych jest na różnego rodzaju posadach: profesorów lub asystentów uniwersyteckich, lekarzy wojskowych, lekarzy rządowych, komunalnych, okręgowych, powiatowych, szkolnych, kolejowych, szpitalnych i kas chorych. Zarobki otrzymywane z tych źródeł zatrudnienia nie starczają im na utrzymanie i są niższe niż wyliczone wcześniej przez profesora minima. Dlatego 70% spośród nich uprawia dodatkowo praktykę prywatną, czyli pracuje dodatkowo popołudniami i wieczorami. Nie koniec na tym. Spośród tych dorabiających praktyką prywatną aż 31% zatrudnia się na drugiej dodatkowej posadzie. Mamy więc znaczny odsetek lekarzy zatrudnionych na dwóch posadach i dodatkowo praktykujących prywatnie.
Ci, wydawałoby się, powinni opływać w luksusy. Nic podobnego. Przede wszystkim dochody z praktyki prywatnej są bardzo niskie. W dużych miastach wynoszą od 300 zł miesięcznie dla 17% lekarzy, do 800 dla 25%. Zarabiających więcej jest w dużych miastach ok. 10%, a na prowincji kilka procent.
Czas na porównanie dwóch wskaźników: ile "powinien", a ile "otrzymuje":
1. Spośród tych, którzy powinni zarabiać 320 zł miesięcznie aż ok. 14% nie uzyskuje tego dochodu. Są to lekarze początkujący w pierwszych trzech latach pracy.
2. Spośród tych, którzy mają już kilkuletni staż pracy i powinni zarabiać minimum 650 zł miesięcznie - tylko 48,5% osiągnęło ten stopień powodzenia. Są to ludzie tuż przed ukończeniem 30 roku życia, którzy powinni zakładać i utrzymywać rodziny. Ponad połowy młodych lekarzy na to nie stać. Prof. Cieszyński nie wprowadza do swoich kalkulacji w ogóle przypadków dwojga pracujących młodych ludzi (np. małżeństwa dwojga lekarzy lub lekarza i pielęgniarki) i nie próbuje sumowania ich zarobków. W czasach, z których wyrósł profesor (początki XX w. w prowincjonalnym, ale zasobnym Lwowie, będącym jednym z centrów medycznych monarchii austriackiej), było to nie do pomyślenia. Mężczyzna lekarz powinien zarobić na siebie i utrzymanie rodziny. Nie pracująca żona powinna mieć pomoc domową, żeby zająć się wychowaniem potomstwa.
3. O ile statystyka dla grup poprzednich jest jeszcze łaskawa, to pogarsza się w grupie młodych obarczonych rodziną, którzy powinni zarabiać minimum 1250 zł miesięcznie. W Warszawie zarobki te osiąga zaledwie 9,5% ogółu lekarzy zakwalifikowanych przez profesora do tej grupy. Jeszcze gorzej jest na prowincji, gdzie do podobnych "fortun" dochodzi tylko 3,5% lekarzy ze średnim stażem zawodowym, utrzymujących małą rodzinę.
4. Bardzo zamożnych, bo zarabiających od 1200 do 1800 zł jest w Warszawie 13%, a na prowincji 1%.
W wyniku tych wyliczeń prof. Cieszyński dochodzi do konkluzji, że młody lekarz "w pierwszych trzech latach dochodzi do 250 zł miesięcznego dochodu, w czwartym do 300 zł; w czasie od 5 do 17 roku powiększa się jego dochód do 700 zł miesięcznie, a dopiero w następnych latach dochodzi do 700-1200 zł. Zaledwie 12% ogółu lekarzy powodzi się lepiej, czyli że uzyskują dochód powyżej 1200 zł." Tak kontynuuje swoje mało optymistyczne wnioski: "Lekarze doby obecnej w jakieś 3 lata po otrzymaniu dyplomu uzyskują minimum egzystencji dla samotnego lekarza zatrudnionego, w następnych 3 latach dochodzą do warunków umożliwiających im założenie rodziny", pod warunkiem uzyskania mieszkania ze źródeł pozazarobkowych. "Stan ekonomiczny pozwala tylko małej liczbie lekarzy na utworzenie większej rodziny, np. żona i troje dzieci."
Po tej serii wyliczeń i dowodów prof. Antoni Cieszyński, tak jak to czyniła większość badaczy i publicystów, pozwala sobie na "naiwne" stwierdzenie, że "trzeba tylko wynikające z tego skutki dla stanu materialnego lekarza poprawić, ażeby zabezpieczyć lekarzowi warunki możliwej egzystencji".
W kolejnej części rozumowania, idąc jakby tradycyjnym tropem, wraca do polskich i europejskich proporcji liczby mieszkańców przypadających na jednego lekarza. Przypomina te prawdy: w Polsce w 1921 r. 1 lekarz przypadał na 5400 mieszkańców, w r. 1927 stan się poprawił i 1 lekarz przypada już na 3320 mieszkańców; we Lwowie 1 lekarz przypada na zaledwie 324 mieszkańców, zaś w woj. nowogródzkim na 7000 mieszkańców.
Prof. Antoni Cieszyński niczego nie postuluje i do niczego nie nawołuje, np. do osiedlania się na prowincji. Przyjął na początku założenie ekonomiczne i tego ekonomicznego rozumowania się trzyma. Przyjął przecież za podstawę swych wywodów "minimum egzystencji" dla lekarza. Zamiast moralizowania - zadaje więc pytanie: "Od jakich warunków zależny jest dobrobyt lekarzy?" Wiemy już, że nie o dobrobyt chodzi, tylko o godziwą egzystencję. I znów wraca do statystyki.
Ubezpieczeni w kasach chorych we Lwowie tworzą 55% ludności, w Poznaniu 50%, w Warszawie 34%. Do tego dochodzi bezpłatna pomoc lekarska dla urzędników państwowych, kolejowych i wielu innych zawodów. Znaczna większość ludzi dobrze i średnio zarabiających jest ubezpieczona lub ma prawo do bezpłatnej pomocy lekarskiej. Oni stanowili dawniej gros pacjentów prywatnych gabinetów lekarskich. Teraz mają swoich lekarzy kas chorych. W miastach poza kasami chorych pozostają ludzie o niestałych zarobkach lub tych zarobków w ogóle pozbawieni. Ci w ogóle nie korzystają z porad lekarskich lub trafiają do szpitali w sytuacjach ostatecznych. Do kas chorych nie należą mieszkańcy wsi, którzy z racji niskiej kultury ogólnej, braku nawyków i środków z prywatnej pomocy lekarskiej nie korzystają.
"Od jakich warunków zależy dobrobyt lekarzy? - profesor powtarza pytanie. Może od wzrostu wynagrodzeń z kas chorych? Obecnie - odpowiada - na wynagrodzenie dla lekarzy kasy przeznaczają od 12 do 18% swych funduszy. Znacznie więcej, bo do 32% budżetu przeznaczają na zasiłki dla ubezpieczonych. Ten wysoki procent budżetu kas chorych przeznaczony na zasiłki dostrzegali wszyscy ówcześni komentatorzy rynku medycznego. Skąd więc wziąć pieniądze na poprawę egzystencji lekarzy?" - pyta dalej prof. Cieszyński.
Konsekwentne rozumowanie prowadzi go do wniosku, że pieniędzy na poprawę warunków życia lekarzy nie należy oczekiwać z budżetów kas chorych. Nie przybędzie ich także z praktyki prywatnej. Fałszywe więc było mniemanie, jakoby w Polsce było za mało lekarzy, i że należy ich liczbę zwiększyć poprzez większy nabór na studia medyczne. Argumentując, że tylko zasobne społeczeństwo może sobie pozwolić na utrzymanie dobrze lub nieźle zarabiających lekarzy - postuluje zatrzymać zwiększanie naboru na studia medyczne i poczekać, aż społeczeństwo dorośnie ekonomicznie do utrzymania swoich lekarzy.
Pogląd prof. Antoniego Cieszyńskiego był skrajny w swoim czasie. Kłócił się z głoszonymi wtedy w publicystyce, ideologiach partyjnych, a także w programach rządowych z postulatami powszechnej opieki lekarskiej, którą państwo powinno objąć wszystkich swoich obywateli, także tych mało zarabiających, i najuboższych, a więc zamieszkałych na dalekich wsiach. Za tymi postulatami nie szły jednak rozwiązania ekonomiczne. Odwoływanie się do Siłaczek i Judymów funkcjonowało tylko w sferze emocjonalnej. Siły sprawczej nie miało żadnej.
Ile w tym, co napisał w r. 1928 było z jego prawdziwych poglądów, a ile było zamierzoną prowokacją intelektualną, zmuszającą do zastanowienia się, można tylko domniemywać. Poglądami tymi naraził się wszystkim, którzy głosili idee posłannictwa inteligencji wśród warstw niższych. Po II wojnie światowej, w latach pięćdziesiątych, jego nazwiskiem szargano z trybun narad partyjnych i związkowych dla personelu służby zdrowia. Królowała idea posłannictwa.
Czytelnik chcący się zastanowić nad "ideową" czy też "prowokacyjną" intencją publikacji prof. Antoniego Cieszyńskiego powinien zapoznać się z "nowatorskim" pomysłem na stworzenie podstaw egzystencji lekarzy na Kresach.
"Wielkim obszarom, które nie mają obecnie jeszcze dostatecznej ilości lekarzy, jak Nowogródzkie, tam, gdzie 1 lekarz przypada na 17 900 ludności, można zapewnić pomoc lekarską w sposób następujący:
Lekarz poza zawodem swoim powinien także mieć w ręku zawód drugi, najpraktyczniej będzie, jeżeli lekarz będzie zarazem rolnikiem. Państwo powinno utworzyć 80 folwarków dla lekarzy, oddać je lekarzom w dzierżawę. Ułatwi się w ten sposób niesienie pomocy lekarskiej obywatelom danego rejonu, którzy sami utrzymać lekarza nie są zdolni."
Pogląd to czy prowokacja?
Zygmunt Wiśniewski
Gazeta Lekarska 2006-03 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|