
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2006 Gazety Lekarskiej Numer 2006-02 Nowoczesny konserwatysta
Z Konstantym Radziwiłłem, prezesem Naczelnej Rady Lekarskiej rozmawia Marek Stankiewicz
Kiedyś określał się pan jako eurorealista, a na VIII Krajowym Zjeździe Lekarzy przedstawił się jako nowoczesny konserwatysta. Jak więc jest z tym pana ideowym wnętrzem?
- Brytyjski popularyzator konserwatywnej filozofii Michael Oakeshott powiadał, że "być konserwatystą oznacza woleć znane od nieznanego, sprawdzone od niesprawdzonego, fakt od tajemnicy, rzeczywiste od możliwego, ograniczone od nieograniczonego, dostępne od doskonałego, śmiech dzisiaj od utopijnego raju". I ja lepiej bym tego też nie ujął. Uważam też, że egzystencja społeczeństwa jest czymś chwiejnym bez religii i etyki absolutnej, bez samowiedzy narodowej, bez rodziny i własności. Konserwatyzm, jaki wyznaję, to pozytywny stosunek do tradycyjnych wartości i sprawdzonych rozwiązań.
A gdzie tu jest miejsce na nowoczesność?
- W łatwości akceptowania zmieniającego się świata i dostosowania rozwiązań, które postrzegam jako możliwe, do zastosowania. Dotyczy to rozwiązań organizacyjno-politycznych w większej skali, jak również mojej roli jako przełożonego pracowników Naczelnej Izby Lekarskiej, a także umiejętności korzystania z możliwości pracy i komunikacji z użyciem nowoczesnych środków technicznych.
Czy na nowoczesnych konserwatystów będzie teraz zapotrzebowanie w środowisku lekarskim?
- Abstrahując od mojej osoby, proszę pamiętać, że środowisko lekarskie ze swej natury musi odnosić się do tradycyjnych wartości. Dla przeważającej części lekarzy i lekarzy dentystów wartości nie są czymś obojętnym. Z drugiej strony lekarze to ludzie nowocześni, którzy muszą umieć się uczyć, podejmować szybko racjonalne decyzje, zmieniać otoczenie. Wielu z nich, oprócz leczenia, bierze się za zarządzanie, kierowanie, nauczanie. Potrzebujemy takich ludzi, bo tacy po prostu jesteśmy - polscy lekarze XXI wieku.
Jest pan szeroko znany z domagania się zwiększenia nakładów finansowych na ochronę zdrowia. Czy naprawdę wierzy pan w to, że znajdzie się jakaś formacja polityczna, która zlituje się nad lekarzami i podniesie wynagrodzenia do godziwych zarobków, choćby takich jakich pan się domaga - 33 zł za godzinę pracy?
- Nad lekarzami nikt się nie zlituje. Większość ludzi ma wyrobioną opinię o lekarzach. I nie jest to opinia, która skłania ich ku litości. Ja zmierzam do tego, by przekonać ludzi, że to, co dla nich najcenniejsze, czyli zdrowie i życie, naprawdę drogo kosztują i trzeba za nie dużo zapłacić. Bo inaczej nie dostaną tego, czego oczekują. Właściwie wyceniona praca lekarza jest po prostu jednym z kosztów, które powinni brać pod uwagę.
Sądzi pan, że ludzie nie lubią lekarzy?
- W społeczeństwie dominuje stereotyp, że lekarze jakoś tam sobie poradzą. To raczej pielęgniarki bardziej mogłyby liczyć na litość. Ludzie lubią swoich lekarzy - tych, którzy ich leczą. Natomiast ogólnie o lekarzach mają nienajlepsze zdanie. Generalnie ludzie znacznie wyżej oceniają to, co jest blisko niż to, co ma miejsce w ogóle. W przypadku opieki zdrowotnej jakoś szczególnie to widać.
Czy samorząd lekarski powinien zajmować się walką ze stereotypami i poprawą wizerunku zawodowego lekarzy?
- Żyjemy w takich czasach, że rzeczy, które mają swoją wartość obiektywną, w oczach ludzi mają tyle z tej wartości, ile daje im opakowanie medialne. A więc to, co nie istnieje w środkach masowego przekazu, tego prawie nie ma. Co więcej, ocena jakiegoś zjawiska dokonywana przez media bardzo często jest przyjmowana za swoją przez odbiorców.
I trzeba się z tym pogodzić?
- Tak. Wymusza to konieczność aktywnej pracy z dziennikarzami w celu kształtowania ich wiedzy i opinii. Nie zwolni nas to oczywiście z merytorycznych działań mających na celu rzeczywiste rozwiązywanie trudnych problemów naszego środowiska.
Co pan ma na myśli?
- Np. alkoholizm, korupcję, nepotyzm
Te zjawiska istnieją naprawdę. Samorząd lekarski musi pomyśleć nad skutecznymi rozwiązaniami np. problemów alkoholowych lekarzy, by stworzyć im godne i dyskretne warunki do ich przezwyciężenia.
A korupcja?
- Nonsensem byłoby jej negowanie. Korupcję trzeba zwalczać tam, gdzie ona występuje. To nie jest problem do szybkiego załatwienia, lecz sprawa na dłuższy czas - kwestia kształtowania postaw, środowiskowego ostracyzmu. Ale jednocześnie trzeba pokazywać ludzi, którzy ofiarnie pracują za marne grosze jak na przykład ci, którzy potrafią dopłacać do leków swoich pacjentów.
No to wróćmy do pieniędzy. Czy może pan wskazać drogę dojścia do godnych wynagrodzeń lekarzy?
- Nie można się łudzić, że wynagrodzenia wzrosną, jeśli poziom finansowania ochrony zdrowia będzie nadal taki sam. Mając do dyspozycji te zaklęte 38 miliardów złotych rocznie ze środków publicznych, nie będziemy więcej zarabiać. Powtórzy się tylko syndrom "ustawy 203" - zadłużanie placówek, zwalnianie pracowników, zmuszanie do przechodzenia na kontrakty itp. Trzeba się więc domagać od polityków zwiększenia nakładów.
Uważa pan, że polscy lekarze nie są dostatecznie wpływowi politycznie?
- Sprawa idzie o wielkie pieniądze. Do przyzwoitych nakładów na ochronę zdrowia i równie przyzwoitych zarobków lekarzy brakuje w systemie 20 miliardów złotych rocznie. Nie stanie się to z dnia na dzień. Ale 5 miliardów rocznie przez cztery lata to już kwota łatwiej wyobrażalna. Z tymi problemami nie jesteśmy sami, musimy znaleźć koalicjantów wśród innych pracowników służby zdrowia, przede wszystkim pielęgniarek. Ale także wśród podmiotów gospodarczych, które funkcjonują wokół służby zdrowia, np. producenci i dystrybutorzy leków i sprzętu medycznego, dostawcy usług itp. Ich kłopoty są równoległe z problemami zadłużonych szpitali. Trzeba pamiętać, że każdy polityk jest czyimś pacjentem. Nie wahałbym się wyjść z intensywniejszym lobbingiem politycznym, obalaniem mitów o marnotrawstwie i nadmiernym zużyciu leków. Najtrudniejsze będzie pozyskanie społeczeństwa jako koalicjanta. Uświadomienie tych faktów jest szansą na przebicie się do polityków, jak dotąd impregnowanych na nasze żądania.
A nie lepiej samemu zostać czynnym politykiem zamiast się przebijać? Dlaczego prezes NRL nie zasiada w sejmie?
- Owszem, interesuje mnie polityka, zwłaszcza w obszarze, na którym się znam i którym się na co dzień zajmuję. Wbrew pozorom wpływ jednego z 460 posłów nie jest wielki. On ma tylko jeden głos i to na ogół ograniczony partyjną dyscypliną. Nawet najbardziej znani posłowie lekarze też nie mają za wiele do powiedzenia. Polityka partyjna rządzi się swoimi prawami. Jeśli nie jest się związanym od lat z żadną partią, trudno liczyć na jej poparcie. Myślę jednak, że politycy potrzebują również partnera społecznego, zwłaszcza takiego, który co chwilę nie zmienia zdania. Jestem prezesem NRL m.in. po to, by dostarczać politykom argumentów w postaci profesjonalnych ekspertyz. Jestem ciągle gościem parlamentu i nie ma takiej sprawy, o której nie mógłbym nie powiedzieć. Lobbing polityczny może być równie skuteczny co aktywna polityka. Tak czy owak, przecież to nie lekarze, lecz premier i minister finansów podejmują najważniejsze decyzje dotyczące ochrony zdrowia. Nie łudźmy się: żadna z tych posad nie jest dla mnie dostępna.
Porozmawiajmy o młodzieży lekarskiej. Jak powinien być przeprowadzany LEP?
- Przyzwoicie, czyli obiektywnie, wg tych samych kryteriów w całym kraju i w sposób odnoszący się do prawdziwej wiedzy i umiejętności lekarza i lekarza dentysty. Jestem pewien, że niewiele potrzeba wysiłku i pieniędzy, ażeby tak się to odbywało. Jednoznacznie wskazana literatura i większy porządek w przygotowaniu pytań egzaminacyjnych powinny być regulowane przez ministra zdrowia, a nie jak dotychczas w Centrum Egzaminów Medycznych.
Czy izba lekarska może odegrać znaczniejszą rolę w organizowaniu kształcenia podyplomowego?
- Mamy okrzepłą bazę dobrze zorganizowanych biur w całym kraju, które mogą służyć środowisku na tym polu. Najwyższy więc czas domagać się, by organizację kształcenia we wszystkich obszarach powierzyć samorządowi lekarskiemu. Upoważnia mnie do tego fakt, że obecny system nie jest przyjazny dla lekarzy i nie działa dobrze. Rewolucja dla rewolucji nie ma sensu, ale jak coś działa źle, to należy to zmienić. Od początku samorząd był rzecznikiem, by lekarze bez skrępowania mogli się doskonalić. Nie ma u nas niebezpieczeństwa, tak jak w innych samorządach zawodowych, że samorząd może stać się rzecznikiem tych, którzy już posiadają specjalizację i nie chcą dopuścić do niej młodszych kolegów. W ten sposób wywiążemy się z dwóch ustawowych zadań: reprezentowania interesów lekarzy, którzy chcą się uczyć i reprezentowania interesu społecznego, czyli naszych pacjentów.
Powoli kształcenie staje się faktycznie udziałem samorządu.
- Oczywiście. Już dziś w naszych rękach w dużej mierze jest kształcenie ustawiczne. Mamy akredytację, możemy organizować szkolenia. Nie mam wątpliwości, że to zmierza w dobrym kierunku. To jest również sprawdzian naszej skuteczności. Ciągle domagamy się od ministra zdrowia rozporządzenia w sprawie zdobywania kwalifikacji w wąskich umiejętnościach. Chciałbym dobitnie zaakcentować, że to wcale nie oznacza chęci przejęcia kształcenia przez izby lekarskie. Będzie ono nadal odbywało się w placówkach służby zdrowia, bo taka jest jego istota. Gdyby skorzystano z projektu NRL, przygotowanego jeszcze w poprzedniej kadencji, system ruszyłby ostro w oparciu o okręgowe izby lekarskie. Oczekują tego lekarze i lekarze dentyści w całym kraju, a samorząd jest do tego z całą pewnością przygotowany.
Gazeta Lekarska 2006-02 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|