Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2005 Gazety Lekarskiej  Numer 2005-09  Na marginesie kolejnej odsłony recept - Myśli numerowane fakty kontrolowane 

Gospodarka lekowa to zbiór mitów prasowych, sztucznie wzbudzanych emocji oraz nerwowych decyzji w rytmie krok do przodu, dwa do tyłu.

Temat jest równie stary jak ubezpieczenia społeczne. W "Biuletynie Kas Chorych" z 1927 r. doradzano lekarzom: " (...) jest rzeczą zupełnie zbyteczną i nauką lekarską nieuzasadnioną zapisywanie w każdym przypadku zachorowania recepty (...)". Podobno historia lubi się powtarzać.

Dokumenty przede wszystkim
W końcu 2004 r. złożyliśmy do mazowieckiego oddziału NFZ dokumenty w celu podpisania nowej umowy na wystawianie recept refundowanych. Mimo że zapowiadane jest wyłącznie elektroniczne nadzorowanie systemu, musieliśmy dostarczyć odnowioną kolekcję świadectw zawodowych, bo nadal "ważne co bumażne" (ważne to, co na papierze - ros.). Od czasu do czasu podpytywałam znajomych z NFZ, co się dzieje z receptami. Padały odpowiedzi sprowadzające się do stwierdzenia "śpij spokojnie". Nie popadałam w bezsenność.
Pod koniec maja 2005 r. spora grupa lekarzy otrzymała korespondencję powiadamiającą, że nie złożyli kompletu właściwych dokumentów. Po uzupełnieniu niedoborów i kilkugodzinnym oczekiwaniu w kolejce można było odebrać nową umowę oraz PIN i hasło dostępu do systemu drukowania recept z Internetu.

Internetem pod górkę
Skoro recepty będą dostępne tylko przez Internet, dlaczego nie można było przesłać stosownego zamówienia i dokumentów tą drogą? Poczytałam strony NFZ i powiało wielkim światem: od 16 maja można zgłaszać się drogą elektroniczną. Imię, nazwisko, PESEL... Wypełniałam rubryki z entuzjazmem i bez pomyłek. Sprawa zacięła się przy wyborze miejsca zamieszkania. Na liście do wyboru pierwsze pojawiło się hasło "Abisynia" - odpada. Nie mieszkam, nie wybieram się, ale krzepiąco podziałała na mnie świadomość, że koledzy zamieszkujący ten kraj i praktykujący w systemie umowy z NFZ na recepty refundowane nie zostali pominięci. Parę kliknięć i odnalazłam Warszawę. Jeszcze kilka rubryk i pojawiła się odsłona napawająca nadzieją, że wszystko da się załatwić on line: potwierdzenie do systemu rejestracji SNRL.
Radość trwała krótko, następny bowiem komunikat nakazywał wydrukować dokument, ostemplować pieczątką lekarską i dostarczyć go do stosownego oddziału NFZ. Trzeba się więc ruszyć od komputera. Ale które zgłoszenie jest ważniejsze? Jeżeli wszystko będzie odbywało się drogą elektroniczną, to może powinnam jednak wypełnić rubryki on line? A może nie trzeba? A co ma zrobić ktoś, kto nie posługuje się Internetem? Na razie nie jest to przecież ustawowo obowiązujący element wykształcenia lekarskiego. Choć sama kocham Internet namiętnie, szanuję odrębność uczuć wielu moich kolegów wybierających jako środek komunikacji telefon, list lub bezpośrednią wizytę.

Spotkanie z płatnikiem
Nieumówione wcześniej spotkanie dobrze jest zapowiedzieć telefonicznie. Postanowiłam tak zrobić. Pierwszy dzień czerwca, choć powszechnie uważany za dzień dziecka, dla mnie okazał się dniem dziecinnej naiwności. Od dziewiątej rano do prawie dwunastej próbowałam się dodzwonić do oddziału mazowieckiego NFZ. Kombinacja sygnału zajętości i pozostającego bez odzewu sygnału dzwonienia była jedyną dostępną formą dźwiękowego kontaktu z płatnikiem i nadzorcą moich refundowanych ordynacji. Tego dnia na tym się skończyło, bo pacjenci czekali.
Najbliższego wolnego dnia pognałam do urzędu wydającego umowy na recepty refundowane. Koleżanka, która odebrała już swoją umowę, straszyła kilkugodzinnym oczekiwaniem. Rzeczywistość okazała się zaskakująco przyjazna. Z korytarzowych wieści wynikało, że notatka zamieszczona w stołecznej prasie skutecznie ożywiła proces wydawania umów. Ledwie usiadłam pod gabinetem i zdążyłam wymienić kilka wspomnień oraz wysłuchać zwierzeń o potrzebie opanowania Internetu, a już miły pracownik NFZ wydał mi stosowne dokumenty.

Specjalizacja: mały drukarz
Uważając się za osobę obytą z Internetem z entuzjazmem podjęłam próbę samodzielnego drukowania recept. Uznałam bowiem, że skoro wariant przewidujący zamawianie recept w drukarni nie był w moim budżecie planowany, to nie ma powodu tego zmieniać. Po około godzinie zmagań i konsultacji telefonicznych z biegłym w technice współmałżonkiem stałam się posiadaczką należnej porcji numerowanych recept, uzyskanych w wyniku jednorazowego dostępu do konta.
Moje pierwsze dzieło wykonane w ramach specjalizacji "mały drukarz" ma dwudziestocyfrowe numery (ale nie kolejne, lecz intrygująco losowe) oraz indywidualny kod kreskowy. Zdecydowałam się na wydrukowanie recept "z ekranu", do czego potrzebowałam 30 czystych kartek. Porcja z jednorazowego dostępu to 90 recept.
Zanim zostałam producentką recept, musiałam kliknąć na regulamin i potwierdzić, że nie będę się domagała refundacji nabycia komputera, jego oprogramowania, drukarki, dostępu do Internetu, papieru i toneru.

Proste pytania, trudne odpowiedzi
Internet nie jest ulubionym medium wielu kolegów, zwłaszcza ze średniego i starszego pokolenia. Pytają, co mają począć. Doradzam pokochanie tego, co nieuniknione. Osobiście uważam, że człowiek jest istotą doskonałą dopiero wtedy, gdy zostanie połączony z komputerem, a ten z siecią, więc warto choćby z tego względu dążyć do doskonałości. Pozostaje pytaniem otwartym, co lekarz powinien umieć wykonywać manualnie i pojmować intelektualnie.
Jeżeli ktoś jest dobrym chirurgiem, to czy z równą biegłością powinien śmigać po Internecie? Czy jego zręczne palce powinny z tą samą sprawnością naciskać klawisze komputerowej klawiatury, czy może powinien być wolny od przyuczania się do klikania po ciężkim dniu wypełnionym operacjami?
Czy można czuć się zwolnionym z opanowania specjalności "mały drukarz", jeżeli jest się wybitnym lekarzem? Czy można powierzać poufne informacje - PIN i hasło - osobom postronnym, które zajmą się komercyjnym drukowaniem recept?
Czy lekarze powierzający drukowanie recept będą informowani o sposobie zabezpieczeń w miejscu wykonania usługi? Czy rekomendowane punkty mają należyte zabezpieczenia swoich systemów? Czy ich strony internetowe zdobi znak kłódki oznaczający bezpieczne kontakty w sieci? Nic nie wiadomo w tej kwestii.
Prasa codzienna doniosła, że koszt refundacji leków w bieżącym roku wzrośnie o 80 mln zł. Zaintrygowała mnie ta dokładna wiedza. Ja jeszcze nie wiem co zaordynuję moim pacjentom i kto się do mnie zgłosi, a prasa codzienna ma już nie dość że prorocze, to jeszcze precyzyjne dane. A może te 80 mln zł to koszt wdrożenia systemu recept numerowanych?

Trochę igrzysk, trochę chleba
Znaną formą odwrócenia uwagi od swoich decyzji i zachowań jest głośne zawołanie: "Ludziska, patrzcie i dziwujcie się jak on (ona) brzydko się zachowuje!" Oto wersja internetowa pisma dla lekarzy donosi, że na stronach jednego z oddziałów NFZ każdy lekarz będzie mógł sprawdzić, ile kosztują jego ordynacje i dokonać porównania z kosztami generowanymi przez innych kolegów. Między wierszami snuje się sugestia, że cnotą ma być leczenie za pół ceny. Rozsierdzeni forumowicze obiecują założyć konkurencyjną stronę internetową, gdzie każdy będzie mógł sprawdzić, jakie koszty generują urzędnicy NFZ.
Zawsze można spojrzeć na świat okiem optymisty - mamy jeszcze wolność myślenia o leczeniu, jakie moglibyśmy zastosować, jakie stosowaliśmy i jakiego nie zastosujemy... A może by tak wprowadzić myśli numerowane? Orwell zaciera ręce, a gra toczy się dalej. Skoro bramki są dwie, a piłka jest okrągła, jak stwierdził swego czasu słynny trener, to bez goli się nie obejdzie. Niewykluczone, że już opracowano system rzutów karnych. Ktoś musi być wygrany i pochwalony za zwycięstwo. Remisy nie dają satysfakcji, wie to każdy organizator igrzysk. Ave NFZ, doctores te salutant!

Krystyna Knypl
krystyna.knypl@compi.net.pl


fot. Marek Stankiewicz

Gazeta Lekarska 2005-09 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04