|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2005 Gazety Lekarskiej Numer 2005-09 Śladem naszych publikacji - Czym się różni majster?
Konfrontacja wynagrodzenia rezydentów z zarobkami specjalistów I i II stopnia ("Czym się różni majster?", "GL" nr 6/2005) wywołała wśród Czytelników żywe emocje, i nie ma się czemu dziwić.
Piotr Z. z Gdańska przeczytał mój artykuł ze zdumieniem i dał temu wyraz w liście, opublikowanym w "GL" nr 7-8/2005. Jednak nie doznałby zdumienia, gdyby dysponował faktami, a nie plotkami. A fakty są takie, że pensję rezydenta reguluje nie ustawa, a rozporządzenie ministra zdrowia z 6 sierpnia 2001 r. W żadnym wypadku nie obejmuje ono dyżurów, lecz dotyczy wyłącznie wynagrodzenia zasadniczego, finansowanego z puli ministerstwa. Za dyżury płaci bezpośredni pracodawca. Od rezydenta nie wymaga się zresztą - jak uważa Piotr Z. - ośmiu dyżurów w miesiącu, a tylko trzech. Jest więc w tym liście coś z pytania słuchacza do Radia Erewań: "Czy to prawda, że na placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody?" "Nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochody, a rowery, i nie rozdają. a kradną" - odpowiedziało wówczas radio.Dezinformację zawartą w liście Piotra Z. z Gdańska wychwycił inny Czytelnik, Witold M. fragmenty listu pozwolę sobie zacytować. "W kilku zdaniach pana Piotra Z. zawarta jest merytorycznie niepoprawna informacja, którą popełnił pisząc o zasadach finansowania lekarzy odbywających specjalizacje w ramach rezydentury. Mianowicie pisze on (a Wy w ślad za nim), że lekarz rezydent w swej pensji 1637 zł brutto ma już zapłacone za osiem dyżurów medycznych, a dyrektorzy szpitali płacą im za dyżury bo nie czytają ustaw. Rozporządzenie MZ dotyczące specjalizacji w ramach etatu rezydenckiego mówi wyraźnie o pensji miesięcznej wynoszącej 70 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw brutto, bez dyżurów medycznych. Poza tym chyba ciężko w tym kraju byłoby znaleźć idiotę, który pracowałby etatowe 40 godzin tygodniowo, następnie spędzał popołudnia i noce w szpitalu, w najlepszym razie 8 x 16 = 128 godzin (zakładając dyżury nieświąteczne) i brał za to ok. 900 zł netto. Pan Piotr Z. myli najprawdopodobniej lekarzy rezydentów z lekarzami na stażu podyplomowym, którzy rzeczywiście mają w swojej pensji wliczone obecnie 6 (w roku poprzednim 8) dyżurów medycznych (towarzyszących). Ich pensja wynosi ok. 1300 zł netto! Poza tym odczuwam niesmak po przeczytaniu artykułu "Czym różni się majster?". Mimo że autor Ryszard Kijak zastrzegał w jego treści, że nie chce obrażać rezydentów, efekt jest taki, że każdy z nas rezydentów poczuł się bardzo nieprzyjemnie. Środowisko lekarskie jest wystarczająco podzielone i niespójne! Niepotrzebne są artykuły szczujące jednych na drugich, zwłaszcza że i czeladnik i majster zarabiają skandalicznie nędzne grosze!". Ten list pozostawiłbym bez komentarza, bo zawiera pewne konkrety, gdyby nie ów "niesmak z powodu szczucia", i twierdzenie, że "każdy z rezydentów poczuł się nieprzyjemnie". Takiej tezy nie można bowiem uogólniać. Nie każdy z rezydentów poczuł się nieprzyjemnie. Pracuję w szpitalu klinicznym, wraz z dużą grupą rezydentów, rozmawiałem z wieloma z nich i - odwrotnie niż pisze Witold M. - żaden z moich rozmówców tak się nie poczuł. Po prostu zrozumieli o czym pisałem. A pisałem nie o tym, żeby zabrać coś rezydentom, tylko o tym, żeby dać więcej specjalistom. Rezydentom zresztą też. Po prostu opisałem istniejącą sytuację, niezależnie od tego, czy się ona komuś podoba, czy nie. Czy gdybym napisał, że lis zżera kurę, a żaba muchę - byłoby to szczuciem lisa przeciwko żabie? Trudno tu więc mówić o szczuciu, a jeżeli już nawet, to nie przez dziennikarza opisującego fakty, a przez kreatorów rzeczywistości, czyli parlament i rząd. I tam należy adresować swój niesmak, protestując przeciwko podejmowaniu kontrowersyjnych decyzji, prowadzących do dezintegracji naszego środowiska zawodowego. Czyli przeciwko szczuciu. A że szczucie to okazuje się skuteczne, dowodzi kolejny list Witolda M., jaki otrzymałem od niego po wysłaniu mu powyższego komentarza: "Cieszę się, że brednie wypisywane przez Piotra Z. z Gdańska zostały od razu zauważone i zostaną skorygowane, szkoda tylko, że nie przed drukiem. Co do moich odczuć dotyczących pańskiego artykułu z czerwcowego numeru "GL", musi Pan wiedzieć, że problemem nie jest rozumienie przesłania, które niosła jego treść. Zapewniam, że każdy z nas pojął o co Panu chodzi. Natomiast wypowiedź Pana przeczytali również "Majstrowie". Większość z nich doskonale rozumie, że rezydenci nie są "winni" temu, iż zarabiają 1637 zł brutto. Jednak część nie potrafi wznieść się poza pewien pułap myślowy i mówi nam prosto w oczy, że to skandal, iż zarabiamy jako rezydenci minimalnie mniej lub niekiedy minimalnie więcej niż lekarz ze specjalizacją (I st.). Ich myśli nie potrafią pobiec w kierunku tego, że pensje w publicznych ZOZ-ach powinny być nazywane jałmużnami. Nie rozumieją, że nie powinni na nas krzywo patrzeć, tylko swoje pretensje kierować nie pod ten adres. Wszyscy powinniśmy się starać, aby nasze zarobki przypominały godziwą zapłatę! Stąd moje wrażenie (potwierdzone faktami!), że taki artykuł - merytorycznie prawdziwy i zgodny ze stanem faktycznym - może wywołać tarcie na styku "czeladnik" - "majster". Z tym, że oczywiście taka osoba dla mnie już żadnym majstrem nie jest." No i tu znów mógłbym sobie oszczędzić komentarza, gdyby nie to, że mój Korespondent porównał swoje zarobki rezydenckie tylko do zarobków specjalistów z I stopniem. Jest jednak jeszcze gorzej. Świadczy o tym mail, jaki otrzymałem z Lublina, który jest sam w sobie komentarzem do cytowanego wyżej listu, a dotyczy zarobków specjalistów z II stopniem: "W "GL" nr 6/2005 Ryszard Kijak pisze o zarobkach podobno wyjątkowo niskich w Białymstoku czy Kolnie. Pracując w Samodzielnym Publicznym Szpitalu im. J. Bożego w Lublinie, po 20 latach pracy, lekarz z II stopniem specjalizacji i doktoratem ma brutto 1205 zł. Konia z rzędem temu, kto poda przykład większego braku troski o pracownika. Myślę, że to swoisty rekord. Z poważaniem (imię i nazwisko do wiadomości redakcji)." No i czym się w takim razie różni wynagrodzenie dwójkowicza z doktoratem i 20-letnim stażem pracy od wynagrodzenia sfrustrowanego młodego lekarza, który swój list skierował tym razem nie do "GL", a do OZZL? Poczytajmy, co pisze ten ostatni. "Przesyłam fotkę, którą zrobiłem po ostatniej wypłacie 980 zł (ze względu na niecenzuralną treść, fotki nie możemy zamieścić - przyp. red.). Jestem uczestnikiem zaplanowanego przeze mnie badania klinicznego z podwójnie głupią próbą o kryptonimie "Nie kradnij". Nie biorę i nigdy nie wziąłem żadnych pieniędzy od moich pacjentów, utrzymują mnie rodzice emeryci. Wyniki badania ogłoszę niebawem, ale prognoza jest następująca: nie będąc złodziejem i pracując na jednym pełnym etacie lekarskim NIE MOGĘ ŻYĆ W POLSCE. Zanim jednak wyjadę, proszę o informacje o ogólnym programie Związku: jaką strategię przyjął - czekamy i płaczemy - jak to robi większość, czy konkretnie walczymy, łącznie z wyjazdem do Warszawy i posiedzeniem troszkę przed ministerstwem, żeby pokazać ludziom rzeczywistość, o której nie mają pojęcia. Mój pomysł to akcja LEKARZ ŻEBRAK dla mediów nielekarskich (narzekanie w "Gazecie Lekarskiej" i naszych biuletynach jest bez sensu, bo wszystko zamyka się w naszym gronie, a średni Polak wie jedno: biorą i skóry sprzedają i jakimi autami jeżdżą! Konieczne jest pokazanie, że nie można żyć z takich pensji. Że jesteśmy zmuszani do wielogodzinnej pracy, że na unijne przepisy o czasie pracy nasi pracodawcy już mają sposób, a my znów jesteśmy na niekończącym się dyżurze, że nie wszyscy kradniemy i sprzedajemy L4, skóry i zaświadczenia rentowe. Że wielu z nas najchętniej by się powiesiło, bo stoi przed nami wybór: kradniesz, harujesz, lub zdychasz. Konieczny jest krzyk, a nie pisma! Co o tym myślicie? Pozdrawiam. R.S." Trudno się z R.S. nie zgodzić. I trudno nie zrozumieć jego desperacji. Jednak opisywanie nędznej rzeczywistości i biadolenie nad nią nic nie da, tak samo zresztą jak i zamieszczanie artykułów na ten temat w hermetycznej z natury rzeczy prasie branżowej. A naciski samorządu lekarskiego, Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, i innych organizacji medycznych, nie robią na politykach żadnego wrażenia. Są wszakże sposoby, aby coś zmienić w tym zakresie, pod warunkiem jednak, że zastosowane one zostaną w sposób powszechny. Np. OZZL z chęcią ogłosi i zorganizuje kolejną ogólnopolską akcję protestacyjną. Pod warunkiem jednak znalezienia szerokiego i aktywnego poparcia dla takiej idei. Bo czym innym jest czcze kwękanie w dyżurce, a czym innym stawienie problemowi czoła z otwartą przyłbicą. Innym pomysłem jest energiczne zachęcanie lekarzy do wyjazdu za granicę, a nawet pomaganie im w tym. Im więcej z nas wyjedzie, tym większy deficyt powstanie w Polsce. A wtedy muszą się pojawić bodźce materialne, motywujące fachowców do pozostania w kraju. Gdy się pojawią, wówczas ci, co wyjechali, będą mieli po co tu wrócić. Dlatego izby lekarskie, które nie są przecież agendami rządowymi, tylko reprezentantami interesów naszej korporacji, muszą chronić lekarski rynek pracy przed dywersantami z zewnątrz. Naszym interesem jest pogłębianie deficytu kadrowego. Izby nie mogą więc "na lewo i prawo" wydawać tanim obcokrajowcom zezwoleń na wykonywanie w Polsce zawodu lekarza, bo jest to wbrew interesom członków, płacących składki. Jeśli gdziekolwiek pojawiłaby się tendencja do zbytniej liberalizacji w tym zakresie, powinna zostać skwitowana przy najbliższych wyborach izbowych. Istotnym elementem w tej walce "o swoje" byłoby też stworzenie wreszcie skutecznego lobby, wpływającego na podejmowanie korzystnych dla naszego środowiska decyzji politycznych. A może i - co najważniejsze - musimy stanowczo żądać zreformowania systemu ochrony zdrowia w kierunku ubezpieczeniowo-rynkowym, z uwzględnieniem współpłacenia pacjenta, bo tylko taki model stwarza szanse na wytworzenie pewnych rezerw finansowych, pozwalających na podwyżki wynagrodzeń. W systemie budżetowym, jaki faktycznie obowiązuje obecnie lub w parabudżetowym (proponowanym przez PiS), nigdy z żadnych rezerw nie skorzystamy. Wybijmy to sobie z głowy, i to raz na zawsze. Bo nawet gdyby w budżecie pojawiły się cudem jakieś wolne środki, to sprzątną je nam sprzed nosa kolejarze, stoczniowcy, energetycy czy górnicy. Oni mają argumenty, których my nie mamy. Wśród naszych argumentów nie ma bowiem niestety kamieni, śrub i stylisk kilofów. A szkoda, bo tylko takie narzędzia są skuteczne, co udowodniła w końcówce lipca zadyma górników pod Sejmem RP. A nam nikt sam z siebie nic nie da. Albo wywalczymy coś sami, albo dalej będziemy pozwalać na cyniczne wykorzystywanie z powodu szanowanej przez większość z nas etyki oraz pod pretekstem pełnienia przez nas misji i powołania. Ryszard Kijak rys. Małgorzata Gnyś fot. Marek Stankiewicz Gazeta Lekarska 2005-09 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2007-04-04