|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2005 Gazety Lekarskiej Numer 2005-06 Kartki z Kroniki Izb Lekarskich (4) - Czy reakcjonista może być lekarzem?
Pytanie w tytule jest prowokacyjne, ale wcale nie oderwane od rzeczywistości dziesięciolecia 1945-1955, w którym się znajdujemy. Epitet "reakcjoniści" był wtedy często używany i nadużywany dla określenia ludzi, których poglądy i zachowania nie odpowiadały lansowanemu modelowi "kolektywu zaangażowanego społecznie". Lekarzy-reakcjonistów poznamy na kilku przykładach dokumentalnych i jednym literackim na przestrzeni lat 1946-1955.Przykład pierwszy: dramatyczny - z maja 1946 r. 12 maja 1946 r. odbyła się w Naczelnej Izbie Lekarskiej pod przewodnictwem prof. Mieczysława Michałowicza, prezesa NIL, narada, w czasie której Marian Ciećkiewicz z OIL w Krakowie przytoczył pisma i dokumenty dotyczące aresztowania lekarza z Limanowej. Aresztowanie, jak wynikało z relacji, miało podłoże polityczne i było szykaną za pomoc medyczną świadczoną członkom partyzanckiego podziemia. Zgromadzeni, którzy potwierdzili powszechność podobnych praktyk Urzędu Bezpieczeństwa, zobowiązali NIL do interwencji w sprawie zwolnienia aresztowanego lekarza z Limanowej, a także podjęcia problemu wkraczania polityki na teren zastrzeżony dla lekarzy przez Kodeks Etyki Lekarskiej. Prezes NIL Mieczysław Michałowicz pisze w piśmie do ministra zdrowia: "Zachodzą liczne wypadki aresztowań lekarzy z powodu niezachowania przez nich bliżej im nieznanych formalności w wypadkach udzielania przez nich pomocy lekarskiej osobom rannym. Władze dokonujące tych aresztowań nie powołują się przy tym na żadne przepisy prawne, a lekarzom przepisy takie nie są znane w naszym ustawodawstwie. Powyższe zagadnienie obejmuje również kwestię odpowiedzialności dyżurnych lekarzy szpitalnych za ucieczkę aresztantów ze szpitali. Tworzenie takiej odpowiedzialności Naczelna Izba Lekarska uważa za chęć pokrycia własnej winy przez organa bezpieczeństwa w wypadkach ich niedbalstwa." Pismo, kończące się pytaniem o podstawę prawną aresztowań, pozostawało bez odpowiedzi do 24 lutego 1947 r. Z tego dnia datowana jest odpowiedź podpisana przez dyrektora Grynberga, znanego nam z pierwszego odcinka "Kartek". "Ministerstwo Zdrowia wyjaśnia, że w sprawie zawiadomienia o popełnionych przestępstwach obowiązuje art. 242 Kodeksu Postępowania Karnego, a mianowicie, że każdy ma prawo, a każdy urząd w zakresie swego działania obowiązek, dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, zawiadomić o tym prokuratora, milicję, wójta lub sołtysa. W myśl powyższego przepisu, jeżeli lekarz urzędowy w swej działalności stwierdzi u pacjenta rany postrzałowe, winien zawiadomić o tym prokuratora, milicję, wójta lub sołtysa, chyba że ma pewność, iż rany nie pochodzą z przestępstwa, albo też pochodzą z przestępstwa ściganego z oskarżenia prywatnego." Naczelna Izba Lekarska nie odniosła się do tego pisma, podając je jedynie do publicznej wiadomości. Zapis Kodeksu Postępowania Karnego, identyczny do obowiązującego współcześnie, kłócił się z obowiązkiem przestrzegania tajemnicy lekarskiej, zawartym w Kodeksie Etyki Lekarskiej. Widocznie nie pora była wówczas na wszczynanie dyskusji o wyższości lekarskich norm etycznych nad kodeksami karnymi. Dopiero współcześnie zetknąłem się z interpretacją prawną, która zwalnia lekarza, właśnie ze względu na etyczny obowiązek zachowania tajemnicy, od ujawniania pomocy świadczonej domniemanym przestępcom. Przykład drugi: politrukowsko-publicystyczny - z marca 1953 r. W tygodniku "Służba Zdrowia" z marca 1953 r. znajduje się tekst referatu dyrektora Departamentu w Ministerstwie Zdrowia Bronowitzer, zatytułowany "Czy lekarz może być apolityczny?" Apolityczny to wprawdzie nie to samo co reakcjonista, ale wówczas te dwa pojęcia występowały blisko siebie. Politycy małego formatu, a takich była większość, wyznawali zasadę, że "kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam". Człowiek, lekarz stojący z boku, stroniący od polityki, nie uczestniczący w masówkach, nie zabierający głosu, np. w obronie pokoju lub przodującej teorii radzieckiego fizjologa Iwana Pawłowa dla rozwoju całej medycyny - był traktowany podejrzliwie. - Taki skryty, nieskory do wypowiedzi... być może reakcjonista? W referacie jest też zdefiniowany pozytywny model współczesnego lekarza. "Lekarz Polski Ludowej - to troskliwy opiekun zdrowia najszerszych mas ludności pracującej, z całą polityczną jasnością rozumiejący, że jego zadaniem jest zabezpieczenie od strony ochrony zdrowia mas pracujących, realizacji wielkiego naszego 6-letniego Planu, planu budowy podstaw socjalizmu. Postępowy lekarz doby dzisiejszej, to lekarz doceniający i rozumiejący wielkość swej roli i odpowiedzialności wobec swego narodu, to człowiek - usilnie swą zawodową wiedzą i pracą wspomagający wielkie dzieło rozbudowy naszego aparatu gospodarczego." Można by w nieskończoność cytować tę "nowomowę", w której - po wyciśnięciu wody - niewiele pozostawało treści. To jednak, co zostawało, to przekonanie, że lekarz nie jest powołany do leczenia ludzi, ale do zabezpieczania ich w kondycji umożliwiającej wykonanie planu 6-letniego, czyli do doglądania medycznego "roboli", będących współczesną odmianą niewolników. Przykład trzeci: groteskowy - z października 1953 r. Inspektor z Ministerstwa Zdrowia napisał protokół po kontroli w Wojewódzkim Wydziale Zdrowia w Łodzi. Przytoczył bulwersującą sprawę robotnicy z Zakładów Przemysłu Wełnianego im. Władysława Reymonta, której maszyna obcięła kciuk. Pielęgniarka z zakładowej przychodni opatrzyła jej ranę i wysłała do pogotowia. W pogotowiu ratunkowym, jak zeznawała poszkodowana, byli trzej lekarze, ale jej nie przyjęli. Udała się do pobliskiego szpitala (prywatnego) Świętej Rodziny, w którym nie było chirurga. Pomocy udzielono jej dopiero w Okręgowym Szpitalu Wojskowym. Inspektor przytacza skargę, jaką tzw. czynniki zakładowe (przewodniczący Rady Zakładowej, przewodnicząca koła PCK, kierownik ambulatorium i dyrektor zakładów) napisały do Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. "Na naszych zakładach powstało wielkie oburzenie, a odgłosy mas odbiły się ujemnie na organizacji PCK. Mówiono, że lekarze, być może reakcjoniści, nie udzielają robotnikom produkcyjnym pomocy w nagłych wypadkach." W czasie, kiedy inspektor przebywał w Łodzi, sprawa była już wyjaśniona. Trzej lekarze w pogotowiu okazali się stażystami z Wojskowej Akademii Medycznej. Podejrzenie, że są reakcjonistami było bezsensowne, bo na wojskowe studia medyczne starannie selekcjonowano kandydatów. Nie było więc żadnych podstaw, aby inspektor opisywał ją w protokole. Mało tego - opatrzył ją jeszcze komentarzem: "Sprawa jest przykładem bezdusznego i biurokratycznego załatwiania skargi zbiorowej o wyraźnym akcencie klasowym i politycznym." Musi zdumiewać ten komentarz o "wyraźnym akcencie klasowym i politycznym." Skoro sprawa była wyjaśniona, a studenci WAM nie kwalifikowali się do kategorii reakcjonistów, to po co było powielać epitety. Odpowiedź może być jedna - to ówczesne przyzwolenie na szkalowanie lekarzy sprawiało, że "czynniki" wpisywały w skargę absurdalny zarzut, a inspektor z Ministerstwa Zdrowia go przepisywał. Traktowanie lekarzy jako obcych klasowo było częścią atmosfery tamtych czasów i należało do konwencji pisania skarg. Zarzut reakcyjności wzmacniał ich ciężar gatunkowy. Przykład czwarty: literacki - szlachetny - z września 1955 r. Z recenzji teatralnej zamieszczonej w "Służbie Zdrowia": "Ostatnio Teatr Narodowy w Warszawie wystawił nową sztukę Jerzego Lutowskiego "Ostry dyżur", w której autor odważnie sięgnął do nader aktualnego tematu - stosunku do człowieka z tzw. plamami na przeszłości." Jerzy Lutowski, lekarz z wykształcenia i pierwszej profesji, z drugiej profesji dramaturg, a w późniejszych latach scenarzysta filmowy (m.in. autor scenariusza do "Pana Wołodyjowskiego" w reżyserii Jerzego Hoffmana) wystąpił w "Ostrym dyżurze" w obronie godności lekarzy i prawa do sprawiedliwego osądu życiorysów swojego, AK-owskiego pokolenia. Do tej podwójnej roli predestynował go własny życiorys. Był żołnierzem AK, walczył w Powstaniu Warszawskim, po wojnie został lekarzem, umiał pisać mądrze i szlachetnie, jak rzadko kto w tym czasie. Oto omówienie sztuki Jerzego Lutowskiego w cytowanej recenzji. "Gdzieś na prowincji w małomiasteczkowym szpitalu pracuje młody chirurg dr Osiński - dobry fachowiec, zamiłowany lekarz, znajdujący prawdziwe zadowolenie w swojej społecznej działalności na wsi. Nagle - kiedy chce właśnie przystąpić do operowania pacjenta - spada na niego cios. Kierownik miejscowego urzędu bezpieczeństwa nie pozwala Osińskiemu na przeprowadzenie operacji i poleca sprowadzić innego lekarza z odległej miejscowości. Następuje dramatyczne spięcie. Z jednej strony chorego trzeba natychmiast operować w obawie perforacji wyrostka, z drugiej zaś - przedstawiciel władz bezpieczeństwa ma zastrzeżenia co do oddania pacjenta pod nóż Osińskiemu. Pacjentem jest bowiem wybitny towarzysz partyjny, a na Osińskim ciąży przeszłość. Osiński współdziałał z bandami leśnymi i odsiedział za to dwa lata w więzieniu. "Takiemu człowiekowi nie można powierzyć życia naszego towarzysza" - mówi Wielgosz - kierownik powiatowego UB." Sprawa znalazła, jak można się domyślać, pomyślny finał. Recenzja komentuje: "Autor potrafił wyminąć rafy i stworzył rzecz mądrą, pełną głębokich akcentów zarówno ogólnoludzkich, jak i lekarsko-zawodowych. Napiętnował bezmyślne okrucieństwo nadgorliwców, głupotę fanatyków, pokazał właściwy stosunek do człowieka, prawdziwe stanowisko partii, rozprawił się wreszcie z problemem tzw. plam ankietowych." Te problemy lekarsko-zawodowe, na które zwraca uwagę recenzja, to odwieczna sprawa etyki lekarskiej, która góruje nad podziałami politycznymi i sprawia, że lekarz - niezależnie od życiorysu i od sympatii politycznych - jest lekarzem, i czyni swoją powinność zgodnie z wymogami etyki wyrosłej z przysięgi Hipokratesa. W "Ostrym dyżurze" nie pada wprawdzie słowo-epitet "reakcjonista", ale przecież Osiński jest wypisz wymaluj nośnikiem tych cech, za które propaganda końca lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych atakowała lekarzy: AK-owska przeszłość, konflikt z władzą reprezentowaną przez UB (jak aresztowany lekarz z Limanowej w przykładzie pierwszym), nie przystający do wizerunku lekarza Polski Ludowej (z przykładu drugiego), żyjącego w otoczeniu, w którym słowo "reakcjonista" wisiało w powietrzu (jak w przykładzie trzecim). Przekonanie o wyższości etyki lekarskiej nad racjami politycznymi, ekonomicznymi i prawnymi z trudem przebijało się od dziesięcioleci przez opinię o lekarzach, a także opinię lekarzy samych o sobie. Towarzyszyło kolejnym zjazdom lekarskim, począwszy od Nadzwyczajnego II KZL w roku 1992 w Bielsku-Białej. Teraz czeka na swojego Jerzego Lutowskiego, który umiałby ją równie mądrze, ale w dzisiejszych realiach wyrazić. Zygmunt Wiśniewski Gazeta Lekarska 2005-06 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2007-04-04