Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2005 Gazety Lekarskiej  Numer 2005-06  Moje spotkania z Ojcem Świętym Janem Pawłem II 

W tych bolesnych dniach, kiedy cały świat żegna się z największym człowiekiem naszych czasów, próbuję podzielić się z Kolegami wspomnieniami z moich spotkań z Nim. To wielkie szczęście, że było mi dane znać Ojca Świętego od Jego młodości a mojego dzieciństwa, patrzeć, słuchać, czytać, obserwować, być świadkiem Jego świętości i genialności, a także cieszyć się tym, że mnie pamiętał po kilkudziesięciu latach od ostatniego spotkania i obdarzał życzliwością bardziej zindywidualizowaną niż wszechogarniająca chrześcijańska miłość bliźniego. Staram się pisać o Nim możliwie bezstronnie, trudno jednak uniknąć subiektywizmu ocen przeżywając tak wielki i tak utrwalony podziw, odczuwając tak dominujący ból utraty i oddając hołd Świętemu Człowiekowi, najważniejszemu spośród ludzi (po Matce) w moim życiu.

Byłem w latach 1948-1952 ministrantem przy kościele św. Floriana w Krakowie. W marcu 1949 r. ksiądz Karol Wojtyła został przeniesiony z Niegowici do parafii św. Floriana i był tu wikariuszem do 1951 r. Opiekował się ministrantami. Z protokołów zebrań grupy ministrantów prowadzonej przez moją Mamę: 25 XI 1949 - ksiądz doktor Wojtyła był na zebraniu grupy ministrantów; 3 XI 1950 ministranci składali księdzu Wojtyle życzenia imieninowe - "zachęcał, abyśmy razem z nim w dalszym ciągu pracowali w naszej rodzinie ministranckiej". Pamiętam, że służyłem do odprawianych przez Niego Mszy świętych, słuchałem kazań, uczestniczyłem w rekolekcjach (utkwiły mi w pamięci informacje o psychoanalizie), dniach skupienia, misteriach i wycieczkach, które organizował (np. w zimie z nartami w Kościelisku). Uczył nas śpiewów gregoriańskich i "Bogurodzicy", którą to pieśń uważał za szczególnie ważną. 2 IX 1951 wpisał się do mojego pamiętnika: "ludzie dorastają i starzeją się, ale wobec Pana Boga zostają dziećmi zawsze. I o to właśnie chodzi, aby nimi zostali".
*
Był taki okres - w latach pięćdziesiątych - kiedy ksiądz Karol Wojtyła mieszkał przy ul. Kanoniczej, a Msze odprawiał w Bazylice Mariackiej. Przechodził wtedy zwykle ulicą Stolarską, gdzie jest mieszkanie mojej rodziny i kilka razy nas odwiedził. Do mojej siostry Ewy mówił "Marysiu", a gdy protestowała żartował, że wszystkie dziewczynki są dla niego Marysie.
*
W 1956 r. wszedłem do grupy młodzieży akademickiej skupionej wokół księdza Karola Wojtyły. Wszyscy nazywaliśmy Go Wujkiem, i to nie tylko w czasie wycieczek górskich czy kajakowych, kiedy miało to stanowić - dość naiwny, ale skuteczny - kamuflaż, jako że praca duszpasterska z młodzieżą poza terenem kościoła była przez władze komunistyczne źle widziana, czy wręcz zakazana. Był Wujkiem i Wujkiem dla nas pozostał, serdecznie przez nas wszystkich kochany. Największa z wycieczek z Wujkiem, w których uczestniczyłem, to wyprawa w Bieszczady od 3 do 12 VIII 1956 r. Szliśmy - paręnaście osób - przede wszystkim poza szlakiem turystycznym (był wtedy tylko jeden szlak oznakowany), posługując się przedwojennymi mapami. Biwaki były rozbijane w przygodnych miejscach, a prawie wszystko trzeba było nieść w plecaku, który ważył do 20 kg, bo sklepów było bardzo mało i niewiele można było w nich kupić. Była to prawdziwa tradycyjna turystyka, a Bieszczady były jeszcze dzikie i całymi dniami nie spotykało się na trasie nikogo. Wyraźne były jeszcze ślady dawnych łemkowskich wiosek zniszczonych podczas haniebnej akcji "Wisła" w 1947-48 r.; pozostało niewiele cerkiewek i kapliczek; trzeba było uważać, żeby nie wpaść do zarośniętej maliniakiem studni. Jeden z kolegów (wódz wyprawy Janusz Rieger) niósł polowy ołtarzyk i liturgiczne paramenty, gdyż codziennie odprawiana była Msza święta, do której służyliśmy na zmianę. Niezapomniana była zwłaszcza Msza pod szczytem Połoniny Caryńskiej o wschodzie słońca, a także w schronisku turystycznym utworzonym wówczas na terenie byłej strażnicy WOP w Ustrzykach Górnych. Ołtarz był budowany z plecaków i przykrywany kocem. Odmawiano także codziennie w południe Anioł Pański, ale w tych modlitwach nie było niczego sztucznego ani nachalnego. Atmosfera była bardzo pogodna, odświętna, wręcz radosna. Śpiewaliśmy przy ognisku piosenki harcerskie, patriotyczne i ludowe, a zawsze wieczorem "Wszystkie nasze dzienne sprawy" i "Idzie noc". Opowiadano dowcipy, były konkursy na najlepszą wypowiedź, np. na temat piosenki "Cztery córy miał tata" (Wujek - nawiązując do słów "niech go sama zdobędzie" - mówił, że drugiego człowieka trzeba zdobywać i że tylko człowiek może zdobyć człowieka). Były minihomilie Wujka i prowokowane przeważnie przez Niego dyskusje na poważne tematy, zwykle w żartobliwym tonie. Pamiętam, że kiedyś - pytany o to przeze mnie - palnął mi wykład o egzystencjalizmie. W tej grupie młodzieży akademickiej utrzymywane były kontakty towarzyskie. Spotykaliśmy się przy różnych - niekoniecznie turystycznych - okazjach, nawiązywały się przyjaźnie i miłości.
*
Z notatki w 1957 r.: dlaczego Wujek tak o nas (o mnie) dobrze mówi, tak pozytywnie ocenia, znacznie powyżej rzeczywistej (wg mojej opinii) wartości? - A była to, jak obecnie sądzę, Wojtyłowa metoda wychowawcza: nie oceniać negatywnie, poprzez pozytywną ocenę "na wyrost" stawia się wymagania, uruchamia mechanizmy doskonalenia się, pobudza wolę, żeby podciągnąć się, dorównać, sprostać...
*
4-18 VIII 1958 r., wycieczka kajakowa na Mazurach, spływ Łyną z długą "przenoską" omijającą jezioro "rządowe" Łańsko. Wujek musiał nas wtedy na parę dni opuścić, gdyż Prymas wezwał go, by go mianować krakowskim biskupem pomocniczym. Kajak Wujka - składak o imieniu Eutrapelia (ciekawe, czy ktoś potrafi to imię rozszyfrować) - był sterowany przez różnych kolegów, na zmianę. Wujek zajmował zawsze przednie miejsce, główny zaś napęd i sterowanie należało do zajmującego tylne siedzenie. Płynąłem z Wujkiem chyba tylko jeden dzień, jedną też tylko noc spałem w tym samym co Wujek namiocie. Chodziło chyba o to, by nikt nie czuł się szczególnie wyróżniony, acz w kontaktach z Wujkiem każdy czuł się szczególnie zauważonym i wyróżnionym... Zadawałem wtedy Wujkowi bardzo przemądrzałe pytania, o etykę Kanta, o filozofię Bergsona. Odpowiadał zawsze, nie dając odczuć jaka przepaść dzieli wykształconego etyka-filozofa i teologa od wymądrzającego się szczeniaka.
*
Inaczej - choć też bez lekceważenia - potraktował kiedyś Leszka Kołakowskiego, wówczas teoretyka marksizmu, który poprosił o rozmowę na tematy światopoglądowe księdza biskupa Wojtyłę po jakimś nabożeństwie, w zakrystii Katedry Wawelskiej. Wujek zapytał go, czy czytał to i tamto i jeszcze coś, zadał mu lekturę i zapewnił, że porozmawia z nim chętnie, kiedy te zaległości uzupełni. Swoją drogą Leszek Kołakowski pokazał już wówczas, że myśli i że szuka prawdy. Ciekawe, jaką rolę w jego ewolucji intelektualnej - do postawy krytyka marksizmu i wybitnego filozofa niezależnego - odegrał Karol Wojtyła.
*
Urządziliśmy kiedyś Mikołaja i ja miałem pecha, bo wylosowałem Wujka. Prezent mikołajkowy był oczywiście anonimowy; były to cukierki w plastikowym naczyńku na kształt nocniczka, rysunek i wierszyk, którego nie pomnę, a który miał być dowcipny. Nie pamiętam, by ten mój wyczyn był jakimś oszałamiającym sukcesem... Kiedy indziej spotkałem się z nieoczekiwanie gwałtowną reakcją Wujka (był autentycznie zagniewany), kiedyś ktoś przy jakiejś okazji podarował Mu "Dialektykę przyrody" Engelsa. Powiedział, że to zła, brudna książka, co miało znaczyć, iż sądzi, że autor pisał nieprawdę wiedząc, że to nieprawda, uzasadniając w ten przewrotny sposób swoje twierdzenie.
*
Konklawe 16 X 1978 r. - Zaskoczenie, zdumienie i radość, aż w gardle ściska. Wujek Ojcem Świętym, Wujek Święty...
*
Zamach 13 V 1981 r. - Ból, smutek i nocne modlitwy w Bazylice Katedralnej prowadzone przez ówczesnego proboszcza, a późniejszego świątobliwego biskupa Mieczysława Jaworskiego.
*
W marcu 1996 r. wysłałem list do Ojca Świętego z prośbą o audiencję w połowie lipca. Przypomniałem, że czterdzieści lat minęło od naszej wędrówki po Bieszczadach. Załączyłem powiększone zdjęcie wykonane na szczycie Smereka. Opisałem swoją sytuację rodzinną i zawodową. Poprosiłem o błogosławieństwo dla swojej rodziny i dla naszej pracy. Podkreśliłem głęboki szacunek "dla świętego posłannictwa i najwyższej godności", ale i to, że Ojciec Święty jest milionom ludzi tak bliski i tak bardzo przez nich kochany. Otrzymałem odpowiedź wraz z błogosławieństwem i życzeniami wielkanocnymi. Dowiedziałem się, że w czasie, kiedy planowałem wraz z żoną pobyt w Rzymie, Ojca Świętego tam nie będzie. Zmieniliśmy plany, pojechaliśmy do Włoch później. Opiekun pielgrzymów z Polski ojciec Hejmo nie mógł uwierzyć, że dostałem kartkę od Ojca Świętego ("Ojciec Święty do nikogo nie pisze"), po przeczytaniu jej jednak umożliwił nam udział w audiencji generalnej 24 lipca. Audiencja - tylko dla 4500 Polaków, pierwsza po urlopie Papieża - odbyła się w Bazylice św. Piotra. Byłem z żoną szczególnie uprzywilejowany, gdyż staliśmy w pierwszym rzędzie, tuż za barierką. Kiedy Ojciec Święty przechodził wzdłuż barierki żona pokazała mu zdjęcie (to, które wysłaliśmy w marcu) i powiedziała, że to ja jestem ten Włodek... Ojciec Święty zatrzymał się na trochę dłużej, pytał gdzie mieszkamy, zapytał o moją Mamę i powiedział, żebyśmy przyjechali w sobotę do Castel Gandolfo.
Przedłużyliśmy nasz pobyt w Rzymie o tych parę dni i 27 VII uczestniczyliśmy w Mszy świętej odprawianej na dziedzińcu pałacu papieskiego. Po Mszy Ojciec Święty podchodził po kolei do grupek pielgrzymów (ok. 200 Polaków). Kiedy poszedł do naszej grupki, powiedział: "Włodziu, lata swoje robią", był bardzo serdeczny, rozmawiał chwilę z moją żoną i ze mną, pytał o moją siostrę i brata. Na świadkach sprawiało to wrażenie rozmowy w rodzinie i pytali nas, czy nie jesteśmy z rodziny Ojca Świętego. Jakiś poznaniak miał kamerę, nagrywał całe spotkanie z Ojcem Świętym, a potem wywiad ze mną, obiecywał, że prześle kasetę, ale na obietnicy się skończyło...
*
Audiencje generalne podczas pielgrzymek/wycieczek w 1999 i 2000 r. Nieudana - z mojego punktu widzenia - wizyta Naczelnej Rady Lekarskiej u Ojca Świętego 17-19 XI 1999 r. Nie udało się organizatorom uzyskać zgody na spotkanie z Papieżem wszystkich Kolegów i tylko nieliczni mogli zamienić z nim kilka słów i wręczyć egzemplarz Kodeksu Etyki Lekarskiej
*
Mam nadzieję, że te moje nazbyt chyba osobiste wspomnienia ukazują Ojca Świętego jako bardzo mądrego i dobrego, bliskiego, serdecznego i kochanego, zwyczajnego i niezwykłego Chrystusowego Człowieka.

Włodzimierz Gajewski

9 kwietnia 2005 r.

"Eskulap Świętokrzyski", 05/2005

Audiencja w Bazylice św. Piotra 24 VII 1996 r.
Ojciec Święty patrzy na zdjęcie, które pokazuje Mu żona autora


Gazeta Lekarska 2005-06 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04