Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2004 Gazety Lekarskiej  Numer 2004-10  O znachorstwie i medycynie raz jeszcze - Ścinać, czy nie ścinać? 

Redakcja "Gazety Lekarskiej" co prawda dawno zakończyła wymianę listów w sprawie artykułu prof. Andrzeja Gregosiewicza "Bioenergogłupota w natarciu" ("GL" nr 4/2002), potępiającego znachorstwo, jednak myślę, że warto o tym zagadnieniu mówić i pisać częściej niż w minionych latach.

Nie jest to problem okazjonalny, ale wręcz doktrynalny. Jak łatwo zauważyć, ludzie spierający się o istotę medycyny i znachorstwa zbyt chętnie przyjmują postawę wiernych wyimaginowanego Kościoła, a sprawę, której bronią, traktują jak religię. Taki stosunek do wszelkich dyskusji trzeba a priori odrzucać, a dyskutantów tego rodzaju traktować jak pieniaczy.
Sytuację komplikuje fakt, że zbyt często są oni osobiście zainteresowani w obronie doktryny i nie umieją się wyzwolić z okowów interesu własnego. Dotyczy to zarówno lekarzy, jak i nielekarzy, zwolenników medycyny naukowej i propagatorów medycyny alternatywnej, a także tych, którzy łączą w sobie kilka sposobów myślenia o tym samym i nie umieją ich uporządkować.
Dopóki czynniki nieobiektywne będą wpływać na rodzaj argumentacji i na dobór argumentów, nie ma mowy o spokojnym poszukiwaniu prawdy, bo emocje będą brały górę nad rozumem.

Trzy słabości medycyny
Jest oczywiste, że medycyna nigdy nie miała i nie będzie miała funkcji boskich. Nie będzie w stanie przedłużać życia w nieskończoność ani idealnie leczyć chorób. Można przypuszczać, że sam Pan Bóg tego nie chce, ina­czej pewnie by pozwolił na zablokowanie cierpienia i śmierci. To pierwsza słabość medycyny.
Medycyna nie jest też w takim stopniu nauką, jak się jej przypisuje. W przeciwieństwie do nauk ścisłych, posługuje się metodami, których jako w pełni naukowe nigdy nie zaakceptują filozofowie, logicy, matematycy, chemicy, fizycy. Podstawowym kryterium prawdy w medycynie naukowej jest bowiem statystyka, a ta - jak wiadomo - nie jest uprawniona do jednoznacznego opisywania świata.
Gdybyśmy na przykład chcieli naprawdę rzetelnie ocenić działanie jakiegoś leku, to musielibyśmy porównać jego działanie z innym lekiem u tego samego chorego w tym samym czasie. Tylko jak to zrobić? Statystyka nas zawodzi.
Codziennie czytamy w prasie lekarskiej krańcowo nowe rewelacje w tych samych sprawach. W działaniu takie dane naukowe muszą być wspierane przez doświadczenie lekarskie (nazwijmy je prywatną statystyką określonego lekarza) i intuicję, a więc nieuświadomiony sposób uśredniania i dopasowywania faktów zapamiętanych i faktów obecnych. Skutek jest taki, że z konieczności do określenia medycyny praktycznej stosujemy mgliste pojęcie sztuki. Doprawdy nie wiemy, co to jest - rodzaj estetyki, sposób zgadywania, twórczość taka jak u kompozytora czy odtwórczość taka jak u pianisty? To druga słabość medycyny.
Trzecią słabością medycyny są ludzie, czyli lekarze, którzy różnią się wiedzą, talentem, obowiązkowością; którzy jednego dnia są sprawniejsi, innego mniej sprawni. Ich niedociągnięcia czy błędy są zawsze tak widoczne, że sami nieraz bezradnie rozkładają ręce.
Prawdy i nieprawdy
Te trzy słabości łatwo atakować, i to z wielu pozycji, jak wszystko, co dotyczy działalności ludzkiej. Niedoskonałość medycyny naukowej wywołuje niepokój tych, którzy niewiele z niej korzystają, nieuleczalnie chorych albo zagrożonych chorobą, z którą medycyna nie potrafi sobie poradzić. Niepokój każe doszukiwać się w medycynie również takich wad, których w rzeczywistości nie ma.
Na przykład powoduje wprowadzanie poglądu, że tak zwana chemia zatruwa człowieka, a nie leczy. Pogląd nie do końca uprawniony, bo w medycynie jest mniej chemii, niż się powszechnie sądzi. Zielarze, których nie należy mylić z homeopatami, nie zauważają albo nie chcą zauważać, że medycyna wciąż posługuje się ogromną liczbą leków pochodzenia roślinnego.
Inny pogląd mówi, że każde działanie lekarskie jest nienaturalne, bo agresywnie ingeruje w ciało i jego czynności, nie pozwalając organizmowi leczyć się samoistnie, tak jak tego chciał Hipokrates, kiedy formułował zasadę primum non nocere (po pierwsze nie przeszkadzać - organizmowi w samoleczeniu). A przecież na przykład podanie antybiotyku nie leczy bezpośrednio, tylko właśnie stwarza układowi immunologicznemu korzystne warunki do zwalczenia infekcji.
Jeszcze inny zarzut powiada, że medycyna odrzuca wszystko, co niewyjaśnione w laboratorium. To także nieprawda, bo jak się wyżej rzekło, większość działań medycyny jest oparta na obserwacjach właśnie niewyjaśnionych albo co najwyżej potwierdzonych przez ułomną statystykę.
Słowem, zarzuca się medycynie naukowej to, co jest oczywiste; garbatemu mówi się, że jest garbaty; a z drugiej strony dopisuje się jej niedomagania, na które wcale nie cierpi; garbatemu mówi się, że z powodu garbu jest głupi.

Nie odrzucajmy
Ponieważ niedoskonałość medycyny jest faktem, staje się zrozumiałe, że człowiek z konieczności poszukuje wszystkiego, co mogłoby tę niedoskonałość zredukować. Lekarze naukowcy działają w obrębie zasad, które uważają za słuszne i nazywają je nauką, inni działają intuicyjnie, że nie powiem na ślepo, biorąc pod uwagę wszystko, co im się pod rękę nawinie. Nikt nie zaprzeczy, że spektrum tych poszukiwań jest niezwykle szerokie.
Nic w tym dziwnego, można nawet powiedzieć, że dobrze, iż się tak dzieje. Ludwik Pasteur, który nie był przecież lekarzem, był zwalczany jako twórca bakteryjnej teorii chorób zakaźnych właśnie przez lekarzy, i to najwybitniejszych, Helmholtza, Virchowa. Wyobraźnia tego badacza wydawała się w XIX w. sięgać w rejony naprawdę bliskie zjawiskom nadprzyrodzonym.
Dzisiejsi poszukiwacze nowych teorii patogenezy i terapii chcą wierzyć, że obracają się właśnie w takich rejonach: oto wiemy, że istnieją nieznane siły, chcemy je odkryć i nazwać, ale zanim to nastąpi, chcielibyśmy je już teraz wykorzystać. Dlaczego nie, skoro nadarza się okazja?
Skoro są ludzie wyposażeni w moc uzdrowicielską, skoro tyle się mówi o zbawiennym wpływie homeopatii? Czy to, że nie umiemy nazwać tych sił ani udowodnić statystycznie ich skuteczności, ma być powodem odrzucenia ich w całości? Oczywiście nie. Żaden zdrowo myślący człowiek nie powinien tego robić.
Kłopot zaczyna się w chwili, kiedy w centrum dyskusji emocje podsuwają nieuczciwe argumenty. Padają z obu stron.

Nieuczciwe argumenty
Jedni, powiedzmy lekarze, odrzucają istnienie sił, których nikt nie poznał. Na przykład mówią, że kanały akupunkturowe nie istnieją.
Owszem, prawdopodobnie nie istnieją, ale można bez większego błędu w rozumowaniu przyjąć, że to, co nazywamy kanałami, punktami itd., jest wyobraźniowym odpowiednikiem nieznanego. Jest faktem, że akupunktura w pewnym zakresie działa, a w pewnych stanach chorobowych jest o wiele skuteczniejsza niż placebo.
Znacznie gorzej broni się homeopatia czy bioenergoterapia, ale także za nimi stoją jakieś argumenty, których lekceważyć się nie da, choćby często podnoszony aspekt wsparcia psychicznego, które samo w sobie ma moc uzdrawiającą.
Dla lekarza jest to kwestia wyboru: stosuję metodę albo jej nie stosuję. Ale jeśli mam zastosować, to chciałbym umieć to uzasadnić.
Nielekarz, zwolennik metod zwanych niekonwencjonalnymi wyboru nie ma. Nie może stosować metod opracowanych przez medycynę zwaną naukową. To duży problem, bo do stosowania metod nielekarskich niestety konieczna jest wiedza i technika biomedyczna, potrzebne są uprawnienia. Stosuje więc swoje sposoby po swojemu, z natury rzeczy wąsko i po omacku. Nie dysponuje narzędziami, które pozwoliłyby wesprzeć działanie teorią.
Lekarze chętnie wyzyskują ten konflikt, podkreślając z pychą, że tylko oni umieją rozpoznawać choroby i tylko oni wiedzą, jak sobie dawać radę w ekstremalnych sytuacjach zdrowotnych.
Pycha nie jest tu za wielkim słowem, bo trzeba pamiętać, w jak wielu przypadkach umiejętności lekarskie zawodzą i jak często trzeba z pokorą przyjmować porażki.
Drudzy, powiedzmy zwolennicy metod niekonwencjonalnych, czują się zwalczani, nierozumiani i ośmieszani, mimo że mają najczystsze intencje. Mówi im się, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Przyjmują więc postawę agresywną. Atakują, ale w gruncie rzeczy się bronią, i to rozpaczliwie. Chwilami sprawiają wrażenie zaślepionych, dlatego pewnie popełniają mnóstwo podstawowych błędów, dla każdego myślącego niewybaczalnych. Działają na szkodę idei, którą głoszą.
Przede wszystkim wysuwają łatwe do obalenia argumenty. Przedstawiają przypadki wyleczeń z chorób, których nie było, albo które były najpierw skutecznie leczone przez lekarzy, a następnie "dokończone" przez bioterapeutów. Nie prowadzą dokumentacji zjawisk. Nie opisują ich i nie ogłaszają. Kiedy pojawia się komisja naukowa, walczą z nią.
Demonstrują praktyki jako żywo magiczne albo iluzjonistyczne (np. bez­krwawe operacje na Filipinach), nadają temu wymiar sensacyjności, a to źle działa na racjonalne umysły współczesnych odbiorców. Stosują pojęcia i nazwy tak abstrakcyjne, ale sugestywne, że nie można się do nich odnieść rozumowo, zwłaszcza wszelkiego rodzaju uproszczenia i uogólnienia (np. "jest pan chory na nerki") albo określenia o zabarwieniu negatywnym ("medycyna konwencjonalna", "chemia"). Chętnie wiążą zbyt odległe fakty w związki przyczynowo-skutkowe.
Unikają argumentacji medycznej i pomijają milczeniem fakt, że postępowanie w większości technik niekonwencjonalnych jest oparte na podstawach opracowanych przez naukę (od anatomii człowieka poczynając).
Chcą przy tym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, w ten sposób sugerują, że medycyna naukowa jest z gruntu zła. Po drugie, odcinają się od niej, żeby się nie splamić takimi koneksjami. Wreszcie zajmują się tyloma rzeczami naraz, że dziś już trudno się rozeznać w liczbie metod niekonwencjonalnych.
Nie ma tu żadnej klasyfikacji ani hierarchii, wszystko wydaje się od Sasa do lasa, od telepatii przez pokaz telewizyjny czarowania wody mineralnej po świecowanie uszu. Jest tylko jedno lepiszcze tej bezładnej zbieraniny dziedzin: tajemniczość.

Szukają - nie znajdują
Ale co najważniejsze, ludzie ci metody niekonwencjonalne przeciwstawiają medycynie naukowej, nazywając je naturalnymi, tak jakby medycyna naukowa była w czymś nienaturalna. Są gotowi znaleźć tysiące dowodów na jej nienaturalność. Niestety nie znajdują, i to jest dostrzegalne.
Nie próbują łączyć medycyny alternatywnej z medycyną naukową, a jeśli już to robią, to zwykle dla świętego spokoju ("niech się lekarz wypowie, a dalej ja pokieruję jak należy"; "przecież ja zawsze odsyłam do lekarza na konsultację"). Nie sposób nie zauważyć, że to tym bardziej skłania sceptyków do wzruszania ramionami.
Czynnikiem, który wyraźnie osłabia powagę sprawy, jest źle pojęta bezkompromisowość. Ileż to razy rzeczowa krytyka jakiejś doktryny niekonwencjonalnej wywoływała masowe natarcie jej zwolenników, bicie na oślep, a nawet towarzyski ostracyzm! Sam tego doświadczyłem. W takich wypadkach osoby postronne zawsze zapytają: dlaczego? Co się za tym kryje? Dlaczego te reakcje są tak głośne i bezpardonowe? A może nie jest to tylko walka o ideę, o teraźniejszość i przyszłość ludzkości, ale o coś znacznie bardziej przyziemnego, a mianowicie o pieniądze?
Jeśli ktoś uczynił z medycyny niekonwencjonalnej swój zawód albo wspiera nią swoją działalność lekarską, to wobec niejasności zagadnienia na pewno będzie w tych dyskusjach podejrzewany o interes własny. Każdy spór o pryncypia przemieniony w awanturę przysparza zwolennikom medycyny niekonwencjonalnej nowych wrogów zarówno wśród lekarzy, jak i naukowców z innych dziedzin, a nawet szerokiej publiczności. Nie dziw, że potworzyły się obozy niczym twierdze, a podziały stają się coraz głębsze. To już nie te czasy, kiedy działał śp. Nardelli, a nielicznym bioterapeutom medycy przypatrywali się z zaciekawieniem. Zjawiskiem szczególnie niekorzystnym dla obrazu ludzi medycyny niekonwencjonalnej jest to, że bez owijania w bawełnę odrzucają przejmowanie nowych metod przez medycynę. Sprawiają wrażenie niesłychanie zazdrosnych o swoje sekrety i, jak można sądzić, oparte na nich osiągnięcia.

Nie znajdujemy panaceum
W najgorszej sytuacji znajdują się lekarze, którzy śledząc badania naukowe nad metodami niekonwencjonalnymi odrzucają to, co sensu nie ma, ale jednak przyjmują wszystko, co wartościowe i skuteczne, choćby były to tylko techniki psychoterapii i sugestii. To dzięki takim ludziom do medycyny naukowej przedarła się ongiś higiena, fizykoterapia, akupunktura, metodologia postępowania pooperacyjnego, rehabilitacja, ale także nawet wspomniana już bakteriologia.
Są to głównie lekarze starszego pokolenia, których stać na owocne uogólnienia. Oni wiedzą najlepiej, jak wiele i niewiele może medycyna, i jak wiele i niewiele można czerpać z okołomedycyny. Wiedzą przede wszystkim, że jak życie lekarskie długie, nie udało im się znaleźć jednej koncepcji lekarskiej odpowiedniej do wszystkiego.
Nie ma ani panaceum, ani uniwersalnej doktryny. Korzystają więc ze wszystkiego, co tylko może pomóc choremu, czerpią z różnych źródeł wiedzy (podkreślam: wiedzy) i praktyki. Ponieważ są to czasem sposoby ogólnie zaliczane do znachorskich, narażają się na krytykę. Krytykę tym boleśniejszą, że niesprawiedliwą.
Doskonalą swoją wiedzę naukową, ale dodają do niej doświadczenie i potwierdzalną obserwację. Znajdują się między Scyllą i Charybdą. Mimo że ich pozycja nie jest wygodna, nie ustępują, bo mają na względzie głównie skuteczność działania. Im właśnie trzeba się uważnie przyglądać i rozważać racje bez emocji.
Niech spory o nowe w medycynie nie przypominają problemu kołtuna: ścinać, czy nie ścinać. Naginanie prawdy do własnych interesów i ambicji zawsze kończy się katastrofą. Bo prawda nie leży ani na krańcach, ani całkiem pośrodku, a każdy problem lekarski przedstawia się inaczej.

Piotr Müldner-Nieckowski
Autor, dr n. med., jest specjalistą chorób wewnętrznych. Od ukończenia w 1970 r. AM w Warszawie czynnie uprawia zawód lekarza. Jest również pracownikiem naukowym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (polonistyka). Napisał 40 prac językoznawczych. Prowadzi Poradnik Językowy w Internecie.

Gazeta Lekarska 2004-10 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04