Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2004 Gazety Lekarskiej  Numer 2004-10  Dzicy prywatyzacji 

Datujący się od czasów Cesarstwa Rzymskiego termin "privatus" oznacza "oddzielony od państwa".

Rzymianie, po własnych bolesnych doświadczeniach, uznali, że jeżeli coś jest państwowe, to prawie na pewno jest nierentowne, zżarte korupcją, nieefektywne i marnotrawione. A zabranie tego czegoś spod państwowej kurateli czyli sprywatyzowanie nagle eksploduje efektywnością i rentownością; a i łapówek nie trzeba dawać na prawo i lewo, no bo komu je dawać: samemu sobie? Inicjatora tych starożytnych przemian Oktawiusza Augusta nazywano "wyrachowanym i dojrzałym terrorystą, bandytą i kameleonem".
W naszych czasach najsłynniejszym prywatyzatorem była Margaret Thatcher, która niewydolną, osieroconą z kolonii państwową gospodarkę sprywatyzowała czyniąc z Wielkiej Brytanii liczące się mocarstwo światowe i zyskując przez to na sowieckim Kremlu polityczny pseudonim "Żelazna Dama".
Współcześnie przez prywatyzację rozumiemy proces zmiany własności dóbr, któremu towarzyszyć mają naukowo zdefiniowane cechy prywatyzacji: wzrost dobrobytu, samostanowienie o sobie i swojej przyszłości, decentralizacja decyzji z przejęciem odpowiedzialności za ich skutki, wzrost efektywności ekonomicznej, rozwój demokracji gospodarczej, a zaraz za nią pojawienie się demokracji politycznej.
Najczęstsze epitety, na jakie mogą w Polsce liczyć inicjatorzy prywatyzacji, to: złodziej Polski, sprzedawczyk majątku państwowego, gangster, cholerny Europejczyk, zawszony prywaciarz, badylarz, mafioso itp. A sama prywatyzacja w Polsce jest, zdaniem krytyków, zawsze "dzika", niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi.
Jeżeli ktoś żyje w chatce z gliny albo w indiańskim wigwamie, a zamiast do wykafelkowanego kibelka idzie w krzaczki, to mówimy, że jest dzikusem. Nie lubimy dzikich i ogólnie dzikości, dlatego jak coś jest z całkiem innej niż nasza "beczki" i tego czegoś nie lubimy, to krótko mówimy, że jest dzikie, czyli nie do zaakceptowania, i po prostu jest "be". Z tego powodu słownik języka polskiego tłumaczy, że użycie terminu "dziki" służy opisywaniu zjawisk niezorganizowanych, nieuregulowanych, nieplanowych, nielegalnych i samowolnych. Tytułową "dziką" prywatyzację należy zatem, zdaniem polskich "używaczy" tego epitetu, rozumieć jako proces zmiany form własności zasobów rynku zdrowotnego pozbawiony kontroli, nielegalny, samowolny i ogólnie bardzo zły, wołający o pomstę do nieba.
Moja mama mieszka w bloku, który przez lata był własnością znanej w całym PRL-u lubelskiej Fabryki Samochodów Ciężarowych im. Bolesława Bieruta. Fabryka padła, choć Daewoo, a potem jakiś tajemniczy FS Holding próbowały coś tam po roku 1989 produkować: a to "Lubliny", a to "Honkery". Cztery przyfabryczne bloki mieszkalne też zaczęły padać, bo kolejni właściciele fabryki mieli gdzieś osiedle emerytowanych pracowników upadłej fabryki. Tynki metrami odpadały, okna się paczyły, a drogi osiedlowe zapadały się na pół metra. Mieszkańcy bloku mojej mamy zdecydowali o wspólnej, "dzikiej" prywatyzacji.
Utworzyli wspólnotę mieszkaniową, uzgodnili czynsz niższy niż przed prywatyzacją, wybrali zarząd i w dwa lata ocieplili budynek, wymalowali na kolorowo, wyremontowali drogi, wymienili okna, założyli telewizję kablową, a jak już nie wiedzieli co by tu jeszcze zrobić, to postawili betonowe murki wokół kwietników przyblokowych. Nawet śmietnik zamykają na kłódkę, żeby im byle darmozjad z sąsiedztwa nie podrażał kosztów wywozu śmieci.
Nie tylko żaden poseł, ale nawet pies z kulawą nogą im w tym przedsięwzięciu nie pomógł. Teraz są na swoim i ich blok na tle pozostałych błyszczy kolorami w słońcu jakby był z innej planety.
Taką samą sytuację mamy na rynku zdrowotnym: budynki szpitalne zbudowane przed laty niszczeją, aparatura pamięta czasy "gierkowskie", a słabo opłacani lekarze i pielęgniarki nie mogą zrozumieć, dlaczego właściciel czyli samorząd terytorialny ma gdzieś te problemy i nie inwestuje w zdrowotną substancję.
Ano ma je gdzieś, bo ma inne kłopoty: utrzymanie szkół, dróg publicznych i domów opieki społecznej. Samorząd nie ma po prostu środków, żeby dać je jeszcze na szpitale.
Samorządowi łatwiej jest zrzucić winę za brak finansów na złe zarządzanie szpitalem i co jakiś czas zmienić dyrektora niż dać coś z własnego budżetu. Wychodzi taniej, a pracownicy szpitala uwierzą, że nowy dyrektor spowoduje, że będzie lepiej. A jak nie zrobi lepiej, to się go znowu zmieni i po raz wtóry pracownicy szpitala uwierzą, że kolejny trzeci dyrektor zrobi lepiej. A potem czwarty i piąty, a może szósty i siódmy nowy dyrektor będzie jedynym sposobem na oddalenie problemu.
W polskich realiach jest to zachowanie O.K., bo nic się kosztownego nie robi i nie naraża się na zarzut "dzikiej" prywatyzacji.
Nic się nie inwestuje, ale nie oddaje się publicznych zasobów niepublicznemu podmiotowi, który chce zainwestować własne, a nie publiczne pieniądze. Aż dziw bierze, że przy takim nastawieniu udało się sprywatyzować apteki, stomatologię i prawie cały POZ. Ale kluczowe dla systemu szpitale takiej szansy nie dostają.
Niech zniszczeją do cna, ale nie pójdą w obce, niepubliczne ręce i basta. Dość tej demokracji i wolnego rynku, bo całkiem zniknie niektórym partiom ich elektorat.

Marek Wójtowicz
fot. Marek Stankiewicz


Gazeta Lekarska 2004-10 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04