Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2004 Gazety Lekarskiej  Numer 2004-01  Lekarze do pióra! 

Każdy list od Czytelników sprawia nam radość i czytany jest z należytą uwagą. Część tej codziennej korespondencji zamieszczamy regularnie na tej i sąsiedniej stronie.
Ostatnio wypatrujemy, zwłaszcza w codziennej poczcie, kopert grubszych i większych niż dotąd, przesyłek przeważnie poleconych, nierzadko ekspresowych. To pamiętniki lekarzy. Odpowiedzi na konkurs ogłoszony w czerwcu 2002 r. Gdy w połowie grudnia oddawaliśmy ten numer do druku, było ich niemal pół setki. A z każdym dniem przybywało. Czy rokuje to dobrze dla plonu tego konkursu? Czy ilość przejdzie w jakość? Czy spełnią się nasze oczekiwania, że nawiążemy do tradycji poprzednich konkursów i uda się nam wydać zbiór najciekawszych wspomnień? W postaci grubego tomu, rozchwytywanego przez zainteresowanych. Miejmy taką nadzieję! Na dniach - powołane do tego jury - przystąpi do oceny zawartości tych przesyłek z przekonaniem, że zawarte w nich bogactwo zdarzeń i przeżyć polskich lekarzy zostanie zachowane. Utrwalone na kartkach pamiętników dla nas, dla ich dzieci, wnuków, potomnych.
Ogłaszając konkurs oczekiwaliśmy, że autorzy wspomnień będą wnikliwymi i rzetelnymi kronikarzami czasu minionego i współczesności. Wierzymy, że te nadzieje się spełnią.
A już dziś wszystkim autorom nadesłanych prac serdecznie dziękujemy.
redakcja

listy@gazetalekarska.pl



"Trzeciej drogi nie ma"

W uzupełnieniu przemyśleń pana doktora Bukiela("Trzeciej drogi nie ma", "GL" nr 11/2003)chciałbym dodać swoje trzy grosze. Po pierwsze, zgadzam się prawie w całości z tym jak powinien działać przedstawiony system służby zdrowia. Jednak nie w lewicowych lub populistycznych ciągotach polityków z lewa i prawa upatrywałbym głównej przyczyny niekończących się niepowodzeń w naszej służbie zdrowia.
Przedstawiony przez pana doktora system nie może działać, bo nie ma w nim dostatecznej ilości pieniędzy i wg mnie taka jest brutalna i prosta prawda.
Pieniędzy więcej nie będzie, bo Polski na obecnym etapie na więcej nie stać. Szarpanie o większą składkę nie może przynieść efektu, bo uznano, że ważniejszy jest rozwój i gonienie czołówki Europy. Nawet kosztem zdrowia ludności.
Jeśli ma być w służbie zdrowia więcej pieniędzy, to muszą za to zapłacić pacjenci albo bezpośrednio z własnej kieszeni, albo poprzez prywatne ubezpieczenie. Jak to zrobić, jak zorganizować, jak przekonać społeczeństwo, to już rola rządzących - w końcu dlatego ich wybieramy i ich opłacamy z naszych podatków. Nie do nas, lekarzy to należy. (...)
Przy okazji: rozmowy z obecnym ministrem w przeciwieństwie do poprzedniego może przebiegają w kulturalnej atmosferze, jak można sądzić z publikowanej korespondencji, ale to też niewiele przyniesie. Z całym szacunkiem, ale jest on tylko jednym z szeregu figurantów przeznaczonych na odstrzał, kiedy w wyniku firmowanych przez siebie zmian staną się dostatecznie niepopularni. Taki był los jego poprzedników. Już tak się rząd ustawił: górników odsyła do zarządu kopalń, lekarzy do dyrektorów, ewentualnie ministra. Rokujcie, czas płynie i... może do następnych (wygranych?) wyborów.
Podsumowując, trzeba oczywiście naciskać na rządzacych, żeby wprowadzili nareszcie w całości opisany przez pana doktora system i zapewnili fundusze na jego funkcjonowanie. Obecna strusia polityka i kunktatorstwo i tak nie zapewni im wyborczego zwycięstwa. Oni jednak tylko przegrają wybory, a chorzy ludzie w wyniku istniejącego bałaganu tracą zdrowie i życie.

Nazwisko i adres znane redakcji


Dziecko wylane z kąpielą

(...) W przeszłości pracując w poradni dziecięcej wielokrotnie wystawiałam matkom zaświadczenie, że ich dziecko leczy się z powodu astmy czy padaczki, cierpi na jakąś wrodzoną przypadłość, czy po prostu bardzo często zapada na infekcję dróg oddechowych. Tej rutynowej niejako czynności towarzyszyła nieraz myśl, że może czasem matka trochę naciąga, ale odsuwałam ją na bok, bo w większości dotyczyło to biednych rodzin, a skoro mogły w ten sposób otrzymać trochę dodatkowego grosza, to czemu im nie pomóc?
Po reformie w ochronie zdrowia ta sytuacja diametralnie się zmieniła. Co prawda mogłam nadal wystawiać zaświadczenia, ale o przyznaniu świadczenia decydowała komisja.
Początkowo nawet mnie to ucieszyło, bo mogłam już nie mieć skrupułów, że wystawiam zaświadczenia czasem na wyrost, na prośbę matki, której nie stać na wykupienie leków czy sprzęt rehabilitacyjny, bo i tak ostateczny wynik zależał od komisji. Po pewnym czasie zauważyłam jednak, że mało komu udaje się przejść przez sito komisji.
Niepokoiło mnie, że naprawdę chorym, pokrzywdzonym przez los i biednym dzieciom odmówiono tej niewielkiej przecież (choć dla nich istotnej) pomocy finansowej. Nieraz wysłuchiwałam słów oburzenia zdenerwowanej matki, która pomstowała na bezdusznego lekarza-orzecznika, czyniąc go głównym winowajcą odmowy.
W którymś momencie zwrócono się do mnie z propozycją udziału w pracy zespołu orzekającego o niepełnosprawności. Miałam przejść przedtem przeszkolenie i egzamin, w związku z czym otrzymałam obszerne materiały dotyczące tych zagadnień. Zagłębiając się stopniowo w paragrafach i punktach z rosnącym przerażeniem odkrywałam, o co w tym wszystkim chodzi; a chodzi o jedno: żeby nie dać.
Dziecko niedowidzące czy niesłyszące - mając troskliwych i niezbyt biednych rodziców - może się zupełnie nieźle przystosować do normalnego życia w społeczeństwie, choć właśnie wymaga to troski, czasu i niestety pieniędzy. Przy dobrze prowadzonej astmie też można sobie poradzić w życiu, ale i to wymaga - jak wyżej. Właśnie astmatyczne dziecko wydaje mi się tu najlepszym przykładem: żeby zespół orzekający uznał niepełnosprawność zgodnie z kryteriami programowymi, należałoby dziecka nie leczyć prawidłowo, bo wtedy napady duszności byłyby na tyle częste i ciężkie, że uzasadniałoby to orzeczenie pozytywne dla pacjenta.
Perspektywa podporządkowania się tym zaleceniom, niezgodnym ze zwykłymi zasadami przyzwoitości, zupełnie zniechęciła mnie do udziału w pracach zespołu orzekającego.
U nas zawsze jakoś tak wylewa się dziecko z kąpielą. Nic nie może być sensownie wyważone.

Anna Biruń
Wąbrzeźno



Dawne czasy

Już od pierwszej strony czytając naszą gazetę ("Gazeta Lekarska") zaczynam się bojowo nastawiać. A to za przyczyną Pana Naczelnego, który w każdym słowie wstępnym robi podsumowanie najważniejszych problemów w służbie zdrowia.
Tym razem poruszył sprawę szkoleń lekarzy. Co prawda, wszyscy o tym wiedzą i mówią, ale co napisane, to napisane ale, że tak można ująć, nawet pana ministra to osobiście dotknęło. I dobrze. Ja rozwinę to na przykładzie prowincjonalnego lekarza. Łatwiej mi to pójdzie, gdyż stoję teraz po drugiej stronie lady, patrzę z dystansem i mam czas na rozmyślania. (...)
Od 1959 r. mieszkam w małej miejscowości, więc na wszystkie staże przedspecjalizacyjne musiałam wyjeżdżać do miast akademickich. A dużo tego było.
Po uzyskaniu specjalizacji (pediatria) koniecznością było dokształcanie się na kursach informacyjnych, unifikacyjnych, doskonalących, podstawowych i seminariach. Jeżeli był zespół zgrany, a szkolić się chciał każdy, więc wyjeżdżało się naprzemiennie, gdyż zabezpieczenie kadrowe na miejscu musiało być. A wyjazdy dalekie. (...)
Te kursy były koniecznością dla każdego prowadzącego oddziały i szkolenia młodszych kolegów. Poza tym konsultant wojewódzki wymagał wprowadzania jakichś zdobyczy i samodzielności.
Tam człowiek z prowincji miał możliwość poznać ludzi ważnych i mądrych, podglądał nowości. Przenosiłam wiedzę i te "drobiazgi" na własny teren.
Bywały okresy w mojej pracy, kiedy te kontakty ze światem były mocno ograniczone, a mnie się wydawało, że medycyna mknie do przodu milowymi krokami. A co dopiero teraz, świat stoi otworem, postęp jest jeszcze szybszy, ograniczenia krajowe są coraz wyraźniejsze, to czy moi wnukowie nie wybiorą tego, gdzie jest lepiej? A kształcenie studenta jest długie i drogie.
Warto by wcześniej o tym pomyśleć.
Pod rozwagę nie tylko na prowincji.

Eugenia Mochnacz
Gubin



Czy nie nazbyt ambitnie...

Jestem pediatrą z blisko czterdziestoletnim stażem pracy, w tym około dwudziestu spędzonych na oddziałach noworodkowych. Moim sukcesem było utrzymanie przy życiu niewiele ponad 900 g dziewczynki, którą porodówka septyczna nie wpisała w poczet dzieci żywo urodzonych (z czego wyniknęły później kłopoty z urzędem stanu cywilnego). Takie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych były administracyjne przepisy, takie możliwości polskiej medycyny.
Dopiero wprowadzano pierwsze respiratory. Nikt nas, noworodkarzy, nie uczył resuscytacji i nowoczesnej reanimacji. Jak się dorwałam do laryngoskopu, ćwiczyłam intubowanie, omal po kryjomu, na zwłokach bezczaszkowca.
Nie wszystkie uratowane przeze mnie noworodki mogę zaliczyć do prawdziwych "sukcesów". Nie zapomnę pełnego zdziwienia i dezaprobaty spojrzenia starej pielęgniarki, gdy usiłowałam "tchnąć ducha" w stworzenie, które sama natura odrzuciła.
Ilekroć słyszę lub czytam o utrzymaniu przy życiu wcześniaków całkowicie niedojrzałych do normalnego życia lub rozdzielaniu beznadziejnie ze sobą zrośniętych bliźniąt, ogarnia mnie bardziej zgroza, niż podziw dla sztuki młodszych kolegów. Sztuki, jakże często dla sztuki!
Bez tych odważnych decyzji nie byłoby postępu. Tak, ale to jedna prawda, a drugą jest to, że o człowieka tu chodzi, o jakość jego życia, nie o nasz zawodowy sukces! Ale my, lekarze, jesteśmy ambitni. Za wszelką cenę chcemy nadążyć za postępem techniki i chemii, nie dyskutując nad późniejszymi skutkami tego "postępu", bo filozofia to nie nasz ogródek, a etyka karze - "do samego końca"!
Czy na pewno etyka? Do jakiego końca? Dobiegam lat, w których memento mori nie jest abstrakcją. Obym umierając nie dostała się w ręce nazbyt ambitnych i upartych kolegów!

dr Janina Rościszewska-Krawczyk
Kraków

Gazeta Lekarska 2004-01 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04