
|

 |
Samotnie ku wieczności
"Brak ci jednej istoty, a cały świat się wyludnił" - "Człowiek i śmierć"
|  |  |  |
 |
W tradycji i kulturze polskiej jest w roku jeden szczególny i piękny dzień. Pierwszy listopada. Dzień Wszystkich Świętych. Dzień uroczysty i podniosły.
W dniu tym żywi odwiedzają groby bliskich. Zapalają świece. Modlą się za dusze zmarłych. Jest to dzień zadumy nad życiem i śmiercią, doczesnością i wiecznością. Tego dnia ludzie stają się szlachetniejsi. Nie myślą o pracy. Nie gonią za biznesem. Nie robią pieniędzy. Łączą się ze sobą w smutku i aurze niecodzienności. Łączą się w zbiorowej pamięci o tych, którzy odeszli w nieznaną wędrówkę.
Wszystkich świętych jest dniem kluczenia po cmentarzach. W tradycji chrześcijańskiej "Cmentarze są to miejsca święte i poświęcane, publiczne i odwiedzane" - przypomina w książce "Człowiek i śmierć" Philippe Aries, francuski historyk, autor wielu prac literackich. Stwierdzeniem tym nawiązuje do tekstów literackich XVI w.
Godna śmierć
Od pokoleń śmierć człowieka budziła ogromne emocje. "Jest rzeczą oczywistą, że dla wszystkich zwykłych ludzi śmierć pozostaje silnym wstrząsem" - mówi Aries. Wstrząs ten znajduje odzwierciedlenie w sztuce. Liczne dzieła wyrażają obawy, lęk, ale także nadzieję związaną z życiem pośmiertnym. Kwintesencją myśli średniowiecznej o życiu, śmierci i wizji po niej jest "Boska komedia". Dante Alighieri, autor dzieła, najwybitniejszy poeta włoski dał wizję świata pozagrobowego, niejednorodnego, składającego się z trzech przestrzeni. Owe przestrzenie: piekło, czyściec i raj mają symbolizować drogę człowieka od upadku i grzechu poprzez uświadomienie win i pokutę aż do stanu świętości wolnego od zmaz.
Perspektywa pięknego, odkupionego życia po śmierci odsuwała od człowieka strach i zmuszała go do godnego spotkania ze śmiercią. Człowiek przestawał bronić się przed nią i uciekać. "Ludzie dawnych epok traktowali śmierć poważnie, była to sprawa doniosła, nie wolno było brać jej lekko: to wielka chwila w życiu, ciężka i groźna, ale nie tak groźna, aby ją odwlekać, uciekać przed nią, udawać, że ona nie istnieje, albo fałszować jej oznaki" - mówi Philippe Aries.
Do początków XX w. w kręgu kultury chrześcijańskiej śmierć była aktem publicznym i zbiorowym. Aries opisuje zjawisko tak: "W izbie umierającego zamykano okiennice, zapalano świece, przynoszono święconą wodę: do domu schodzili się sąsiedzi, krewni, przyjaciele, szepcący i poważni. Dzwon żałobny odzywał się w kościele, skąd przed chwilą wyszła mała procesja: ksiądz z Panem Bogiem".
Obyczaj łączenia się z umierającym i żegnanie go przez wspólnotę zanika w XX w. Coraz częściej śmierć poddaje się instytucjonalizacji. Trafnie wyraził się o tej przemianie w "Słowniku wydarzeń XX w." Władysław Kopaliński: "Dziś na śmierć przygotowują nas historie choroby, książeczki zdrowia, poczekalnie w przychodniach. Rytuały religijne zostały zastąpione przez rytuały medyczne".
Znieczulenie?
We współczesnych czasach najbardziej zaznajomiony ze śmiercią jest lekarz. Pierwszy widzi jej zwiastuny u chorego. Osobiście stwierdza zgon. Najczęściej także powiadamia rodzinę. Pełni rolę trudną i niewdzięczną, ale w procesie umierania zajmuje miejsce wyjątkowe. Dzięki wiedzy i umiejętnościom staje się pośrednikiem pomiędzy światami życia i śmierci. Niektórzy uważają, że codzienne obcowanie ze śmiercią uniewrażliwia na nią lekarza. Skłonni są zarzucić lekarzowi gruboskórność oraz obojętność na nią. Czy mają rację?
Lekarze sprzeciwiają się takim opiniom. Chirurg z wieloletnią praktyką szpitalną, w tym zagraniczną mówi tak: "Śmierć dla lekarza jest zawsze mniejszym lub większym przeżyciem. Ale musi wobec niej wykazać się spokojem i opanowaniem. Młody człowiek w wieku 19 czy 20 lat wybierając studia medyczne decyduje się na zawód trudny i wymagający olbrzymiej odporności psychicznej. Już w tym momencie musi sobie uświadomić, że w przyszłości będzie stykał się z niecodziennymi przypadkami m.in. z ludźmi okaleczonymi, zmiażdżonymi, w agonii wypadkowej. Będzie musiał zachować nie tylko zimną krew, ale również przytomność umysłu. Jego pomoc będzie decydowała o życiu lub śmierci człowieka".
O zmieniającej się postawie lekarza wobec śmierci pisze Aries: "Jak zauważono lekarz w domu jest mniej tajemniczy i mniej władczy niż w szpitalu, w szpitalu bowiem należy do biurokratycznego systemu, którego siła polega na dyscyplinie, organizacji i anonimowości".
Polemiczna do niej jest wypowiedź mojego rozmówcy chirurga: "Dla mnie śmierć jest wielką tragedią, porażką i przykrością. Śmierć pacjenta na stole operacyjnym musi wstrząsnąć nawet człowiekiem z betonu. Śmierć, która nadchodzi w pełni zdrowia zaskakuje. Nie można z nią się pogodzić". Wyraźnie poruszony lekarz kończy wypowiedź słowami: "Rodzina zmarłego może odnieść wrażenie, że nie okazuje się emocji, nie reaguje tak jak mąż, żona, dzieci. Może myśleć, że śmierć powszednieje. Nie. Nie powszednieje. W pracy oddziału szpitalnego jest to zdarzenie nadzwyczajne. W ciągu roku na oddziale może być leczonych 1500 osób, a np. umiera 47. I zdarzenia te lekarz musi przyjąć w skupieniu i ze smutkiem. Musi pogodzić się z tym, że umarł pacjent, którego ratowano. Wie jednak, że śmierć jest częścią jego pracy i misji".
Inny chirurg uzupełnia, że jak w każdym zawodzie lekarz musi wykazać się profesjonalizmem. Nie może poddać się dramatowi chwili ani uczynić ze śmierci pacjenta sensacji. Podkreśla, że w procesie lekarz - pacjent - śmierć - rodzina najtrudniejsze chwile przeżywa się w czasie rozmowy z rodziną. W przypadku śmierci przedwczesnej, niespodziewanej nie każdy potrafi rozmawiać z najbliższymi zmarłego. To jest sztuka. Trzeba znaleźć właściwe podejście. Trzeba być humanistą. Trzeba być nie tylko dobrym lekarzem, ale i dobrym człowiekiem.
Także inni lekarze wypowiadają się w podobnym tonie. Żaden nie przyznaje się do zobojętnienia czy znieczulenia na śmierć pacjentów.
Pokusa
Ale proces rutynizowania zachowań personelu medycznego, w tym lekarzy wobec śmierci chyba się rozpoczął... Kilka miesięcy temu obiegła Polskę wieść o zorganizowanym handlu informacją o zwłokach. Prasa ujawniła związki firm pogrzebowych z pracownikami pogotowia ratunkowego. Wskazano również lekarzy. Kodeks karny nie przewiduje kary za informacje o zgonach. Ale nie można uznać, że naganne jest jedynie unikanie podatków, których nikt nie płacił od uzyskiwanych gratyfikacji za informacje o zgonach. To odrażające zjawisko ma wymiar moralny i obyczajowy.
Głos w sprawie zabrała Józefa Hennelowa w "Tygodniku Powszechnym": "Każdy umiera w innych okolicznościach, ale śmierć musi zakończyć się szeregiem czynności urzędowych i kultowych, podległych tym samym przepisom. Dopóki była to usługa urzędowa, jak w PRL, nie stwarzała pokus, ale za to przysparzała osieroconej rodzinie cierpień przez niewydolność i bezduszność urzędniczą, a zmarłemu nieraz odmawiała szacunku. Wolny rynek wprowadził ofertę wyręczania rodziny, zdejmując z niej w najtrudniejszych godzinach wszelkie uciążliwości formalne... Wolny rynek stworzył jednak także specyficzną konkurencję na tym najsmutniejszym polu usług - i zaczęła się tak drastycznie dziś opisana walka o klienta, wraz z pokusą nadużyć. Wydaje się więc, że aby uniknąć najdrastyczniejszych nadużyć - łapówki za zawiadomienie usługodawcy o zgonie - trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że usługi pogrzebowe nie mogą być bez ograniczeń wolnorynkowe".
Kto ulegał pokusie? Ludzie słabi moralnie. Ludzie bezmyślni i bezduszni. Czy byli wśród nich lekarze? Prokuratura łódzka twierdzi, że tak. W połowie października telewizja Polsat poinformowała o tym, że także lekarz pogotowia ratunkowego w Radomiu został oskarżony o przekazanie firmie pogrzebowej 10 adresów osób zmarłych... To sporadyczna informacja i o małej skali. Nie oznacza, że tego zjawiska, które zbulwersowało opinię publiczną nie było. Lekarze, którzy w nim uczestniczyli przynieśli wstyd nie tylko sobie, ale całemu środowisku. W tym przypadku poszanowanie dla śmierci i bólu rodziny zostało naruszone.
Postronnemu obserwatorowi wydaje się, że w Polsce dziczeją obyczaje. Smutne jest to, że pokusom ulegają ludzie wykształceni i kulturalni. Kurczy się przestrzeń świętości. O zrozumienie dla cierpienia ludzkiego i szacunku dla godnego umierania upomniał się na łamach prasy prof. Jacek Łuczak, specjalista medycyny paliatywnej: "Mało kto interesuje się dziś osobami cierpiącymi, umierającymi. A w Polsce umiera rocznie około 400 tys. ludzi... To ogromne morze cierpienia. Szkoda tylko, że pytania o godną śmierć, o niwelowanie cierpienia powracają w aurze sensacji. Ale to może skłoni nas, by pokazać, że człowiek nie tylko ma prawo do godnego rodzenia, ale także do godnego umierania".
Wiele lat temu Witold Gombrowicz wyraził sprzeciw wobec brzydkiej śmierci. W "Dziennikach 1957-1961" pisał: "Żyje się samemu i umiera się samemu - myśl Pascala. Niezupełnie. Żyje się jednak w gromadzie i jeden drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka, człowiek widzi, że jest sam... i sam na sam... jak te zwierzęta gasnące, od których stado oddala się w noc zimową. Dlaczego śmierć ludzka jest wciąż jeszcze, jak śmierć zwierzęca? Dlaczego agonie nasze są tak samotne i tak prymitywne? Dlaczego nie zdołaliście ucywilizować śmierci?"
Dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki są okazją do zadumy nad smutnymi wydarzeniami i postawami. Także nad zachowaniami w ciągu całego roku, a nie tylko w jednym szczególnym dniu. Czas ten może stać się inspiracją do odnowy kultu śmierci, indywidualnego i zbiorowego poszanowania procesu umierania i przekraczania progu wieczności.
Grażyna Ciechomska
***
Kot w pustym mieszkaniu
Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
Wisława Szymborska
"Widok z ziarnkiem piasku"
Wydawnictwo a5, Poznań 1996
***
Zło najstraszliwsze, śmierć, nie dotyka nas wcale, bo póki my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć, nie ma nas
Epikur
***
Nie najsmutniejszy jest zgon, że wraz z nim wszystko się kończy, lecz dlatego, że po nim nic się nie zaczyna
Tadeusz Kotarbiński
Gazeta Lekarska 2002-11 - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|