
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2001 Gazety Lekarskiej Numer 2001-12 Historia - Lekarze i sanitariuszki 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK
27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK była najliczniejszą formacją wojskową
Polski Podziemnej na terenie kraju w latach II wojny światowej. Liczyła
7 tysięcy ludzi pod bronią i pozostawała pod jednym dowództwem,
przemieszczała się i przeprowadzała akcje zbrojne wszystkimi siłami w
sposób, jak to czyniły regularne jednostki wojskowe.
Przez okres jednego miesiąca prowadziła z Niemcami walki frontowe na
odcinku ponad 50 km w trójkącie Kowel - Włodzimierz - Luboml, wiążąc
znaczne siły niemieckie w tym rejonie. Trzykrotnie okrążona przerywała
pierścień wojsk nieprzyjacielskich i wychodziła zwycięsko z "kotłów".
Walczyła także na Polesiu i północnej Lubelszczyźnie aż do chwili
podstępnego rozbrojenia przez armię sowiecką i NKWD pod Skrobowem k.
Lubartowa 25.07.1944 r. Na całym szlaku walk, liczącym ponad 500 km,
straciła ponad 1000 poległych i wielu zaginionych bez wieści.
27 WDP AK powstała z samodzielnie operujących na Wołyniu oddziałów
partyzanckich i placówek samoobrony, ratujących ludność polską przed
krwawymi napadami ukraińskich szowinistów, dokonujących straszliwej
"czystki etnicznej" na kresach południowo-wschodnich ówczesnej
Rzeczypospolitej. W drugiej połowie stycznia 1944 r. na rozkaz dowódcy
Okręgu Wołyń płk. "Lubonia" - Kazimierza Bąbińskiego
przystąpiono do realizacji planu "Burza" na tyłach armii
niemieckiej i tworzenia ze wspomnianych oddziałów jednej dużej formacji
wojskowej. Miejscem koncentracji był rejon Zasmyk i Kupiczowa na południe
od Kowla, dokąd pospieszyły samodzielne dotąd oddziały. Tak powstała
27 WDP AK. W drugiej połowie lutego tegoż roku były już zorganizowane
kompanie, bataliony i pułki. W miesiąc później Dywizja wyruszyła na
front przeciwko siłom niemieckim.
Obok różnych służb pomocniczych, jak łączność, kwatermistrzostwo,
duszpasterstwo, kompania saperów i in., miała 27 Dywizja AK także własną
służbę zdrowia, która chlubnie zapisała się w jej dziejach.
Oficjalnego określenia "służba zdrowia" w ówczesnej sytuacji
partyzanckiej i leśnej nie używało się. Mówiło się po prostu o
lekarzach i sanitariuszkach (nie "pielęgniarkach"), do których
można było zwracać się z każdą dolegliwością, nie mówiąc o
ranach.
Lekarze byli wcześniej pracownikami szpitali, głównie w Kowlu i Włodzimierzu
Woł., ale np. dr "Gryf" - Grzegorz Fedorowski przyjechał na Wołyń
z Warszawy. Wszyscy jako członkowie konspiracji, gdy powstawała 27 Wołyńska
Dywizja, otrzymali od władz Polski Podziemnej rozkaz wstąpienia w jej
szeregi.
Podobnie sanitariuszki: pracowały w szpitalach, posiadały wysokie
kwalifikacje zawodowe, teraz w warunkach leśnych służyły sprawie
polskiej z całego serca dumne, że to właśnie one zostały wezwane
przez przełożonych do służby w szeregach partyzanckich. W warunkach
nieustannych walk, ciągłego zagrożenia, przemarszach, krwawych
potyczkach sanitariuszki chyba jeszcze gorliwiej spełniały swoje
samarytańskie obowiązki niż poprzednio w spokojnych miejskich
szpitalach.
Sióstr z wysokimi kwalifikacjami było w Dywizji niewiele, zaledwie
kilka, ale wkrótce przyszły im z pomocą młode dziewczęta, które na
apel dowództwa Dywizji pospieszyły do oddziałów, by pod opieką
lekarzy, przede wszystkim dra "Gryfa" i doświadczonych
starszych koleżanek odbyć krótkie kursy szkoleniowe. Na tyle jednak dokładne,
że już po paru tygodniach skromne adeptki służby pomocniczej doskonale
dawały sobie radę zarówno w szpitalach polowych, ubogich,
prowizorycznych, jak i w czasie bitew. Trzeba zaś wtedy było pod gradem
kul udzielać pomocy rannym chłopcom, znosić ich z pola walki, zapewniać
leżącym na noszach lub wozach konnych spokój i należyte warunki do
czasu, gdy znajdą się na stołach operacyjnych, a potem pod fachową
opieką lekarzy przez okres rekonwalescencji.
Dowództwo Dywizji przyjęło zasadę, że każdy batalion będzie miał własnego
lekarza oraz 2 - 4 sanitariuszek. Opiekę nad szpitalem polowym: jednym w
kowelskiej "Gromadzie" i drugim w łucko-włodzimierskiej
"Osnowie" (kryptonimy pułków), będą sprawowali osobni
lekarze z odpowiednią liczbą sanitariuszek.
Naczelnym lekarzem dywizyjnym został mianowany dr Jan Matulewicz -
"Sęp". Niektóre bataliony, z braku wykwalifikowanych lekarzy,
musiały zadowolić się felczerami. Gdy zachodziła potrzeba, lekarze
batalionowi pomagali sobie nawzajem, zwłaszcza po większych bitwach,
kiedy w niektórych jednostkach liczba rannych była szczególnie duża.
Do połowy marca 1944 r. główny szpital "Gromady" znajdował
się w Kupiczowie, osadzie zamieszkałej w przeważającej mierze przez
ludność czeską, bardzo życzliwą Polakom. "Osnowa" miała swój
szpital w miejscowości Turówka i Sieliski koło Włodzimierza. Potem w
wyniku zaciętych walk i natarcia niemieckich wojsk pancernych, obydwa
szpitale zostały umieszczone na wozach i jechały za przemieszczającymi
się z miejsca na miejsce batalionami, prowadzącymi nieustanne krwawe
zmagania z wrogiem. Rannych zaczęło gwałtownie przybywać. Lekarze i
sanitariuszki dwoili się i troili, by sprostać niełatwym zadaniom
zapewnienia rannym niezbędnej opieki.
Tymi krótkimi wspomnieniami pragnę złożyć hołd należny ówczesnym
wołyńskim lekarzom, a szczególnie siostrom za ich nadludzką chwilami
pracę, za ich poświęcenie, całkowite oddanie się służbie cierpiącym
żołnierzom.
Leżałem wtedy z potrzaskaną ręką na jednym z wozów, a że nogi miałem
zdrowe, mogłem od czasu do czasu odwiedzać rannych kolegów na sąsiednich
wozach, czasem komuś pomóc, usłużyć, a przede wszystkim obserwować
pracę dywizyjnej służby zdrowia. Trudno było niekiedy uwierzyć, że młodziutkie
koleżanki z niedawnej szkolnej ławy, po bardzo krótkim przeszkoleniu,
potrafią z taką umiejętnością, precyzją, pielęgnować rannych i tak
wytrwale, prawie bez snu, bez chwili prawdziwego odpoczynku być
nieustannie na posterunku, krzątać się około leżących, jęczących,
obolałych.
Wozy w liczbie około 300 stały w lesie pod gołym niebem, a był kwiecień.
Dni były pogodne, ale i padał śnieg, deszcz, w nocy przymrozki. Ranni
marzli, wołali o pomoc, o przykrycie, poprawienie poduszki, zmianę bandaży.
Dziewczęta bez przerwy biegały od krańca po kraniec szpitalnego
obozowiska i bez szemrania, bez cienia skargi lub niechęci spełniały
posługi z iście anielską cierpliwością, troską i uśmiechem na
twarzy. Pokrzepiały cierpiących, wykonywały bez szemrania każdą prośbę,
zawsze pogodne, pełne szczerej życzliwości. Wszystko to wymagało
ogromnego hartu, odporności psychicznej i fizycznej, samarytańskiego
serca i niecodziennej dobroci.
Gdy raz spytałem jedną z koleżanek filigranowej budowy czy nie za ciężka
to dla niej praca, usłyszałem krótką odpowiedź: "A ci co leżą
i jęczą z bólu, mają lżej? Lepiej?" Taka była postawa owych
dzielnych wołyńskich pielęgniarek, które służbę rannym i chorym
rozumiały nie tylko jako święty obowiązek, lecz także zwykłą
powinność Polki, dumnej z faktu przyjęcia jej do Dywizji i obdarzenia
zaufaniem, skoro powierzono jej opiekę nad ciężko cierpiącymi.
Mimo niebezpieczeństwa, bliskości frontu, mimo przelatujących ciągle
nad lasem pocisków artyleryjskich, niekiedy rozrywających się w pobliżu,
mimo częstokroć głodu, chłodu, dziewczęta trwały na swoich placówkach
niczym prawdziwi liniowi żołnierze.
Kiedy 20 kwietnia 1944 r. Dywizja została okrążona przez siły
niemieckie, a po upływie doby zdołała wydrzeć się z "kotła",
następnie poniósłszy znaczne straty przedostać się na Polesie, nastąpiły
dla całego wojska jeszcze trudniejsze dni. W każdej wsi placówki
niemieckie, nieustanne krwawe potyczki i zmiany miejsca postoju. Szpital
na wozach pozostał w lesie, zajęty potem przez Węgrów. Ranni wymagali
transportu na noszach. Przemarsze po pas, a bywało, że i po szyję w
poleskich bagnach. W dodatku przy doskwierającym głodzie. Nasze
sanitariuszki i lekarze wykazali większy zasób sił psychicznych i
odporności fizycznej, niż można było oczekiwać.
Często po całonocnym przedzieraniu się po przepastnych moczarach rano
plutony i kompanie, wyczerpane do ostateczności, układały się w gęstwinach
leśnych i z miejsca zapadały w kamienny sen. Dziewczęta tym czasem
spieszyły do rannych, niesionych przez kolegów, by opatrzyć obolałe
miejsca, zmienić zamoczone bandaże, nakarmić resztkami suchego chleba.
Dopiero wtedy, wykonawszy pielęgniarski obowiązek, układały się na
suchszych miejscach na zasłużony odpoczynek. Zdarzało się i tak, że
zaledwie owa wolna chwila nadeszła, podrywał wojsko alarm i zanurzano się
znowu w podmokłe poleskie knieje. Bywało również, że krótki sen
przerywały dziewczynom wołania rannych, potrzebujących pomocy. W tych
warunkach służba naszych sanitariuszek była przykładem prawdziwego
heroizmu, trudnego dziś do wyobrażenia. A to są niepodważalne fakty.
Byłem raz świadkiem następującego przypadku. Nasz patrol natrafił
gdzieś w zaroślach na kilkunastu rannych sowieckich żołnierzy, od
kilku dni leżących w bagnie o głodzie i bez pomocy lekarskiej.
Przetransportowano ich do naszego szpitala. Rano zwróciłem uwagę na
jakiś dziwny ruch przy części wozów na skraju obozowiska. Postanowiłem
podejść tam. Byłem już niedaleko, gdy poczułem dochodzącą stamtąd
okropną woń. Nasze dziewczęta rozcinały mundury klejące się od błota,
wodorostów i ropy zmieszanej z zakrzepłą krwią, niesamowicie wprost
cuchnące. Rzucały na kupę części uniformów, myły rany, bandażowały,
owijały żołnierzy w koce i układały na wymoszczonych słomą wozach.
Ranni patrzyli na swe wybawicielki z niemym uwielbieniem. Nie potrafiłem
zrozumieć, jak młode dziewczęta potrafiły wytrwać w takim powietrzu
około 2 godzin. Gdy zakończyły opatrunki, zakopano cuchnącą odzież,
podszedłem do jednego z wozów i spytałem, dlaczego doprowadzili się do
takiego stanu? "To naszy druzija brosili nas w bołoto i paszli
k'czortu!" - odpowiedział zapytany. Polskie sanitariuszki jeszcze
urosły w naszych oczach.
Zdarzyło się kilka razy, że chorych, ciężko rannych nie można było
dalej transportować. Groziło to im śmiercią. Zostawiano wówczas
takiego żołnierza w jakimś zamieszkałym chutorze, a któraś z
sanitariuszek zgłaszała się na ochotnika zostać z nim jako opiekunka,
Poświęcenie takiej dziewczyny nie da się wyrazić słowami. Wszędzie
Niemcy nie mający dla Polaków żadnych względów. Określali ich jednym
słowem "banditen" i likwidowali bez namysłu. Kręcili się
ukraińscy banderowcy. Byli jeszcze gorsi od Niemców. Nie brakowało
szajek rabunkowych. Dowódcy wręczali Poleszukom dolary, czasem carskie
5-rublówki w złocie za przechowanie i żywienie. Lecz i za taką cenę
trudno było o kawałek chleba czy lada kartofel. Pozostawione
sanitariuszki dokonywały cudów męstwa i ratowały swoich podopiecznych.
A za to niejedna pojechała "na białe niedźwiedzie", gdy
tereny te zajęli sowieci. Uznali je za "szpionów",
"agentki obcego wywiadu" i bez sądu skazywali bohaterskie
dziewczyny na deportacje.
Dziś środowiska 27 Wołyńskiej Dywizji AK fundują swoim zasłużonym
dziewczynom tablice pamiątkowe, wspominają je w różnych publikacjach,
lecz niewiele to znaczy w porównaniu do ogromu poświęceń okazanych
niegdyś przez młodociane wołyńskie Polki. Ogół naszego społeczeństwa
niewiele o nich wie. Wolimy podkreślać "zasługi" nie-Polaków.
Leon Karłowicz
Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|