Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2001 Gazety Lekarskiej  Numer 2001-12  Pierwsze kroki zawodowe na obczyźnie 

Krystyna, to ty? W tym przebraniuwyglądasz jak rosyjski szpieg! - takimi słowami powitał mnie Profesor Cremin na lotnisku w Cape Town.
Widziałam go wtedy pierwszy raz w życiu. Właśnie przyleciałam samolotem z Frankfurtu, z 40 dolarami w kieszeni i plątaniną myśli w głowie.
Podczas lotu czułam się początkowo bezradna, szara i wystraszona. Zadawałam sobie pytania: Czy wytrwam sama wśród obcych? Czy sprawdzę się w zawodzie? Czy dam sobie radę z moim językiem angielskim? ect. ect. Leciałam pełna obaw i - dodatkowo - obarczona ciężarem odpowiedzialności i wdzięczności za niezwykłe zaangażowanie dla tego szalonego człowieka, który umożliwił mi załatwienie kontraktu na Universytecie w Cape Town, a potem przez wiele miesięcy blokował etat dla mnie.
Szczęśliwie (!) planowana mała przerwa w locie dla zatankowania paliwa w Windhooku w Namibii przeciągnęła się do 5 godzin. Dla odwrócenia uwagi pasażerów od awarii załoga serwowała nam tak długo szlachetne trunki, aż wszyscy, włącznie ze mną, popadli w szampański humor. Wysiadając w Cape Town czułam się już nie jak zastraszona i zestresowana "szara mysz", ale jak "wordly person", bez śladu tremy czy strachu. Ubrana w piękną, choć kupioną na "pchlim targu" męską panamę i długi, skórzany, czarny płaszcz czułam się elegancka jak modelka. Szampan szumiał mi w głowie, a wspaniała przyszłość - wydawało się - stoi przede mną otworem. Na lotnisku jednak nikt nie trzymał, znanego mi z filmów, transparentu z napisem "Krystyna, welcome to University Cape Town". Moja euforia i pewność siebie powoli zaczęła zmieniać się w panikę, kiedy uzmysłowiłam sobie, że samolot miał przecież 5 godzin spóźnienia.
Desperackim zrywem nadałam przez głośniki, że czekam przy barze. Wtedy właśnie, z nielicznej już grupki oczekujących wyłoniła się długa i chuda postać Profesora, który z rozpostartymi ramionami i olbrzymim bukietem anemonów kroczył w moim kierunku. On też skracał sobie długie oczekiwanie "drinkiem", oboje więc byliśmy w szampańskich nastrojach. Przy tym naszym pierwszym spotkaniu pękaliśmy ze śmiechu, i z "rosyjskiego szpiega" i z różnych naszych innych qui pro quo.

Żeby postawić pierwsze kroki zawodowe na obczyźnie, musiałam przekroczyć Rubikon, czyli zgodnie z definicją prof. Kopalinskiego "uczynić krok decydujący, spalić za sobą mosty".
W roku 1983, krótko po stanie wojennym, takie decyzje miały zupełnie inny wymiar niż dzisiaj. Złapałam się wtedy myśli wyrwania się z kraju na kontrakt. Moje starania o kontrakt do Libii przez "Polservis" szły tak opornie, że kiedy dowiedziałam się o półoficjalnej możliwości wyjazdu na kontrakt do RPA via RFN wpadłam w entuzjazm i z pełną determinacją rozpoczęłam starania w tym kierunku. W naiwnym optymizmie liczyłam, że uda mi się załatwić ten kontrakt w RPA drogą "o mało co" oficjalną. Okazało się to prawie niemożliwe, ale w swojej determinacji , zachęcana i dopingowana przez męża i syna, nie odstąpiłam już od mego zamiaru. Przede mną były jednak "schody".
Relacjonując w telegraficznym skrócie: musiałam wydostać się z kraju, następnie przekonać władze RFN, aby mnie chciały okresowo tolerować bez azylu, a wreszcie znaleźć szaleńca, który w RPA zechce zaangażować się w skomplikowaną procedurę załatwiania kontraktu dla nieznanej facetki z komunistycznej Polski.
W tej ostatniej sprawie przyszedł mi z pomocą profesor K. Kozłowski, polski radiolog pracujący w Australii, znany i ceniony na świecie jako jeden z nielicznych entuzjastów zajmujących się rzadkimi dysplazjami kostnymi u dzieci. To on zdołał zainteresować moją osobą nieświadomego problemów, szalonego Irlandczyka, profesora B. J. Cremina, szefa radiologii dziecięcej w Red Cross War Memorial Children`s Hospital na Universytecie w Cape Town.
Nie był to jednak koniec "schodów". Trzeba było jeszcze wiele cierpliwości, pokory i wielu miesięcy, aby pokonać barierę południowoafrykańskiej biurokracji i archaicznego prawa. Czas ten częściowo wykorzystałam pracując jako wolontariuszka w Radiologii Dziecięcej na Uniwersytecie w Heidelbergu.

Kiedy wreszcie wylądowałam w Cape Town, była połowa lipca 1985 r. W Afryce - środek zimy, w Cape Town - okres deszczowy, temperatura 16° C, chłodny wiatr od Atlantyku, dzień wyjątkowo pochmurny. Gdyby nie radosny nastrój spotkania na lotnisku, to ta, wymarzona przeze mnie, "gorąca Afryka" i znany mi z opisów jako jeden z cudów świata Cape Town strasznie by mnie w tym dniu rozczarowały.
Profesor pocieszał, że taka pogoda w Cape Town to niezwykły wyjątek. Nie mylił się zresztą, następne bowiem dni zimy, wprawdzie nadal chłodne i wietrzne, były na ogół słoneczne. Nie byłam jednak zupełnie przygotowana na taką chłodną Afrykę!
Okazało się na dodatek złego, że mieszkania tutaj nie są ani ogrzewane, ani ocieplane, czy chociażby uszczelniane. Nigdy w życiu nie namarzłam się tak w Europie jak wtedy, przez dwa pierwsze miesiące zimy w Afryce. Na szczęście pozostałe miesiące roku były nieprzerwanie pełne słońca, ciepła i przepysznej, nieprawdopodobnie bujnej i wiecznie kwitnącej roślinności.

Krystyna Oleszczuk-Raschke

Autorka jest doktorem medycyny, mieszka obecnie w Berlinie.

Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04