|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2001 Gazety Lekarskiej Numer 2001-07/08 Nie stać nas na bylejakość
Z Mirosławem Mikietyńskim, dyrektorem Szpitala
Wojewódzkiego w Koszalinie, laureatem konkursu na Menedżera Roku 2000 w
Służbie Zdrowia rozmawia Halina Kleszcz
- Myślę, że jest to podobne uczucie, jakiego doświadczają alpiniści
po zaliczeniu ośmiotysięcznika. Dużo adrenaliny najpierw towarzyszy
tytanicznemu wysiłkowi, aby tę poprzeczkę pokonać. Akredytacja - żeby
ją najkrócej opisać - to wszechstronna ocena całej placówki, dokonana
przez zespół obiektywnych wizytatorów - legitymowanie się zawodem
medycznym i odbycie szkolenia w CMJ jest warunkiem zaciągu do tego grona!
- z odległych, dla danej placówki, stron Polski wedle mierzalnych,
jawnych kryteriów, czyli standardów opracowanych przez Ośrodek
Akredytacji Centrum Monitorowania Jakości (CMJ) z siedzibą w Krakowie. * Wyegzekwowanie jakości to wyższe wymagania, na ogół przy tym samym poziomie wynagradzania. Czy nie potykał się pan dyrektor na tej drodze o protesty ze strony korporacji zawodowej lekarzy? - Prezesem Okręgowej Izby Lekarskiej w Koszalinie jest chirurg dziecięcy zatrudniony w naszym szpitalu i pełniący w nim funkcję przewodniczącego Komitetu Jakości. Ujmując problem szerzej, współpraca Związku Pracodawców z OIL układa się dobrze. Jeśli pojawiały się jakieś różnice stanowisk, co jest nieuniknione, do tej pory zawsze znajdowano kompromis zadowalający obie strony. * W dobie wdrażania reformy zdrowia rozlegają się głosy: nie stać nas na jakość... - Wręcz przeciwnie - nie stać nas na bylejakość. Akredytacja jest wyzwaniem wartym podjęcia nawet przy minimalnych środkach, jakimi dysponujemy. Ona nie odwołuje się do naszego stanu majątkowego, tylko domaga się zmiany mentalności. Rozgrywa się na poziomie znacznie większej świadomości. Wymaga od nas zmiany priorytetów. Wdrażając reformę zmierzamy do "wolnego" rynku usług medycznych rozbudzamy uśpioną przez całe dekady konkurencję. A wyższa jakość świadczeń medycznych zacznie się w tej grze współzawodnictwa liczyć, albo już się liczy. * Płatnik: kasy chorych najwyraźniej nie doceniają jeszcze jakości. Z wyjątkiem kas: śląskiej, już mniej wielkopolskiej, lubelskiej, dolnośląskiej, które nieco, w granicach 10-15 proc. na korzyść placówek z certyfikatem, różnicują kontrakty, inne chcą mieć jakość... za te same pieniądze. - Nazwałbym to polityką na wspak kardynalnym zasadom ekonomii: motywować do dobrych efektów i nagradzać za ich osiągnięcie. I myślę, że to się wkrótce zmieni. Znamienne, jeszcze trzy, a nawet dwa lata temu wśród uczestników dorocznej konferencji nt. jakości, organizowanej w Krakowie, nie uświadczyło się reprezentantów kas chorych. Na ostatnią mazowiecka kasa wydelegowała dwudziestu! Wykładowcami są coraz częściej pracownicy kas chorych. W ubiegłym roku wielkopolska kasa prezentowała, metodycznie niedoskonałe, ale własne badania satysfakcji pacjentów podstawowej opieki zdrowotnej. A zadowolenie klientów- pacjentów jest może subiektywnym, ale niepodważalnym kryterium jakości. * A może oczekiwanie wyższego kontraktu czy innej "renty" z tytułu wysokiej jakości jest wręcz nieprzyzwoite, jak sugerowała w swoim trochę przewrotnym wystąpieniu Katarzyna Tymowska, w końcu autorytet w dziedzinie przekształceń w ochronie zdrowia? - Zdecydowanie polemizowałbym z takim postawieniem sprawy. Przyznam
otwarcie, że nasz szpital czerpie korzyści z akredytacji, tyle że głównie
na innym - niefinansowym - planie. Samorząd lokalny poważnie rozważał
odebranie nam statusu szpitala wojewódzkiego, co oznaczałoby
zredukowanie 2/3 działalności, zwolnienia, ludzkie dramaty. W tym czasie
przyznano nam warunkową akredytację na jeden rok, dopiero w 2000 r.
otrzymaliśmy pełną - na trzy lata. To było rzucone nam koło
ratunkowe. * Chodzą słuchy, że zainteresowali się inwestowaniem w wasz szpital partnerzy z Niemiec. Czy to również rodzaj "renty" za dobrą jakość? - Rzeczywiście, dwie duże spółki z Niemiec chcą dokończyć budowę
wznoszonego od 20 lat (!) obiektu nowego szpitala. Ministerstwo Zdrowia
dokonało ostatnio przeglądu wszystkich "rozgrzebanych"
inwestycji, zaliczając koszalińską do tych, które będą kontynuowane,
i to w pierwszej kolejności. Oferta niemieckich partnerów jest starannie
rozważana. Służą temu liczne konsultacje z udziałem samorządów
zawodów medycznych oraz terytorialnego. Samorząd lokalny zachowa
mniejszościowy pakiet w spółce zawiązanej z partnerem niemieckim.
Chodzi o stworzenie takich gwarancji, żeby lokalna społeczność zyskała
na tym przedsięwzięciu, aby dostępność do bezpłatnych usług
medycznych w żadnej mierze nie została uszczuplona. * Szpital sam szuka nowatorskich rozwiązań. Ma na koncie pionierskie w kraju wdrożenie kontraktowego systemu pracy lekarzy. Czy ten manewr z perspektywy czasu jest dobrze postrzegany? - Jak każda nowość początkowo wzbudzał on opory środowiska. Dziś jest akceptowany, bo jego zalety można było sprawdzić. Na wariant: samodzielny gabinet lekarski - podmiot gospodarczy nie zdecydowało się 3 lub 4 lekarzy (na 130 zatrudnionych), motywując to stanem zdrowia. Nie udało nam się, niestety, przekonać pielęgniarek do podobnego rozwiązania; luki w prawie zezwalają na zarejestrowanie niepublicznego zoz-u, grupowej praktyki pielęgniarskiej. Taki nzoz może stanąć do przetargu na określone zadania. Organ założycielski nie ingeruje w takie decyzje samodzielnej placówki. * Czy Związkowi Pracodawców Pomorza Zachodniego udało się stworzyć lobby, z którym liczy się kasa chorych? Daleki byłbym od demonstrowania dobrego samopoczucia w tej mierze. Co
najwyżej udało się stworzyć grupę nacisku, platformę do wspólnych
uzgodnień i negocjacji. Związek zrzesza ponad 80 zakładów opieki
zdrowotnej, w tym trzy czwarte szpitali woj. zachodniopomorskiego. ZRKCH
traktuje nasze zrzeszenie jako reprezentację pracodawców w regionie. Związek
wyłonił zespoły do negocjacji kontraktów dla poz, ambulatoryjnej
specjalistyki oraz szpitalnictwa. * Czy podczas debat Związku Pracodawców Pomorza Zachodniego pojawia się temat prywatyzacji szpitali, bądź oddziałów ? - Po paru latach zarządzania jednostką samodzielną - w Koszalinie
byliśmy jednymi z pierwszych decydując się na ten krok w 1997 r. - ten
status wydaje się etapem przejściowym. Porównując to z poprzednim
systemem, nadziałowo - budżetowym, samodzielność, niewątpliwie, była
krokiem do przodu. Pod warunkiem, że zaistniały - a to było w Polsce
rzadkością - dwie okoliczności: mocny, zdeklarowany właściciel,
jednoznaczne instrumenty prawne. Wówczas wyłaniały się szanse na
efektywne zarządzanie. * Dziękuję za rozmowę. Życzę pomyślnej realizacji tego zamysłu,
oby w nieodległej przyszłości. Dla członków izb lekarskich bezpłatnie. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2007-04-04