Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 2001 Gazety Lekarskiej  Numer 2001-07/08  Okrakiem na dwóch województwach 

Na Podbeskidziu dyrekcje placówek i personel skonsolidowały się wokół ratowania miejsc pracy i nieutracenia pacjentów

Z dr med. Krystyną Szyrocką-Kowalczyk, prezesem Beskidzkiej Izby Lekarskiej rozmawia Halina Kleszcz

Krystyna Szyrocka-Kowalczyk: Samorząd zawodowy przeżywa trudne chwile, ale z pewnością nie wyczerpał swoich możliwości.
* Czym żyje samorząd lekarski, któremu pani doktor przewodzi?

- Tymi samymi problemami, co inne izby. Na plan pierwszy wysuwają się utrudnienia w kształceniu podyplomowym lekarzy i sprawy socjalno-bytowe. W sztuczny, administracyjny sposób dostosowano kształcenie do możliwości zatrudnienia i płacenia za rezydentury. Na dodatek, ku oburzeniu środowiska zasłonięto się argumentami, że to wszystko rzekomo po to, żebyśmy ujednolicili nasz system z wymogami Unii. Ogromną rzeszę kolegów tymi decyzjami pozbawiono szansy podnoszenia kwalifikacji, a co za tym idzie - rozwoju zawodowego. Można by to zrozumieć, gdyby stały za tym jakieś poważne szacunki oparte na demografii i epidemiologii. Tymczasem odnieść można wrażenie, że decyzje być albo nie być dla całej rzeszy lekarzy podejmowane są polskim zwyczajem trochę z sufitu. Dlatego poziom wzburzenia i niepokoju w najmłodszym pokoleniu lekarskim sięgnął zenitu.
Samorząd lekarski wielokrotnie występował w przeszłości z postulatem ograniczenia naboru na studia medyczne, swoistego numerum clausus. Bezskutecznie. Odpowiedź brzmiała, że to leży poza możliwościami Ministerstwa Zdrowia, bo akademie są jednostkami samodzielnymi. Jakby zapomniano, że uczelnie są utrzymywane z pieniędzy podatników, a młody człowiek na studiach dziennych korzysta z grosza publicznego. Efekt? Tylko jedna trzecia absolwentów medycyny znajduje zatrudnienie.

* Wąskie gardło, jakim jest uzyskanie w obecnej dobie specjalizacji bulwersuje wszystkich od Tatr po Bałtyk. Nie ucichły kontrowersje wokół merytorycznego przygotowania "akcji", jaką jest złożony ze 170 pytań test kończący staż oraz rozmowa kwalifikacyjna.

- Od ich wyniku zależy, czy ubiegający się o otwarcie specjalizacji otrzyma tę życiową szansę. Potem rodzi się następna ważna kwestia - gdzie kandydat będzie się specjalizował. Nie wszystkie ośrodki uzyskały wymaganą akredytację. Nie wszyscy ubiegający się o specjalizację będą mieli możliwość zdobywania jej w pobliżu miejsca zamieszkania. Wedle naszego wyczucia w przyszłości specjalizacje odbywać się będą wyłącznie w ośrodkach akademickich.
Sama znam koleżankę, która została zakwalifikowana do odbycia trzyletniej specjalizacji w Klinice Nefrologii ŚAM, kierowanej przez prof. J. Kokota. Można by to uznać za fart życiowy, gdyby lekarka nie była młodą mężatką z rocznym dzieckiem. Założenia rodziny nie można przecież odkładać w nieskończoność tylko z powodu wyboru takiego, a nie innego zawodu.
W sytuacji nie do pozazdroszczenia znalazły się osoby, które już rozpoczęły pracę zawodową w starym systemie, zdążyły zaliczyć pierwszy stopień specjalizacji przed wprowadzeniem nowych warunków. Dalsze etapy wypadnie im już realizować w nowych realiach.
Ustawodawca chyba już "połapał" się, jak to komplikuje życie, bo znowelizowano rozporządzenie i dozwolono tym osobom odbywać staż na bazie oddziału, w którym są aktualnie zatrudnieni, z koniecznością brania udziału w niektórych zajęciach w ośrodku, który odpowiada za przebieg specjalizacji.

* Najmłodsze roczniki absolwentów opuszczają mury uczelni w momencie rewolucyjnych zmian. Co można zrobić, żeby to lądowanie nie było tak bolesne?

- W starym systemie najpierw należało zadbać o miejsce pracy, by móc rozpocząć specjalizację. Dzisiaj wszystko to uległo odwróceniu. Uważam, że rozpoczynający studia już na starcie powinni dowiadywać się o warunkach, jakie będą obowiązywały po ich zakończeniu. Dokonywaliby świadomego wyboru: sześć lat nauki, dalsze kilka poświęcone stażowi i specjalizacji, dopiero potem rodzina i zakotwiczenie gdzieś w Polsce. Samorząd nie może tych dramatycznych problemów nie dostrzegać i nie zajmować jednoznacznego stanowiska.

* Brała pani udział w pracach Komisji Legislacyjnej NRL. Czy liczono się z waszym głosem?

- Widząc z bliska bezskuteczność naszych wysiłków w końcu się poddałam, wycofałam się z prac w komisji. Każdy z nas ma własną ekonomię. Ja też nie mogę marnować czasu, wolę go przeznaczyć na rozwój zawodowy, na pracę w samorządzie na rzecz lokalnego środowiska, wreszcie dla rodziny. Nie był to zresztą czas całkowicie zmarnowany. Musiałam się przegryźć przez wszystkie akty prawne dotyczące ochrony zdrowia i myślę, że to obecnie profituje w moich działaniach w korporacji.

* Rozgoryczenie brakiem skuteczności działań samorządu jest dość powszechne. Jak pani to postrzega?

- Nie straciłam jeszcze wiary, że samorząd zawodowy ma nadal do odegrania ważną rolę. Ale zmieniająca się gwałtownie rzeczywistość ochrony zdrowia pozbawia wielu naszych kolegów - bo mężczyzn poczuwających się do odpowiedzialności za materialny byt rodzin dotyczy to bardziej, niż kobiet - możliwości udzielania się na polu samorządu. Ponad połowa z nich ma więcej niż jedno miejsce pracy; zarejestrowali prywatne praktyki. W tej sytuacji samorząd chcąc nie chcąc się feminizuje.

* W szczególnej sytuacji jest chyba izba, która po nowym podziale administracyjnym straciła oparcie w samorządzie terytorialnym?

- Nie da się zaprzeczyć. Z nostalgią wspominamy dobre relacje z kolejnymi wojewodami bielskimi: Mirosławem Styczniem i Markiem Trombskim. Znajdowało to przełożenie na konkretne osiągnięcia samorządów zawodowych, nie tylko zresztą lekarskiego. Wiele czasu upłynie, zanim w nowych granicach - a znaleźliśmy się nagle okrakiem na dwóch województwach: w czterech powiatach śląskiego i trzech małopolskiego - uda się zbudować równie dobry klimat współpracy.
Podporządkowanie szpitali różnym organom założycielskim - marszałkowi, starostom, prezydentom - powoduje, że organizacja opieki zdrowotnej "rozjeżdża się". Nasze trwanie przy utrzymaniu BIL bynajmniej nie wypływa z czystego przywiązania do stanu posiadania. I myślę, że uchwały kolejnych zjazdów BIL też wyrażają wolę środowiska, aby nie "oddalać" izby, bo mniejsza, ale własna lepiej wyraża ich oczekiwania, łatwiej do niej dotrzeć ze swymi problemami.
Dystans geograficzny przy chronicznym braku czasu w naszym zawodzie jest istotnym argumentem. Staniemy się "niemym" stowarzyszeniem martwych dusz. Toteż z mieszanymi uczuciami obserwujemy zapędy niektórych polityków do odgórnego narzucania rozwiązań w sytuacji, kiedy ustawa o izbach lekarskich dopuszcza samostanowienie w tej kwestii. Za takie ręczne sterowanie uznać wypada ostatnią inicjatywę posła AWS Kazimierza Kapery, zmierzającą do tego, by parlament ponad głowami lekarzy decydował o granicach izb lekarskich i koniecznie dostosował ich liczbę do mapy województw, a siedziby samorządów do siedzib marszałków.
Odczucia środowiska są akurat diametralnie odmienne, widoczne są ciągłe tendencje do decentralizacji, czego wyrazem choćby demokratyczne przegłosowanie przez NRL powołania nowej izby w Częstochowie dla pięciu sąsiednich powiatów. W podobnej sytuacji, jak nasza, są izby w Płocku, Gorzowie Wlkp. i Zielonej Górze, Bydgoszczy i Toruniu, wreszcie w Koszalinie. Wszystkie bronią swojej pozycji. Pojawia się więc raczej retoryczne pytanie: czy izba jest dla marszałka czy dla lekarzy?

* Które z inicjatyw izby szczególnie sobie pani ceni?

- Chyba taką inicjatywą było powołanie przez BIL kilka lat temu Funduszu Kształcenia Medycznego oraz własnego ośrodka kształcenia. Kiedy w powodzi gwałtownie zachodzących zmian "upadły" WODKAM - y, które do tego momentu właściwie nieodpłatnie realizowały zadania kształcenia ustawicznego, uznaliśmy, że refundowanie chociaż części wydatków z tego tytułu, które z dnia na dzień spadły na barki samych lekarzy, będzie dla nas priorytetowe. Nie było innego wyjścia, bowiem kształcenie zostało wykreślone z wszystkich ustaw kompetencyjnych, a pozostało w ustawie o zawodzie lekarza.
Pojęcie o skali tej pomocy daje wyliczenie: w pierwszym półroczu 2001 przy populacji ok. 3 tys. lekarzy, należących do BIL, wyasygnowaliśmy na ten cel 55 tys. PLN, w tym samym czasie przeznaczając na pomoc stricte socjalną, w postaci zapomóg losowych, 45 tys. PLN.
Dokonaliśmy też innego zabiegu, wydatnie podnoszącego efektywność środków wydawanych na dofinansowanie szkoleń i kursów niezbędnych w procesie specjalizacji. Delegowanie kolegów na szkolenia w większych ośrodkach pochłaniałoby więcej pieniędzy niż rozwiązanie, na które się zdecydowaliśmy. Zapraszamy wybitnych przedstawicieli różnych dyscyplin medycyny na wykłady, przybierające postać intensywnych, całodniowych szkoleń w konkretnej dziedzinie. Odbywają się one w siedzibie BIL w Bielsku Białej.

* Jak z punktu widzenia izby przebiegają na waszym terenie procesy restrukturyzacji placówek i prywatyzacji zadań w lecznictwie podstawowym?

- Na pewno inaczej niż w dużych ośrodkach akademickich i wielkich aglomeracjach miejskich. Tam, gdzie w przeszłości doszło do przerostów zatrudnienia, nieuchronne są napięcia i niezadowolenie. Restrukturyzacja niezawodnie wiąże się z racjonalizacją zatrudnienia, co prowadzi do bolesnych rozstrzygnięć. Jak grzyby po deszczu powstające nowe podmioty niepubliczne borykają się z niejednolitym traktowaniem przez samorządy terytorialne - dawne organy założycielskie publicznych zoz-ów, które na początek na ogół oferują im niskie czynsze, a po roku drastycznie podnoszą stawki, także dzierżawy sprzętu. To czasami są działania podcinające rację bytu nieokrzepłych podmiotów.
Niektóre niepubliczne podmioty odziedziczyły wyremontowane budynki, a inne - obiekty w ruinie, wymagające wielkich nakładów. Dlatego zdaniem samorządu lekarskiego za prywatyzacją zadań powinno pójść uwłaszczenie warsztatów pracy, poprzez stworzenie - przez organy założycielskie - warunków do wykupu na preferencyjnych zasadach. Byłoby to i sprawiedliwe, i w sumie korzystne dla pacjentów. Liderzy spółek lekarskich nie borykaliby się z tak wielkimi problemami na starcie, więcej środków, pochodzących z kontraktów z kasą chorych, można by przeznaczyć na samo leczenie.
Tymczasem lokalne samorządy nie palą się do takiego rozwiązania. Czasami motywują to tym, że nie chcą - i nie mogą - stracić wpływu na politykę zdrowotną na swoim terenie.
Przewidujemy, że nie zaspokojenie tych oczekiwań może skończyć się tym, że liderzy spółek lekarskich wyprowadzą się z lokali samorządowych. Wybudują lub wykupią na wolnym rynku lokale, zaciągając kredyty. Nie można przecież inwestować w budynki nie będące własnością lekarzy. To nie będzie dobre, bo zmarnujemy majątek publicznej służby zdrowia.
Z drugiej strony, rozumiemy, że trzeba czasu, aby w ludziach, samorządach też, wyrobiła się ufność do żywiołowo zachodzących zmian.
W małych środowiskach społeczności są zaniepokojone z chwilą, gdy lekarze "przechodzą na swoje", zaczynają uprawiać wolny zawód za publiczne środki z kasy chorych. Łatwo rodzi się obawa, że to oznacza koniec bezpłatnej opieki zdrowotnej.

* Jaki obszar zagadnień rozwiązuje izba wspólnie z innymi samorządami zawodów medycznych?

- Ubolewam, że ta współpraca jest w sumie blada. A mam przeświadczenie, że powinniśmy stworzyć wspólny front, szczególnie dotyczy to samorządu pielęgniarskiego, razem pracując nad formami prywatyzacji opieki zdrowotnej. Nie powstawałyby animozje, pielęgniarki nie miałyby nas za wrogów. Nie ferowano by zarzutów, że w trakcie prywatyzacji opieki podstawowej "lekarze biorą wszystko, a pielęgniarki znów stają się wyrobnicami nowego systemu".
Żałuję, że nie udało się powołać międzysamorządowej komisji do rozwiązywania spornych kwestii. Kilka lat temu podejmowane były próby takiego współdziałania, aktualnie nie pracuje żaden partnerski zespół. Samorządy bardziej niż na czym innym skupiły się na sprawach bytowych.

* Czy samorząd musi gasić pożary, interweniować w przypadku ostrych konfliktów pomiędzy pracodawcami a personelem?

- Tam, gdzie dochodzi do różnicy zdań między dyrekcjami a lekarzami, wkładamy palce między drzwi. Z gorszym bądź lepszym skutkiem pełnimy rolę mediatora. Niekiedy oczekiwania kolegów - np. co do wysokości poborów, układów zbiorowych, regulaminów premiowania - są źle adresowane, ponieważ ten obszar został - w aktach prawnych - wyraźnie zastrzeżony dla związków zawodowych. W ostatnim czasie, na szczęście, nie odnotowaliśmy na naszym terenie otwartych konfliktów pomiędzy pracodawcami a kadrą medyczną. Nie licząc napięć spowodowanych odłączeniem się lecznictwa otwartego w Bielsku.
Uspokajaliśmy emocje i niwelowali nieporozumienia wokół tej "rewolucji" organizując spotkania podzielonych stron w lokalu izby.
Generalnie jednak, aby przetrwać gorsze czasy finansowania dyrekcje i personel placówek konsolidują się chcąc utrzymać strukturę placówek i nie stracić pacjentów, za którymi, teoretycznie, w myśl reformy, mają podążać środki finansowe.

* Czy występuje na waszym terenie problem bezrobocia?

- W minimalnym zakresie; kilka osób aktywnie poszukuje zatrudnienia. Myślę, że jest to dobry spadek po poprzednich władzach województwa bielskiego, które niebywale konsekwentnie pilnowały racjonalnego zatrudnienia. Jednostkom nie przyznawano środków na etaty nominalne, lecz na tzw. kalkulacyjne. W związku z tym problem bezrobocia nie wyraża się u nas zbyt mocno. Za to rokrocznie mamy problemy z zatrudnieniem stażystów; część z nich, z konieczności, szuka pracy w innych rejonach. Natomiast nie odnotowujemy dramatycznych, masowych zwolnień i likwidacji placówek, jak to ma miejsce np. w Łodzi.

* Czy wyobraża sobie pani siebie - w roli przewodniczącej - w kolejnej kadencji BIL?

- O ile uda mi się pozyskać współpracowników w liczbie większej niż jedna czy dwie osoby, jak to ma miejsce obecnie, to owszem. Chciałabym dokończyć kilka rozpoczętych projektów.

* Jest pani postrzegana jako osoba radykalna, śmiało prezentująca swoje racje. Czy fakt, że jest pani chirurgiem ma tu swoje znaczenie?

- Bardzo możliwe, moja profesja wymaga szybkich i zdecydowanych decyzji.

* Dziękuję za rozmowę i życzę pomyślności samorządowi - pod pani sterami - broniącemu słusznych racji.


Krystyna Szyrocka-Kowalczyk, jedna z czterech kobiet w Polsce przewodzących korporacji lekarskiej, jest absolwentką łódzkiej AM , specjalistą chirurgii dziecięcej w Szpitalu Powiatowym w Suchej Beskidzkiej. Mąż jest właścicielem apteki w Makowie Podhalańskim, gdzie mieszkają z trzema córkami Anią (22 l.), Magdą (18 l.), Olą (13 l.). Dr farmacji Kazimierz Kowalczyk pełni funkcję prezesa Beskidzkiej Izby Aptekarskiej.


fot. Marek Stankiewicz

Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04