
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2000 Gazety Lekarskiej Numer 2000-11 Bez komentarza
Można by rzec: "Zdarzyło się to dawno, dawno temu, bo aż w
listopadzie 1983 r.". Między Wisłą i Odrą rozluźniono już nieco
cenzurę, "rozmowy kontrolowane" i inne atrybuty tego okresu,
ale ciągle trwał czas stanu wojennego. O dziwo, z niewiadomego powodu
nie tylko zezwolono mi wyjechać na rok do Paryża, po naukę
ultrasonografii, ale mogłem zabrać ze sobą również Piotra, średniego
syna, podówczas 14-letniego ucznia I klasy liceum. Pewnego wieczoru, już
w Paryżu, siedzieliśmy przy kolacji, w naszym mieszkaniu przy rue de
Lille i Piotr nagle powiedział tak: "Czy wiesz tato, że dziś w
czasie klasówki zauważyłem, że nikt z moich francuskich kolegów nie
ściągał. Nikt a nikt! W pewnej chwili zapytałem nawet o coś mojego sąsiada,
ale on po prostu pokazał mi plecy! W tej szkole wszyscy piszą tylko to,
co wiedzą!"
I to było moje pierwsze spotkanie z normalnym i właściwym podejściem
do tego, co się dzieje w szkole - i to wszystko jedno jakiej: podstawowej
czy wyższej. Powiedzą państwo, że przecież ściąganie w szkole
jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Oczywiście pod warunkiem, że nie
zostaliśmy przyłapani przez nauczyciela! Ale to tylko część prawdy.
Bo potem wędruje się przez studia, meandrując między kolokwiami i
egzaminami, ot, aby zdać, aby zaliczyć. "Państwowa ocena" nie
daje jednak wcale gwarancji, że rośnie oto lekarz, którego opiece będzie
można z czystym sumieniem powierzyć chorego. Na przykład kogoś z
naszych bliskich.
Nauczanie leży głęboko w mojej naturze. Gdybym nie był tym, kim
jestem, pewnie zostałbym nauczycielem. Od bardzo wielu lat uczestniczę w
rozmaitych egzaminach, przy czym jak cierń siedzi we mnie coś, o czym po
raz pierwszy chcę wypowiedzieć się publicznie. Chodzi o właściwe
podejście do uczenia się i sprawdzania nabytych wiadomości. Rzecz
dotyczyć więc będzie zarówno uczących się, jak i nauczających.
I znów dygresja. Jochen Träger, mój przyjaciel z Heidelbergu, radiolog,
profesor i dziekan tamtejszego uniwersytetu zagadnął mnie kiedyś tak:
"Słuchaj no, powiedz mi, jaki jest odsetek osób nie zaliczających
egzaminu specjalizacyjnego z radiologii przy tzw. pierwszym podejściu? Bo
tak się jakoś dziwnie składa, że w Rosji i w wielu krajach dawnego
bloku sowieckiego problem ten w ogóle nie istnieje.
Egzamin zalicza 100% zdających!" Zabrzmi to może nieco okrutnie, ale
miarą jakości egzaminu i poziomu nauczania przedmiotu jest przecież między
innymi także i wielkość odsetka tych, którzy nie zdali. Nawet ja, pisząc
teraz te słowa chciałem napisać - tych, którym się nie powiodło! No więc
jak to jest?
Dlaczego mówiąc o przyczynach wysokiego poziomu radiologii w wielu krajach
Europy Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych wymieniamy na pierwszym
miejscu powszechną dostępność najnowocześniejszej aparatury, nie chcąc
jakby pamiętać, że uzyskanie specjalizacji z radiologii nie jest tam
wcale sprawą prostą i łatwą?
Dlaczego z troską, ale i ze zrozumieniem kiwamy głowami słysząc, że
egzamin specjalizacyjny zalicza niekiedy tylko 50% zdających, zaś w
odniesieniu do naszego podwórka skłonni bylibyśmy uznać za rzecz normalną
to, że zalicza go bez mała 100% zdających?
Dlaczego zamiast relacji "zdający - egzaminator" spotykamy się
nierzadko ze stosunkiem "biedne dzieci - dobrzy wujkowie i troskliwe
ciocie"?
Dlaczego tzw. opiekunowie specjalizacji traktują niepowodzenie swoich
wychowanków jako prawie życiową klęskę - tak jednych, jak i drugich,
podczas gdy wskazywać to winno jedynie na konieczność lepszego
przygotowania się do ponownego egzaminu?
Dlaczego niejednokrotnie w czasie egzaminu z takim trudem przychodzi
powstrzymywać niektórych, szanownych członków komisji egzaminacyjnej
przed niesieniem pomocy zdającym?
Dlaczego bywa i tak, że przewodniczący komisji egzaminacyjnych pozwalają
swoim utytułowanym kolegom, profesorom i docentom, na wędrówkę od zdającego
do zdającego, co stwarza przecież sytuację niezbyt klarowną i jasną (a
może właśnie zbyt klarowną dla niektórych zdających)?
Nie sądzę, aby z dnia na dzień zmieniły się zwyczaje, które panują w
polskiej radiologii od co najmniej kilku dziesięcioleci. I proszę mi nie mówić,
że w trosce o zdrowie psychiczne należy unikać "wyścigu szczurów",
bo przecież chodzi tu o coś zupełnie innego. Skoro bowiem mamy zajmować
się czymś takim jak zdrowie i życie naszych pacjentów, to naprawdę
tylko najlepsi winni być dopuszczani do uprawiania sztuki medycznej!
Andrzej Marciński
Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|