
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2000 Gazety Lekarskiej Numer 2000-11 Felieton miesiąca
Potrzeba pogłębiania lekarskiej wiedzy zawiodła mnie na kilka tygodni
do Warszawy. Mój przyjazd do stolicy zbiegł się w czasie z
wprowadzeniem ograniczenia do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę prędkości
pojazdów poruszających się ulicami gminy Centrum. Miałem więc okazję
sprawdzić osobiście, czy budzący tyle kontrowersji przepis rzeczywiście
wszedł w życie. Poza kilkoma pierwszymi dniami, kiedy to obstawiono
drogi największej warszawskiej gminy zmotoryzowaną policją ściągniętą
z całego miasta, nie zauważyłem, by kierowcy przejmowali się nowym
ograniczeniem. Większość jeździła tak jak wcześniej, grubo
przekraczając nie tylko dopuszczalną obecnie pięćdziesiątkę, ale i
"starą" sześćdziesiątkę. Niemal każdy ze stołecznych Vip-ów,
z szefem tamtejszej policji włącznie, na pytanie dziennikarzy o
przestrzeganie nowego przepisu odpowiadał dyplomatycznie, że owszem
stara się, przemilczając jednocześnie, co z tych starań wychodzi.
Jak tu się jednak nie śpieszyć, jeśli w dwumilionowej aglomeracji nie
ma porządnej sieci metra, dróg praktycznie się nie buduje, a samochodów
przybywa w lawinowym tempie. Wątpię, by w godzinach szczytu ktoś jeździł
Marszałkowką albo Jerozolimskimi bez potrzeby. Ludzie gnają z jednego
końca miasta na drugi we własnych, czyli ważnych interesach i gdyby
robili to w żółwim tempie mało kto miałby szansę zdążyć do celu,
bo miasto sparaliżowałby jeden wielki korek.
Mało prawdopodobne, by nie wiedzieli o tym warszawscy radni. Tymbardziej,
że jest ich w stolicy aż dziesięciokrotnie więcej niż w Nowym Jorku.
Może więc rację ma dozorca z "mojego" parkingu na stołecznych
Bielanach, który znacząco mrużąc oko zapewniał mnie, że nowy przepis
nie ma służyć ani kierowcom, ani też pieszym, tylko firmie wykonującej
nowe znaki.
Piszę o tym, bo sprzymierzone siły ministerialno-kasowe też zapowiedziały
malowanie nowych znaków. Nie, proszę się nie obawiać, nie na
jezdniach. Już w lutym przyszłego roku każdy lekarz dostanie bloczek
recept opatrzonych jego indywidualnym kodem kreskowym. Dzięki temu
sprawniejsza i bardziej efektywna ma być kontrola recept wystawianych na
leki refundowane z budżetu państwa. W efekcie w telewizyjnych
"Wiadomościach" nie będzie już można usłyszeć ile mieszkań,
futer i wycieczek na Seszele wykupili nieuczciwi aptekarze i lekarze w
zamian za "leczenie" fikcyjnych osób otrzymujących za darmo
wszystkie medykamenty. Ogromne sumy, wyciekające obecnie z naszej wspólnej
kieszeni niczym woda z dziurawego garnka pozostaną w państwowej kasie, dzięki
czemu podniesie się poziom leczenia całego społeczeństwa. Tak w największym
skrócie wygląda wytłumaczenie, dlaczego oprócz wcześniej wprowadzonych
literek i kwadracika na drukach Mz.-Pom. pojawią się paski.
Wygląda na to, że trzecia w ostatnich dwóch latach reforma recepty ma tym
razem wyjątkowo mocne usprawiedliwienie, z którym nawet nie wypada
polemizować. Nie jestem jednak pewny, czy z nowymi kodami kreskowymi nie będzie
przypadkiem tak jak ze sławetną pięćdziesiątką w gminie Centrum.
Zostaną wprowadzone, zrobi się sporo propagandowego szumu, ktoś na tym
zarobi, inni (to my!) stracą trochę grosza i czasu, a rzeczywistość
zbytnio się nie zmieni. Bo jeśli maleńka, licząca zaledwie trzecią część
procenta wszystkich ubezpieczonych grupa inwalidów wojennych pochłania
dziesięć, a według niektórych szacunków aż siedemnaście procent
wszystkich pieniędzy przeznaczonych na refundację leków to zamiast bawić
się w kreskowanie papierków należałoby raczej spróbować leczenia
przyczynowego, czyli jak najszybciej zatkać bardzo dobrze przecież znaną
dziurę. A więc jeśli nie kompetencjami ministerstwa to parlamentu prawnie
ograniczyć bądź zupełnie wyeliminować możliwość stuprocentowej
refundacji recept z oznaczeniem IWB. Czy to naprawdę takie trudne? Osobiście
byłbym za rozwiązaniem typu "i wilk syty, i owca cała", polegającym
na opracowaniu listy leków objętych pełną refundacją. Bo czyż
inwalidzi wojenni cokolwiek straciliby na zdrowiu, gdyby odebrano im prawo
do bezpłatnej Viagry i Geriavitu?
Całe to szachrajstwo z darmowymi receptami, za które bodaj najwyższą cenę
płacą "zwykli" emeryci i renciści, którym 500-600 złotych
musi starczać na wszystko z apteką włącznie, można by w dziecinnie
prosty sposób zlikwidować. To, że nikt jeszcze tego nie zrobił lada
chwila przestanie być dziwne, a zrobi się podejrzane.
Sławomir Badurek
Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|