
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2000 Gazety Lekarskiej Numer 2000-11 Prywatyzacja, komercjalizacja, pacjent
Czy prywatne zawsze znaczy lepsze? Nie zawsze. Jest to mit wyrosły na
gruncie powszechnej własności państwa, tęsknota za czymś innym i
lepiej zorganizowanym, bo własnym. Najłatwiej prześledzić to na przykładzie
opieki medycznej.
W ostatnich latach daje się zaobserwować w Polsce żywiołowy proces
komercjalizacji rynku usług medycznych, polegający na obciążaniu
pacjentów leczonych w placówkach publicznych dodatkowymi opłatami różnego
rodzaju (finansowanie fundacji, cegiełek etc.). W pierwotnej formie
zjawisko to miało miejsce od wielu lat. Przykładem klasycznym było
przyjmowanie do szpitala pacjentów via gabinet prywatny, uzależnianie
szybszego wykonania operacji od przyjęcia gratyfikacji, podział na
pacjentów "wdzięcznych" i "niewdzięcznych".
Wielu pacjentów żywiło niezachwianą wiarę, że dobry lekarz, to
lekarz prywatny, a dodatkowo wniesione opłaty zwiększają szansę na
skuteczne leczenie. Pierwsza część tego zdania była z gruntu fałszywa,
druga - częstokroć prawdziwa. Tak jak w każdym zawodzie, tak i o jakości
pracy lekarza decyduje jego wiedza, doświadczenie i osobista uczciwość,
a nie rodzaj umowy o pracę. Pieniądze motywują, jednakże tak długo,
jak nie ma autentycznej konkurencji na rynku usług określonego typu -
zarobić ma szansę każdy, nawet ten zły.
Kilka własnych doświadczeń
Oto kilka własnych doświadczeń. Przez wiele lat moimi dziećmi opiekowała
się wspaniała, cierpliwa i wyrozumiała lekarka z małej przychodni
rejonowej. Była osobą nie tylko fachową, ale także dobrą, sympatyczną
i cierpliwą. Chodziła skromnie ubrana, sama wychowywała dwóch synów.
Nigdy nie narzekała na swój los.
Rok temu z polecenia innego lekarza trafiłam do jednego z niepublicznych
zoz-ów, przyjmował tam lekarz o rzadkiej specjalności, zatrudniony w
jednym ze stołecznych szpitali.
Placówka sprawiała wrażenie całkowicie wyludnionej, tzn. pozbawionej
pacjentów. Specjalista ów, po banalnym, pobieżnym badaniu, orzekł, że
na moją dolegliwość nie ma innego sposobu jak tylko zabieg operacyjny
pod narkozą, na który, mnie zszokowanej, natychmiast wyznaczył termin
za kilka dni, podając cenę. Bez badań wstępnych, bez podjęcia
jakiejkolwiek próby leczenia zachowawczego. Za radą rodziny skonsultowałam
ów przypadek u innego lekarza, który zlecił stosowną kurację
zachowawczą.
Spośród prywatnych wizyt u specjalistów najwyższej klasy, czyli
profesorów o renomowanych nazwiskach, dwie utkwiły w mojej pamięci w
sposób szczególny.
O pierwszą zabiegałam jako matka. Aby zdobyć jeden z nielicznych numerków,
wydawanych rano w rejestracji spółdzielni, trzeba było zająć kolejkę
o 5 rano. Była zima, na wyludnionych o tej porze ulicach stolicy panowały
ciemności. Kiedy ów numerek zdobyłam, byłam tak zmarznięta i zmęczona,
iż miałam poważne wątpliwości, czy warto było wstawać w środku
nocy. Po wizycie okazało się, że warto.
Pani profesor była lekarką - humanistką, wychowaną w przedwojennym
systemie wartości, preferującym nade wszystko jakość kontaktu z
pacjentem. Przytuliła moje przestraszone dziecko, traktując je jak kogoś
bliskiego, a nie medyczny eksponat, po czym w ciepłych i fachowych słowach
rozwiała moje lęki, udzielając niezwykle prostych, ale też niezwykle
istotnych rad z zakresu profilaktyki.
Wyszliśmy oboje szczęśliwi i rozluźnieni, a pięcioletni wówczas
synek zapytał mnie, kiedy znowu tam pójdziemy. Rok wcześniej wyniósł
ze szpitala uraz do ludzi w bieli, bał się nawet ekspedientek w
cukierni, ponieważ nosiły białe fartuchy. Jakiś czas później z prasy
dowiedziałam się, że ta ciepła i mądra starsza pani profesor przeżywała
aktualnie osobistą tragedię. Było to dawno, bo dwadzieścia kilka lat
temu.
O wizytę drugą zabiegałam dla siebie. Zapisy do znanego profesora -
szefa kliniki i wykładowcy akademickiego w jednej osobie - były długie,
bo kilkumiesięczne. Profesor bowiem często wyjeżdżał. Wizyta pierwsza
była nawet sympatyczna. Profesora interesowała głównie moja pozycja
zawodowa i moje buty, albo może raczej moje nogi, ponieważ często na
nie patrzył, wyjaśniając mi, jak strasznie mało, w przeliczeniu na
dolary, wynosi jego honorarium za moją wizytę. Zapamiętałam też, że
dzieci profesora nie mają mieszkań. Obiecał jednak, że mimo natłoku
obowiązków zajmie się moim przypadkiem i po zbadaniu kazał przyjść
po raz kolejny.
Po kilkumiesięcznym oczekiwaniu stanęłam znów przed obliczem
profesora, który, jak się wkrótce okazało, tym razem nie był w
najlepszym humorze. Nie poprawiła mu go nawet kolejka pacjentek, czekających
pokornie w korytarzu od 45 minut. Stanęłam pełna nadziei przed jego
obliczem, po to tylko, aby dowiedzieć, że moim przypadkiem powinni zająć
się inni, jego mniej zajęci koledzy. Efekt terapeutyczny tej wizyty był
piorunujący. Wychodząc ze spółdzielni byłam tak zdenerwowana, iż z
tego stanu wyrwał mnie dopiero pisk opon gwałtownie hamującego przed
moim nosem samochodu.
To tylko kilka drobnych, z życia wziętych przykładów, ilustrujących
starą, lecz coraz częściej ignorowaną prawdę o właściwym podejściu
do pacjenta.
Pieniądze albo życie
Coraz bardziej powszechna staje się opinia, iż głównym celem przyświecającym
autorom reformy ochrony zdrowia było takie zniechęcenie pacjentów do
publicznej służby zdrowia, aby jej komercjalizacja stała się faktem.
Jest to opinia zarówno pacjentów, jak i lekarzy. Niektórzy nazywają to
prywatyzacją przez wymuszenie, przywołując niechlubne porównania z
prywatyzacją przedsiębiorstw przemysłowych.
Należy zaznaczyć, iż czym innym jest komercjalizacja, a czym innym
prywatyzacja. Czym innym jest wybudowanie od podstaw prywatnej kliniki, założenie
spółki lekarskiej czy prywatnego gabinetu, a czym innym obciążanie
pacjentów publicznych szpitali czy przychodni dodatkowymi kosztami, czy
wprowadzanie na teren placówek akademickich bazarowego folkloru - handlarzy
ubraniami i innymi dobrami, nie mającymi żadnego związku z procesem
leczenia, jak również udostępnianie lokali na prywatne gabinety. Wszystko
to rzecz jasna po to, aby łatać dziury w budżecie źle zarządzanych i
niewłaściwie dotowanych placówek.
Zmuszanie do tzw. działalności gospodarczej lekarzy publicznych placówek
służby zdrowia jest równie żenujące i nieetyczne, jak wymuszanie
dodatkowych opłat od pacjentów. Są to działania korupcjogenne. Dlatego
wciąż aktualne jest - banalne już stwierdzenie - iż zadaniem lekarza
jest leczenie, pacjent zaś, płacący niemałe koszty na ubezpieczenie
zdrowotne, powinien mieć zapewniony przynajmniej podstawowy standard opieki
medycznej.
Polska praktyka pokazuje jednak co innego.
Lekarze - często wybitni - zajmują się ratowaniem upadających placówek
i pozyskiwaniem sponsorów. Życie i zdrowie ciężko chorych pacjentów
zależy coraz częściej od powodzenia - szalenie u nas modnych i
lansowanych przez publiczną telewizję i polityków - akcji charytatywnych.
Na ulicach proszą o wsparcie Rumunki i emeryci, pijacy i samotne matki. Na
łamach gazet - ludzie zagrożeni śmiertelną chorobą. W gabinetach
polityków i przedsiębiorców - profesorowie medycyny, naukowcy, ludzie
sztuki. Kiedy się na to wszystko patrzy, pytanie: na co w takim razie idą
nasze, bynajmniej niemałe podatki? - samo ciśnie się na usta.
Prywatyzacja w postaci czystej wymaga zainwestowania, dopływu kapitału.
Kiedy przed laty rozmawiałam z właścicielami dwóch prywatnych klinik -
obaj stwierdzili, że na zyski z tych inwestycji przyjdzie im poczekać
kilka lat, ponieważ najpierw musi zwrócić się to, co zainwestowali.
W przypadku komercjalizacji ten kapitał już jest, tyle tylko, że z różnych
przyczyn podupadający, bowiem wg doc. Katarzyny Tymowskiej "tzw.
komercjalizacja, to sytuacja, gdy publiczne zakłady sprzedają swoje usługi"*.
Komercjalizacja pozwala łatać dziury zarówno w budżecie placówki, jak i
niskich pensjach personelu. Jest to mniejsze zło praktykowane np. przez
dyrektorów źle zarządzanych szpitali.
Polscy pacjenci przyzwyczaili się do placówek publicznych. Ci mniej zamożni
obawiają się utraty dostępu do nich (pomimo ich wszelkich wad). Obawiają
się, ponieważ w ich mniemaniu na leczenie prywatne stać tylko bogatych.
Wspomniani wyżej właściciele prywatnych klinik nie mogli zrozumieć,
dlaczego Polacy nie traktują zdrowia jako najważniejszej inwestycji swego
życia - dlaczego nie chcą brać kredytów na leczenie, skoro biorą je tak
powszechnie na zakup dóbr materialnych, takich jak samochody czy
mieszkania.
Tak było kilka lat temu. Teraz sytuacja nieco się zmieniła. Prywatne
kliniki, te o dobrej opinii, poszerzają ofertę, sprzedając np. pakiet usług
pracownikom różnych bogatych firm. A w dużych miastach jest ich wiele.
Ich klientami są na ogół ludzie młodzi, niezbyt chorzy i dobrze
sytuowani. Reszta społeczeństwa, jak na razie, czuje się przypisana do
różnej jakości placówek publicznej służby zdrowia, toteż każda
informacja o planach ich przekształcenia czy też likwidacji napawa ją lękiem.
Na wieść o czymś takim natychmiast wypełniane są listy społecznego
protestu.
Trudno nie zgodzić się z Katarzyną Tymowską, kiedy twierdzi, iż
"prywatyzacja może rozpocząć proces pewnej rewolucji kulturowej w
polskiej medycynie, prowadząc do traktowania zakładu opieki zdrowotnej
jako uczciwego biznesu."* Ale nie sposób zgodzić się z inną opinią
tej samej autorki, która odnosząc się do kwestii prywatnych ubezpieczeń
zdrowotnych stwierdza, "że społeczeństwo ma ciągle poczucie dużego
bezpieczeństwa zdrowotnego".*
Jak wskazują sondaże, a nawet życie samo, polskie społeczeństwo ma go
coraz mniej, chyba że dla ekonomistów "dużo" oznacza np. 20
proc.
Wszyscy bowiem wiemy, iż zdrowie będzie zawsze towarem deficytowym i
najcenniejszym. W polskich realiach chorowanie kosztuje coraz więcej, ale
nie oznacza to bynajmniej, iż leczyć się można łatwiej czy skuteczniej.
Jolanta Orłowska
*Katarzyna Tymowska "Szanse i zagrożenia", "Służba
Zdrowia" nr 57-60, 1999
Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|