|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 1998 Gazety Lekarskiej Numer 1998-11 Uczciwa konkurencja
Widziane z Niemiec Uczciwa konkurencja Czy praktykujący lekarze domowi, a także specjaliści prowadzą w Niemczech jakąś konkretną działalność konkurencyjną w walce o pozyskanie pacjentów? Oczywiście, że tak! Jak wszyscy, wszędzie i zawsze, przy pomocy wszelkich dostępnych i dozwolonych środków. Zanim przejdziemy do szczegółów, w tym też do tych niedostępnych i niedozwolonych środków, bardzo ostro tutaj zwalczanych wedle zasad o nieuczciwej konkurencji, powiedzmy sobie na wstępie, że ci tak zwani w Polsce lekarze rodzinni nazywani są w Niemczech lekarzami domowymi. Określenie "rodzinny" nasuwa różne skojarzenia i w dodatku nierzadko skojarzenia zbyt bliskie i zbyt ścisłe. Lekarz domowy kojarzy się każdemu niemieckiemu pacjentowi z opiekunem jego domu, mieszkania, zdrowia i życia, i to niezależnie od tego, czy ten dom wypełniony jest dużą rodziną, bezdzietnym małżeństwem czy samotną, leciwą staruszką na wydaniu. Pozostanę więc przy określeniu "lekarz domowy" i zacznę omawianie sposobów konkurowania między sobą, od tego, czego robić nie wolno. Nie wolno na przykład sporządzać szyldów o nieograniczonych wielkościach, różnych kolorach i dowolnej treści. Wymiary szyldu są ograniczone przepisami i ich przekroczenie prowadzi do zaskarżenia o uprawianie nieuczciwej konkurencji. To samo dotyczy kolorów, które również są ujęte w przepisy. Treść szyldu jest ograniczona do najbardziej niezbędnych informacji i wprowadzanie tam treści o posiadaniu niezwykłych umiejętności w usuwaniu trądzikowatych pryszczy czy informowanie o posiadanym sprzęcie zdolnym do wykrywania najzwyklejszych zwykłości prowadzi zazwyczaj do dość bolesnych dla portfela kar. Nie wolno ogłaszać się w prasie ogólnej ani fachowej poza bardzo nielicznymi wyjątkami, jak na przykład otwieranie nowej praktyki, wyjazd na urlop lub zmiana charakteru praktyki i zatrudnienie w niej nowej lekarki lub lekarza. Może są jeszcze jakieś szczegóły, których dla uprawiania konkurencji między lekarzami w ogóle, a szczególnie między lekarzami domowymi, robić nie wolno, ale nie przychodzą mi w tej chwili na myśl. Poza tymi jednak, wymienionymi wyżej szczegółami, wolno robić wszystko, co wchodzi w zakres konkurencji od podłogi do sufitu. Dotyczy to lekarzy wszystkich specjalności. Lekarze domowi mają jednak w społeczeństwie szczególny status polegający przede wszystkim na tym, że są oni gwarantem kontynuacji leczenia, czymś w rodzaju centrum wszystkich niemalże wiadomości o pacjencie. To u nich pacjent pyta, do jakiego specjalisty ma się udać, to oni od tego specjalisty otrzymują szczegółowe sprawozdanie z przeprowadzonego badania specjalistycznego swego pacjenta. Lekarz domowy jest osią, wokół której kręci się zdrowie człowieka jak koło, które nie ma początku ani końca, i dlatego lekarz domowy jest niezbędny. W zasadzie nie ma obowiązku posiadania lekarza domowego, ale nie znam poza mną nikogo, kto nie miałby lekarza domowego. Pierwsze pytanie, jakie stawia nasza i każda inna asystentka pacjentce czy pacjentowi to pytanie o lekarza domowego i wpisanie tego "szczegółu" do kartoteki. Czas przejść do istoty rzeczy, czyli do konkurencji między lekarzami, zmierzającej do zdobywania pacjentów i, co za tym idzie, do lepszych zarobków. Wszystko zaczyna się od tego, że pacjent ma nieograniczone prawo wyboru lekarza. Od czasu wprowadzenia kart magnetycznych prawo to jest nieograniczone w czasie i przestrzeni. Konkurowanie między sobą lekarzy ogólnych i specjalistów trochę się różni. Specjaliści mają w zasadzie to samo wyposażenie, chociaż i tu różnice mogą być ogromne. Nie mogą być jednak takie duże, żeby się nie mieściły na przykład w zakresie przepisanym przez Zjednoczenia Lekarskie. Natomiast praktyka lekarska ogólna może, teoretycznie rzecz biorąc, zaczynać się na kozetce i drewnianym stetoskopie, a kończyć na wyposażeniu sięgającym miliona marek. Konkurencja zatem w praktykach specjalistycznych i ogólnych zaczyna się i kończy na wyposażeniu, i to od A do Z. Kwalifikacje lekarza też odgrywają pewną rolę, ale chyba mocno nie przesadzę, jeśli powiem, że raczej drugoplanową. Pierwsze wrażenie odbiera pacjent już na progu wejścia do praktyki, począwszy od podłogi, recepcji, uprzejmości i grzeczności personelu, wyposażenia meblowego pomieszczeń, poczekalni, wystroju ścian, czystości i przede wszystkim, co jest wszędzie bardzo mocno postrzegane, od toalety, do której niemalże od razu wchodzi. Następne wrażenie, które ma dla każdego pacjenta znaczenie konkurencyjne w stosunku do innych praktyk, które już przedtem widział, to pokój przeznaczony do rozmów z chorym. W Polsce panował za moich czasów zwyczaj, że pokój badań był jednocześnie pokojem do rozmów i przebieralnią. W Niemczech te trzy pomieszczenia muszą być rozdzielone. Cały układ pomieszczeń w praktyce Kas Chorych jest uwarunkowany przepisami i każde przedsiębiorstwo urządzające lekarzowi praktykę musi się do tych przepisów stosować. O ile więc praktyka specjalistyczna musi z konieczności być wyposażona w sprzęt diagnostyczny, bez którego nie jest ona w ogóle do pomyślenia, na przykład USG u ginekologa czy EKG u internisty, o tyle praktyka lekarza domowego dysponuje swobodną rozpiętością wyposażenia i praktykowania począwszy od takiej przy pomocy kozetki i drewnianego stetoskopu aż po taką z najdroższym i najróżniejszym, bo nie ukierunkowanym żadną specjalnością, sprzętem diagnostycznym i leczniczym. I w tym punkcie, do którego trzeba by dołączyć także trochę wiedzy lekarskiej oraz bardzo wylewnej uprzejmości i serdeczności, zaczyna się i kończy zasada uczciwej konkurencji. Uczciwej - podkreślam - bo czy lekarz sobie kupi sprzęt za pół miliona czy za milion marek, to jest wyłącznie jego sprawą, nikogo nie obchodzi i nie koliduje z żadnym przepisem o nieuczciwej konkurencji. Jeśli nie ma węża w kieszeni, to jest po prostu bezkonkurencyjny w stosunku do tego, który ma wprawdzie duże doświadczenie, ale małe możliwości diagnostyczne i lecznicze, nie mówiąc już o zawężonym horyzoncie. Jeśli chodzi o dostępność lekarza, rządzi tu ogólna zasada polegająca na tym, że pacjent musi mieć dostęp do lekarza przez 24 godziny. Od tej zasady nie ma żadnego odstępstwa. Jak sobie to poszczególni lekarze zorganizują, to ich sprawa. Ważne, że pacjent ani przez chwilę nie będzie pozbawiony opieki lekarskiej. Różnie się kształtowały formy organizacyjne zapewniające pacjentowi stałą opiekę i już niektórych nawet dobrze nie pamiętam. Nie istniał i nadal nie istnieje sztywny schemat, według którego należy lub musi się postępować. Lekarze podzielili się w obrębie regionów Zjednoczeń Lekarzy Kas Chorych na małe grupy, najczęściej uwarunkowane geograficznie, począwszy od gminy po małe dzielnice wielkich miast i ustalali, i nadal pewnie jeszcze tu i ówdzie ustalają, najlepsze sposoby zapewnienia pacjentom stałej opieki. W naszych gminach i dzielnicach okolicznych miasteczek ustalił się sposób rozpisywania codziennych dyżurów od 19.00 do 7.00. Każda praktyka ma automat zgłoszeniowy, który informuje pacjenta, który lekarz aktualnie dyżuruje i podaje jego numer telefonu. W środy, kiedy wszyscy bez wyjątku lekarze Niemiec mają wolne popołudnia, podobny dyżur zaczyna się o 13.00 i trwa jak inne do 7.00. Podobnie dzielone i rozpisywane są weekendy z tym, że czas trwania dyżuru jest odpowiednio dłuższy i w niektórych grupach dzielony osobno na sobotę i niedzielę. Godne podkreślenia jest przy tym to, że nikt nie jest zwolniony z obowiązku pełnienia dyżurów. Także lekarze specjaliści, laryngolodzy, okuliści, ginekolodzy, chirurdzy i inni mają obowiązek pełnienia takich dyżurów. Nikt nie może powiedzieć, że się na ogólnej medycynie nie zna, bo jest specjalistą. Jeśli jest specjalistą - brzmi odpowiedź -tona ogólnej medycynie też się zna albo przynajmniej znać powinien. Nie bardzo się z tym zgadzam i przypomina mi się pewne określenie specjalisty - specjalista to taki człowiek, który wie coraz więcej o coraz mniejszej dziedzinie, aż w końcu wie wszystko o niczym. Jeśli na przykład lekarz mający dyżur jest chory i nie może faktycznie dyżurować, to musi sam, we własnym zakresie, postarać się o zastępstwo lub o zamianę dyżuru. Dyżury te są oczywiście bezpłatne i wszystko, co lekarz zrobi, sprowadza się do świadczeń udzielonych podczas dyżuru. Nie ma świadczeń, nie ma pieniędzy. Są świadczenia, są i pieniądze. Sumy to zazwyczaj symboliczne, ale nie ma na to rady. Jeśli nie chcemy, żeby nam państwo wtrącało swoje trzy grosze wszędzie tam, gdzie to niepotrzebne, jeżeli chcemy być nadal niezależni i samorządni, to musimy tę pigułkę przełknąć. Nasuwa się tu sposobność powrotu do tematu konkurencji i zdobywania pacjentów. Otóż lekarze rozpoczynający pracę we własnej praktyce lekarskiej z garbem długów na plecach gotowi są do ciężkiej pracy, aby móc od czasu do czasu wyprostować plecy i mieć krótką chwilę wolnego czasu chociażby na czynności prokreacyjne. Ci lekarze nierzadko przyjmują także w sobotę i nie wyłączają telefonów, po to aby wykazać, że są oni gotowi nieść swoim pacjentom pomoc w każdej chwili, nie oglądając się na kolegę mającego dyżur. To też jest konkurencja i jest to konkurencja dozwolona, a zatem uczciwa. <GTABS $>Kto chce pracować, może pracować, nawet w niedzielę. Tylko automatyczna myjnia samochodowa nie może pracować w niedzielę. Takie jest zarządzenie Urzędu Miasta. Starałem się dowiedzieć dlaczego, ale nikt, jak dotąd, nie był w stanie mi tego wytłumaczyć. Może dlatego, że co jak co, ale porządek musi być nawet wtedy, kiedy nie wiadomo dlaczego. Zbigniew Szczepański Medicus 9/98
|
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2007-04-04