|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 1998 Gazety Lekarskiej Numer 1998-07/08 Służba zdrowia to nie fabryka
Służba zdrowia to nie fabryka i przenoszenie prostych rozwiązań z ekonomii jest bez sensu Czarna księga nieprawdy W ostatnich dniach ukazał się dokument sygnowany przez Ministerstwo Finansów, poświęcony tzw. marnotrawstwu w ochronie zdrowia. Ponieważ trwa batalia o kształt reformy systemu opieki zdrowotnej, nie można niektórych ich pozostawić bez odpowiedzi. Jeden z głównych zarzutów zawartych w dokumencie to nietrafne, ciągnące się latami inwestycje centralne i budowa nowych szpitali. Dziwne jest oparcie tych zarzutów na znanym od dawna opracowaniu Najwyższej Izby Kontroli oraz brak opracowań własnych. A przecież w gronie ponad 6 tysięcy urzędników Ministerstwa Finansów możliwe jest opracowanie własnych aktualnych danych i próba ich weryfikacji. Chociażby poprzez konsultację z głównym zainteresowanym adresatem, czyli Ministerstwem Zdrowia. Zamiast tego mamy sensację prasową, a minister zdrowia dowiaduje się o tym dokumencie z prasy. Pod koniec maja Rząd RP miał przedstawić Sejmowej Komisji Zdrowia sposób, w jaki ma zamiar uporać się z rosnącym zadłużeniem służby zdrowia, wynoszącym obecnie ponad 3 miliardy 340 milionów złotych (czyli ponad jedną szóstą budżetu służby zdrowia po 5 miesiącach 1998 roku!). Zamiast mechanizmów naprawy otrzymaliśmy siedmiostronicowy dokument pełen zarzutów skierowanych do służby zdrowia. Poza tym, w programie emitowanym w "Jedynce" TVP w czwartek wieczorem 4.06.98 wiceminister finansów Zagórny przypomniał, że służba zdrowia była już oddłużana trzykrotnie i niewiele to dało. Nie wiem, czy krótkowzroczność i nieumiejętność przedstawiania logicznych argumentów mogą mieć swoje granice, ale przy takim myśleniu możliwe są tylko dwa wyjścia. Albo wszystkie jednostki służby zdrowia zaciągające długi przestaną je zaciągać i zostaną zamknięte, albo Rząd przeznaczy więcej pieniędzy na zdrowie. Który odpowiedzialny dyrektor zapłaci najpierw za energię, skoro brakuje pieniędzy na leki, a pensje wielu pracowników służby zdrowia (np. pielęgniarek) oscylują w granicach minimum socjalnego? Czy można zamknąć szpital z powodu decyzji jakiegoś urzędnika z Warszawy, który przeznaczył w budżecie pieniądze jedynie na cztery miesiące pracy szpitala? Jeżeli ciągle szpitale zaciągają długi, to znaczy również, że system organizacyjny jest chory i że nie wolno zwlekać z reformami. Podstawowe jednak pozostaje pytanie o ilość pieniędzy, jakiej potrzebuje służba zdrowia, aby zabezpieczyć potrzeby zdrowotne Polaków i wyleczyć jak najwięcej chorych. Odpowiedź zna każdy, kto pracuje w służbie zdrowia i często staje przed dramatyczną decyzją o rezygnacji z odpowiedniego leczenia chorego (mimo że wie i umie to zrobić) i skazaniu go na śmierć lub przewlekłe chorowanie. Zaniedbania kumulują się. To oznacza, że im dłużej pracujemy w chorym centralistycznym systemie cechującym się coraz większym kontrastem między budżetem a potrzebami zdrowotnymi społeczeństwa, tym więcej pieniędzy trzeba będzie przeznaczyć na leczenie w przyszłości. Ale to tylko jedna strona problemu. Ministerstwo Finansów wytyka, że za dużo jest łóżek szpitalnych w porównaniu ze średnią europejską. Jednocześnie krytykuje wielkie inwestycje szpitali wojewódzkich. Uwagi te pozornie są słuszne. W gruncie rzeczy trzeba jednak te zarzuty nazwać absurdalnymi i wyjątkowo szkodliwymi. Po pierwsze dlatego, że większość szpitali polskich pochodzi z okresu przedwojennego i nie spełnia prawie żadnych norm sanitarnych, medycznych, bezpieczeństwa. To, że tak mało mamy pożarów czy infekcji szpitalnych (relatywnie), wynika tylko z ofiarnej pracy personelu i łutu szczęścia. A więc trzeba budować stale i sprawnie nowoczesne szpitale, zamykając stare, nie przeciągając tych niedobrych inwestycji centralnych w nieskończoność, ponieważ to znacznie podwyższa koszty. Kiedy staniemy się członkiem Unii Europejskiej, będziemy musieli sprostać jej wymaganiom i udostępnić szpitale obywatelom Unii. Nie wyobrażam sobie, żeby minister finansów Leszek Balcerowicz chciał zaoferować obywatelom Unii dziesięcioosobowe sale chorych i wspólne łazienki na korytarzach. Stare szpitale to wysokie koszty utrzymania (ogrzewanie, remonty, awarie, infekcje szpitalne itp.) oraz dłuższe pobyty chorych. To oznacza, że oszczędzanie i ograniczenie inwestycji mści się w rzeczywistości większymi kosztami. Należy więc szybko i konsekwentnie budować nowe szpitale i zamykać stare, a potrzebne są na to olbrzymie pieniądze ze względu na wzrost wymagań technicznych. Liczba łóżek w Polsce jest taka jak średnia europejska. Czy to jest powód do zarzucania, że tych łóżek jest zbyt dużo? A może chodzi o to, że część łóżek jest nie wykorzystana lub źle wykorzystana? Tu kolejna fikcja Ministerstwa Finansów i Najwyższej Izby Kontroli. Chodzi zapewne o to, że można by skrócić pobyt pacjenta w szpitalu i wykonywać np. badania diagnostyczne w trzy dni, a nie w ciągu tygodnia. Tylko że warunkiem jest wyposażenie służby zdrowia w sprzęt diagnostyczny oraz istotne podwyższenie wynagrodzeń dla pracowników, którzy będą mieli wydłużony dzień pracy i będą musieli zrezygnować np. z pracy w pogotowiu, przychodni czy gabinecie lekarskim. Tych pieniędzy nie da się w prosty sposób przerzucić. Ponadto dojdzie do tego szybsze zużycie sprzętu, który często jest kiepskiej jakości. Mści się wieloletnie niedoinwestowanie. Nowoczesna i doinwestowana służba zdrowia nie wymaga więcej łóżek szpitalnych i pozwala na ich lepsze wykorzystanie, ale na to potrzeba pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Może zainteresujecie się panowie stanem szpitali z początku XX wieku z pękającymi ścianami z drewna i zbitej słomy? Powtórzmy jeszcze raz - liczba łóżek byłaby w Polsce wystarczająca lub zbyt duża, gdyby kilkakrotnie podwyższono nakłady na służbę zdrowia, w tym na budowę nowoczesnych szpitali, profilaktykę, zakup odpowiedniego sprzętu diagnostycznego i wynagrodzenia dla pracowników. Ministerstwo Finansów alarmuje w swoim raporcie, że nowoczesna aparatura jest dramatycznie źle wykorzystana. Służba zdrowia to nie fabryka i przenoszenie prostych rozwiązań z ekonomii jest bez sensu. Niejednokrotnie aparatura musi stanowić wyposażenie kliniki ze względu na bezpieczeństwo chorych, a to wcale nie oznacza, że można ją inaczej wykorzystać. Kilkunastogodzinne dziennie wykorzystanie tomografu komputerowego czy aparatu ultrasonograficznego owocuje często awaryjnością i szybszym zużyciem sprzętu, ponadto trzeba kilkuosobowej obsłudze zapłacić, a na to oczywiście nie ma pieniędzy. Poza tym, czego już panowie urzędnicy nie widzą albo nie wiedzą, każdy dodatkowy zabieg lub badanie podwyższa koszty leczenia, a więc im lepsze wykorzystanie aparatury, tym większe koszty działania placówki, dyrektor więc musiałby jeszcze bardziej ją zadłużyć. Co to znaczy, że jest "wystarczająco dużo" nowoczesnej aparatury? Według jakich kryteriów? Jeśli porównujemy liczbę łóżek ze średnią zachodnioeuropejską, to porównajmy też ilość aparatury. Kolejny chybiony zarzut dotyczy kilkakrotnego zwiększenia dopłat do leków w ciągu ostatnich lat. Lekarze w Polsce zaczęli leczyć lekami, które dotąd były dostępne jedynie za granicą. Leczyć z pożytkiem dla chorych. I znowu rodzi się pytanie o granice absurdu. Jeśli możemy wyleczyć chorego za pomocą drogiego leku, to który lekarz świadomie z tego zrezygnuje? Jeśli nie ma natomiast pieniędzy na leki, to trzeba to odważnie powiedzieć chorym prosto w oczy, a nie zrzucać tego na barki lekarzy. Chorzy i tak często rezygnują z wykupu recept, bo ich na to nie stać. Koszty przedłużonego chorowania i utrzymania olbrzymiego odsetka młodych rencistów przejmuje państwo, czego Ministerstwo Finansów już nie liczy. Zielone recepty, które pewnie zostaną zlikwidowane, to często jedyna możliwość leczenia chorych, zwłaszcza tych biedniejszych. Jeśli ma się do wyboru dobro budżetu lub dobro pacjenta, to co może wybrać lekarz? Nie ma wyboru. Za komunizmu wymyślono kotlet mielony - co panowie z Ministerstwa Finansów chcieliby zaproponować chorym zamiast dobrych, ratujących życie zagranicznych leków? Gdzie są te wspaniałe polskie odpowiedniki? Czy uwolniono już ceny na polskie leki? Dlaczego przed kamerami telewizji nie wystąpią minister Balcerowicz lub Zagórny i nie powiedzą wielu pacjentom prosto w oczy, że nie ma dla nich pieniędzy na leczenie i muszą dać sobie radę sami lub umrzeć. Dzisiaj muszą to mówić lekarze. Przykładem tego, co oznacza przeznaczenie 4,3 proc. budżetu państwa na ochronę zdrowia, jest sytuacja chorych na nowotwory. Przy dzisiejszej naszej wiedzy możemy uratować życie i zdrowie nawet połowie chorych. Z tego znaczną część trzeba leczyć, stosując radioterapię. Aparatura do tego niezbędna jest bardzo kosztowna i szybko się zużywa. Pod względem wyposażenia w aparaty do radioterapii zajmujemy przedostatnie miejsce w Europie. Oznacza to, że dyskwalifikujemy i nie leczymy znacznej liczby chorych, których możemy wyleczyć. Dzień w dzień wydajemy wyroki na życie. W liczbach bezwzględnych oznacza to niepotrzebną śmierć kilkunastu tysięcy osób rocznie. Aparatury tej nie można lepiej wykorzystać, ciągłe wydłużanie godzin jej pracy powoduje, że niejednokrotnie nie pracuje nawet połowa aparatów do radioterapii. Przy budżecie proponowanym przez Ministerstwo Finansów, w tych realiach i przy tym zużyciu sprzętu oraz wobec narastającej gwałtownie zachorowalności na nowotwory, sytuacja może się jeszcze pogorszyć. I to też trzeba głośno powiedzieć. Kolejny temat poruszony przez Ministerstwo Finansów to prawa pacjenta. Podstawowym prawem pacjenta jest zawsze prawo do leczenia. Dzisiaj często nie zapewniamy mu tego, ponieważ ochrona zdrowia nie należała do priorytetów wszystkich poprzednich rządzących koalicji. Inne problemy związane z przestrzeganiem praw pacjentów naprawdę bledną w porównaniu z tym zasadniczym. Ministerstwo Finansów ocenia, że w rzeczywistości przeznacza się na opiekę zdrowotną ponad 7 proc. DNB. W tym oczywiście ma na myśli udział "szarej strefy" i system prywatnej opieki zdrowotnej. Oceniono rzeczywiste minimalne potrzeby finansowe ochrony zdrowia w Polsce oraz to, że bez istniejących alternatywnych systemów finansowania chorzy byliby pozbawieni często opieki medycznej. Jest to dowód bezpośredni na to, że państwo polskie (ściślej, decydenci tworzący budżet i odpowiadający za zatrzymanie reformy służby zdrowia) przestało zapewniać swoim obywatelom właściwe warunki opieki zdrowotnej. Ktoś za to odpowiada, ale wątpię, czy poniesie odpowiedzialność. Kto jest winny, będziemy wiedzieli, kiedy odpowiemy na następujące pytania: - Dlaczego w tych samych kręgach, które od lat blokują wprowadzenie niezależnego od budżetu systemu ubezpieczeń zdrowotnych, zrodził się ostatnio projekt tzw. samorządowego systemu opieki zdrowotnej i pozostawiającego budżetowy, urzędniczy system finansowania służby zdrowia w rękach polityków wybieranych do rad powiatów? - Dlaczego działacze partii Balcerowicza stawiają nas wobec alternatywy: albo służba zdrowia w rękach powiatów, albo straci sens istnienie znacznej ich części? - Dlaczego czarna księga tzw. marnotrawstwa w służbie zdrowia ukazała się właśnie teraz, w chwili walki o prawdziwą reformę i wprowadzenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych niezależnego od polityków. Janusz Skowronek Autor jest doktorem nauk medycznych "Rzeczpospolita" nr145, 23.06.98. |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2007-04-04