Partnerami serwisu są:



 

 Gazeta Lekarska  Przegląd numerów Gazety Lekarskiej  Rocznik 1997 Gazety Lekarskiej  Numer 1997-12  Opowiadania kaweczynskie 

Opowiadania kawęczyńskie

Kiedy swego czasu omawiałem tomik wierszy "Karnawał" i zbiór opowiadań kolegi Piotra Pągowskiego, lekarza pracującego w Gminnym Ośrodku Zdrowia w Nowym Kawęczynie, napisałem m.in., że o Koledze tym jako pisarzu jeszcze niewątpliwie usłyszymy. I nie pomyliłem się. Ostatnio bowiem trafił do mnie nowy tom opowiadań kolegi Pągowskiego, noszący tytuł "Opowiadania Kawęczyńskie".

Jest to kawał dobrej prozy, bo książka liczy 226 stron. W porównaniu z opowiadaniami z 1992 r., w opowiadaniach obecnych Autor wykazał większą dojrzałość pisarską. Treść opowiadań dotyczy czasów współczesnych, które na pozór są banalne, mówią jednak o ważnych epizodach z życia prostych ludzi.

Narracja jest żywa, prosta i zrozumiała, co wcale nie przeszkadza Autorowi posługiwać się również poetycką metaforą, świadczącą niewątpliwie o tym, że jest on też poetą. Niektóre opowiadania mają zabarwienie filozoficzne. Słowem, proza kolegi Piotra Pągowskiego warta jest odnotowania i przeczytania.

Autorowi życzyć należy następnej książki.

I na koniec trzeba podkreślić, że "Opowiadania Kawęczyńskie" ukazały się dzięki sponsorom, a są nimi: Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Skierniewicach oraz Wójt Gminy w Nowym Kawęczynie. Chwała im za to. Chciałoby się powiedzieć: więcej takich odważnych sponsorów.

"Krytyk"

Bunia

Chłopcy stali w milczeniu. Hałaśliwa ulica, przy której cały czas jeszcze stali na chwilę jakby zamarła, bo nie słychać było ani głośnego warkotu autobusów, które zmęczone wielogodzinną jazdą resztkami sił kierowały się w stronę dworca, ani odgłosów pędzących w tę i z powrotem samochodów. Chociaż, może i było je słychać, ale oni słyszeli tylko wycie, przeraźliwy skowyt leżącego po drugiej stronie ulicy psa. Przymykając oczy widzieli jeszcze płaski, ślizgowy lot kamienia, który rozcinając puchowe, nagrzane od słońca powietrze celnie, jakby okiem snajpera zmierzał do celu. Wszystkiego razem ułamek sekundy, taka najkrótsza droga do cierpienia. Najpierw podskoczył do góry, potem krótki chaotyczny bieg, wreszcie chwiejąc się na swoich nogach upadł na bok? i tylko jego prawa łapa ocierająca nerwowo oczy i pysk. Chłopcy patrzyli teraz na siebie, na swoje ręce, na swoje nerwowe ruchy palców i nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, cały czas jeszcze słuchali coraz bardziej łamiącego się cichnącego głosu z drugiej strony ulicy.

? Gdybym chciał ? to by się pewnie nie udało ? rzekł jeden z nich. Głupi odruch, naprawdę nie chciałem!

? Nieważne ? to jutro tak, jak mówiliśmy! No to cześć! Odwrócili się i popędzili w stronę swoich domów.

Dziwny świat. Komu przeszkadzało to moje życie. Przecież nikomu nie naprzykrzałem się. Czasami jakąś dozorczyni przegnała mnie ze śmietnika, czasami może i stawałem się nazbyt natrętny, ale tylko wtedy, gdy już głód był nie do zniesienia. Jestem przecież wobec ogółu w porządku. Wiosnę już od paru lat zawsze tutaj spędzałem. Nieraz ktoś krzyknął w moją stronę, nerwowo tupnął nogą, zamachnął się ręką ? to prawda, ale znam już odległość do jakiej mogę się posunąć i od dłuższego czasu przestrzegam jej jak jakiejś świętości. To prawda, że ludzie starsi są jakby lepsi. I kawałek bułki, i jakiejś skórki, nawet specjalnie z myślą o mnie, przyniesie kości, na których, ach pamiętam raz taką cielęcą łopatkę! Nigdy, ani przedtem, ani już potem nie jadłem czegoś równie wytwornego. Teraz leżę i to przeklęte słońce, ach ta jego ciekawość z jaką zagląda mi w moje oczy. Żebym tak mógł podczołgać się pod te krzaki, w tą odrobinę cienia i w spokoju doczekać jutra. Nic nie widzę na jedno oko. Całe zdaje się jakby skapane w lepkiej cieczy. Mój potworny strach jakby powolutku zaczął mnie opuszczać ? to dobrze. Nie ma nic gorszego nad lęk! ? mówię wam. Widziałem niejednego biedaka takiego jak ja, który czymś przerażony pędził nieprzytomnie przez ulicę, a tutaj już tylko dopełniało się przeznaczenie. jesteśmy ? to prawda ? cali jakby przeniknięci tym uczuciem. Już od dawna nie wiem co to jest prawdziwy sen. Ja nie śpię, ja tylko ślizgam się po jego powierzchni. Ach żeby tak choć raz zanurzyć się weń. Głowę ułożyć spokojnie na miękkim kocu, wyprężyć swoje łapy i tylko od czasu do czasu pomachać ogonem, tak zwyczajnie na dobry znak. Ostatnio już nic mi się nawet nie śni, a jeżeli już to półprzytomna postać, która bądź to omija mnie z daleka, bądź bez namysłu kopie w ziemię. Tutejsza okolica jest strasznie nieufna. Ciągle albo na siebie krzyczą, albo głośno śpiewają i nigdy nie wiadomo w jakim nastroju. Ale niepotrzebnie narzekam. Najgorsze są zimy. Szczególnie noce i poranki. Jeżeli już uda się przypadkiem zamelinować w jakiejś piwnicy bądź na klatce schodowej, to rankiem spada na mnie lawina obelg i kopniaków. Kiedyś można było pyskiem odemknąć wejściowe drzwi i kawałek nocy spędzić pod kaloryferem, ale teraz drzwi otwierają się tylko po naciśnięciu jakiegoś magicznego guzika. Sprytnie to wymyślili. Jestem bez szans. Całe szczęście, że stoją jeszcze te drewniane baraki za parkiem. Schodzimy się tu wszyscy razem z całej okolicy. Ach jaki to jest żałosny widok. Na świecie nie ma chyba nic bardziej przerażającego, niż widok trzęsącego się na nogach psa. Te zapadnięte boki, ta skóra jakby przymarznięta do żeber. Wtedy widać dopiero naszą bezradność. Myślę nawet, że gdybyśmy znali coś takiego, co wokół określane jest jako samobójstwo, popełnilibyśmy je. Słowo daję, że tak. Najgorsze jest pozbierać się na nowo do życia. Te zimowe późne poranki! Słońce zanim rozprostuje na nas przemarzniętą nocą skórę, musi długo wspinać się nad miastem, by nas nieszczęśników dojrzeć. Nim każde z nas ruszy w swoją stronę, odgrywamy coś, co jest jakby naszą tradycją. Obwąchujemy się. Liżemy nawzajem swoje niedoleczone rany, szczekamy jakbyśmy chcieli wszystkim wokół oznajmić, że jesteśmy, że znów wyruszamy w tę naszą niekończącą się odyseję. Latem jest dużo łatwiej. Oj tak! Czasami robimy wspólne wypady do pobliskiego lasu. Jednego roku to była wśród nas prawdziwa uroczystość. Znaleźliśmy głęboki dół, w którym było pełno świeżych kości i kawałki mięsa. Po tygodniu takiej uczty żaden z naszych dawnych właścicieli, by nas nie poznał, chociaż ja nawet w nocy odnalazłbym jego dłonie. Nareszcie zmrok. Jaka ulga. Rana jeszcze trochę krwawi. Dobrze, że tylko tak się skończyło. Widzę jednym okiem gorzej, ale widzę! Trawa wysoka jak tej wiosny. Uścielę sobie prawdziwe królewskie posłanie. A rano, pójdę pod pewien dom od którego już dobrą milę czuć zapach ziół. Nade wszystko, każde z nas pragnie czynić dobro. Jesteśmy potem spokojniejsi, jakby lepsi. Teraz już się położę, i niech mi się przyśni, to moje imię, i ten miękki ciepły głos:

Bunia, Buniulka.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2005  
Korespondencja: redakcja@gazetalekarska.pl  
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl  
Data utworzenia: 2007-04-04